„Tramwaju zwanym pożądaniem” Tenneesse Williamsa w reż. Darii Kopiec w Teatrze Ludowym w Krakowie. Pisze Szymon Białobrzeski w Teatrze dla Wszystkich.
Nie uniknę porównań do wersji filmowej – jest mi bliska ze względu na kinowe upodobania, broadwayowska zaś zbyt odległa z powodów geograficznych. Myślę też, że poprzez zestawienie obu dzieł lepiej wybrzmią słabsze i mocniejsze strony spektaklu.
Tym bardziej że sama historia jest bardzo podobna. Blanche wyjeżdża odwiedzić siostrę mieszkającą w Nowym Orleanie z Amerykaninem polskiego pochodzenia. Połączenie jej rozchwiania emocjonalnego z agresywnym usposobieniem Kowalskiego powoli eskaluje.
Interpretacje różnią się jednak rozłożeniem akcentów.
W spektaklu dużo dosłowniej potraktowano sugestie dotyczące życia seksualnego Blanche. Taka decyzja artystyczna uwspółcześnia historię przesyconą konwenansami, lecz jednocześnie ją spłyca, pozbawiając subtelnych aluzji i niedopowiedzeń. Daria Kopiec unika elips, stawiając na środki wyrazu oparte na nagości, multimediach i performowanym seksie – nie zawsze z satysfakcjonującym efektem.
Milan Kundera pisał, że kokieteria to niezobowiązująca obietnica spółkowania. W nowej wersji „Tramwaju zwanego pożądaniem” każda obietnica jest realizowana, przez co nawet najbardziej ostentacyjne gesty tracą swoje znaczenie. Na scenie nie zawiązuje się intymność, którą można by później zburzyć – postacie nie kąsają, ale zjadają siebie, kiedy nikt nie patrzy.
Gdyby spektakl był choć odrobinę subtelniejszy, zyskałby na wartości.
Podobny zarzut mam co do niektórych postaci. Filmowy Kowalski był – jakby to powiedział Witkowski – lujem. Mężczyzną nieświadomym swojej seksualności, o niepornograficznym ciele – naznaczonym pracą fizyczną, a nie siłownią i solarium. Toporne rysy, zwalista sylwetka, ciężkie ubrania – obiekt fetyszyzacji. Blanche swoimi arystokratycznymi uwagami świadomie prowokowała go do agresji, a jednocześnie pobudzała seksualnie.
Tylko że Daria Kopiec nawet tego luja, z definicji nieokrzesanego, jeszcze upraszcza. Sceniczny Kowalski nie jest mężczyzną, który pod wpływem językowych gier staje się niebezpieczny. To prymitywny agresor, który atakuje bez żadnego zapalnika.
Doceniam natomiast zmiany, jakie zaszły w postaci Blanche. Jej mitomania nie jest już tak ostentacyjna jak w filmie. Maria Chojnacka, mimo wulgarności niektórych scen, nadała swojej bohaterce subtelności aktorskiej, ujarzmiając hollywoodzką manierę Vivien Leigh.
Najbardziej dotkliwie odczułem brak pracy z przestrzenią – element, który w grze scenicznej wydaje się niewidoczny, a w rzeczywistości decyduje o atmosferze i dynamice relacji. Największe hollywoodzkie filmy opowiadały swoje historie właśnie poprzez świat przedstawiony. Ziarnisty obraz nakładał się na meble, książki, dania, napoje i wszystko inne, co można by nazwać domem. Nie oczekuję od Teatru Ludowego, że będzie kopiował dokonania największych scenografów w historii kina, ale oczekuję chociażby funkcjonalnych rozwiązań. Mieszkanie państwa Kowalskich nie jest ubogie, ale sterylne – to kilka białych krzeseł postawionych na krzyż, rura na środku pokoju i wanna wypełniona kulkami. Ta przestrzeń sceniczna nie informuje nas o rozbuchanych emocjach bohaterów, a już na pewno nie o kipiącym między nimi pożądaniu.
Co prawda widzę w scenografii próbę zbudowania bliskości między bohaterami poprzez stworzenie ciasnych przestrzeni czy narzucenie na mieszkanie iluzorycznej siatki. To jednak nie wystarcza – aranżacja sceniczna pozbawiona jest duchoty dnia codziennego.
Dodatkowym mankamentem są wykonania wokalne, które nie tylko nie wzbogacają narracji, lecz zaburzają jej rytm i koloryt, kolidując z nowoczesną oprawą inscenizacji i wprowadzając dysonans między formą a treścią.
„Tramwaj…” prowadzony przez Kopiec z pozoru zmierza w tym samym kierunku co jego poprzednik, lecz porusza się po innych torach, sprawiając momentami wrażenie, jakby miał się wykoleić.
4/10