Logo
Magazyn

Tadeusz Łomnicki – Mistrz, Nauczyciel, Ojciec…

23.02.2026, 10:50 Wersja do druku

Mijają już 34 lata od Jego śmierci! Przez te wszystkie lata wspominałem Go i tęskniłem za tym wielkim artystą i wspaniałym człowiekiem nie tylko w tym jednym dniu – bo był mi jak ojciec… – pisze Waldemar Matuszewski.

fot. mat. Encyklopedii Teatru Polskiego

Kiedy zmarł, kiedy „odszedł jeden z największych aktorów w jego pokoleniu w Polsce i na świecie”, 22 lutego 1992 roku na scenie Teatru Nowego w Poznaniu, miał 65 lat (nawet niepełne).

Zapamiętałem Arcymistrza Sztuki Aktorskiej, mojego rektora (warszawska PWST) i dyrektora (Teatr Na Woli) jako człowieka „starego ”– bo dyktowała to dzieląca nas (Profesora i studenta, dyrektora i asystenta reżysera) różnica lat. Teraz gdy mam już Jego lata sprawa przedstawia się zupełnie inaczej.

Teraz dopiero rozumiem, jak wielki prezent otrzymałem od losu – przez kilka lat mogłem być blisko Niego, także po studiach. Tadeusz Łomnicki bowiem troszczył się o swoich uczniów i brał odpowiedzialność za nasze artystyczne losy. W Jego teatrze i pod Jego opieką artystyczną przygotowałem przedstawienie dyplomowe. On nam „ojcował”. Jakież to szczęście mieć takiego ojca!

Bycie studentem Tadeusza Łomnickiego łączyło się z przyjaźnią z Jego strony. Budował relację przyjacielską – „otwierał” w ten sposób swoich uczniów, ale też (co ważniejsze!) potrafił otwierać się na/dla nich, zapraszał do wspólnej teatralnej zabawy. Zapraszał swoich uczniów do świata swoich etiud – przy każdej nadarzającej się okazji. Wtedy okazywało się, że Wielki Mistrz jest „dzieckiem podszyty”.

Rano, od godziny 10 do 14, uczestniczyłem w próbach w Teatrze Na Woli z udziałem Mistrza („Przedstawienie Hamleta we wsi Głucha Dolna”, „Galileusz”, „Fantazy”, „Do piachu” itd.). Po próbie trzeba było jechać z Woli na zajęcia do szkoły przy Miodowej, po zajęciach o osiemnastej trzeba było z kolei wracać do teatru – bo spektakl, w którym Mistrz grał. Trasę mieliśmy tę samą. Miałem wtedy szczęście jechać z Mistrzem jego samochodem (pamiętam wiśniowego poloneza) – rektor-dyrektor zabierał ze sobą studenta-asystenta.

Wtedy rozsypywał się worek z etiudami. Kiedy zamaszyście otwierał przede mną drzwi do samochodu, grał dla mnie taksówkarza, że niby jest moim kierowcą; a kiedy miałem szczęście być u Mistrza w domu, gościł mnie znowu grając przede mną, że niby przyjmuje wyjątkowego gościa – podając herbatę odgrywał pochylonego w ugrzecznionym ukłonie kelnera z nieodzowną ściereczka przewieszoną przez przedramię. Nie wiedziałem wtedy, że ta gotowość do etiud to był żywioł Artysty-dziecka, Artysty „podszytego dzieckiem”, wciąż będącego w gotowości do próby. Mój Nauczyciel oczywiście dobrze wiedział, że teatr to nie zabawa.

Teraz mam już dobrych kilka lat więcej od swojego Mistrza i Nauczyciela, ale nie przestaje On dla mnie być ojcem (bo własnego nie dane mi było zapamiętać) i właściwie tęsknię za Nim po synowsku, do jego mistrzowskich etiud. Wiem, że ta tęsknota już tak ze mną zostanie…

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także