Logo
Recenzje

Loża: Żar

17.04.2026, 17:09 Wersja do druku

„Żar" Sandora Maraiego w adaptacji Christophera Hamptona w reż. Jana Englerta w Teatrze Polonia w Warszawie. Pisze Tomasz Miłkowski w AICT Polska.

fot. Katarzyna Kural-Sadowska/mat. teatru

Dopiero teraz – tak się złożyło – zobaczyłem Żar. Ten Żar. Na który niepodobieństwem jest zdobyć bilety. Wszystkie spektakle chodzą przy nadkompletach. Fenomen.

Ale dziwić się nie ma powodu. Wiadomo, dlaczego nie ma co się dziwić.

Po pierwsze, tekst. Oczywiście, Márai wie, o czym pisze, ale na scenę przysposobił to Christopher Hampton, majster od dramaturgicznej roboty. Prawie pozbył się dialogu. Lwią część tekstu zajmuje sążnisty monolog gospodarza (Jan Englert), czasem tylko przerywany monosylabami gościa (Daniel Olbrychski). Ale ten monolog jest dialogiem. I to jeszcze jakim.

Podkreśla to reżyser (też Jan Englert) środkami w teatrze znanymi od wieków jako środki szekspirowskie, dozując szum wiatru, szmer deszczu, błyskawice i trzaski piorunów. We właściwych momentach.

Ale po drugie, o sukcesie tego monologu-dialogu decydują aktorzy. Jan Englert umie sugestywnie mówić, a Daniel Olbrychski magnetycznie słuchać. Może się to nawet wydawać zaskakujące dla znających temperament Daniela Olbrychskiego, aż rwącego się do pojedynku. Tymczasem w tym spektaklu trzyma nerwy na wodzy. Tylko przebieranie palcami dowodzi, że nie tylko słucha. Ale przejmuje się niebywale tym wszystkim, co ma do powiedzenia gospodarz.

Początkowo to zdania pozornie niewinne, jeszcze utrzymane w tonacji pana domu, który cieszy się na spotkanie z dawno nie widzianym przyjacielem. Ale potem krok po kroku okazuje się, że to radość podszyta wieloma sprzecznymi uczuciami, rozpiętymi między miłością a nienawiścią. Zrazu tylko oparta na drobnych złośliwościach. Tak jest, kiedy Henrik z lekkim półuśmieszkiem komentuje zniknięcie Konrada na długie lata w odległych tropikach. Podobno tam ludzie starzeją się szybciej, zauważa z satysfakcją.

Ale nie o takie drobne prztyczki chodzi w tym spotkaniu po 41 latach, wyczekiwanym przez gospodarza, aby wyświetlić do końca zawisłą między dawnymi przyjaciółmi tajemnicę. Kiedy przyjdzie do tego wyjaśniania, napięcie między nimi będzie rosnąć, osiągając taką temperaturę, że widz może się spodziewać najgorszego. Na samym początku przecież niania, a właściwie opiekunka domu, matkująca Henrikowi (pełna wyciszonego ciepła Anna Seniuk) przestrzega i prosi podopiecznego: Tylko się nie denerwuj.

Monolog toczy się nieprzerwanie, ale do wyjaśnienia zagadki nie dojdzie. Nie dowiemy się, czy Konrad rzeczywiście mierzył do Henrika podczas polowania, czy chciał go zabić, czy był w zmowie ze stojąca między nimi Krisztiną, żoną Henrika i kochanką Konrada, dlaczego na koniec Konrad bez słowa pożegnania uciekł?

Może wcale nie o wyjaśnienie tajemnicy tutaj szło, ale o pożegnanie z życiem, które już minęło, zmieniając na zawsze losy obu przyjaciół. Nie na tyle jednak, aby wypalił się w nich tytułowy żar, płomień, który rozniecił intensywność ich życia.

Przedstawienie, które zostaje w widzu. Teatr, który pojawia się na scenie na scenach tak rzadko. Jak skarb.

Źródło:

AICT Polska
Link do źródła

Realizacje repertuarowe

Sprawdź także