„Szpilmanowie” Joanny Bednarczyk w reż. Cezarego Tomaszewskiego w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Jeśli ktoś idąc na „Szpilmanów” w Teatrze Zagłębia w Sosnowcu, oczekuje, że zobaczy sceniczną wersje filmu „Pianista” lub wyląduje na biograficznym spektaklu-bryku, to najzwyczajniej w świecie się rozczaruje, bo rodzina Szpilmanów i los samego kompozytora stają się bardziej narzędziem do konstruowania opowieści, a nie jej pierwszoplanowymi bohaterami. Okaże się, że w tej historii nasze tu i teraz jest tak samo istotne, jak historyczne wydarzenia i cała zawierucha dziejów, w której przyszło egzystować Władysławowi Szpilmanowi.
Historię rozpisano na dwa równolegle biegnące tory, które przecinają się w jednym punkcie. Główny wątek stanowi przygotowywanie radiowego słuchowiska o rodzinie Szpilmanów i jej wojennych losach. Obserwujemy od kuchni radiową codzienność i proces tworzenia rzeczonej audycji, ale im dalej w las, tym więcej dowiadujemy się o życiu prywatnym osób zaangażowanych w całe przedsięwzięcie i właśnie to zaczyna być tropem łączącym słynnego muzyka ze współczesnymi bohaterami. Podczas pierwszych scen utrzymanych w konwencji radiowego słuchowiska najprzyjemniej jest przymknąć oczy i pozwolić swojej wyobraźni pracować, aby bazując na odgrywanej przez aktorów historii, dać sobie komfort wykreowania we własnej głowie tego, jak wyglądała rodzina Szpilmanów i ich mieszkanie. Jesteśmy świadkami przepełnionej strachem, ale też po trosze nadzieją, rozmowy całej familii przy obiedzie. Zamknięci w warszawskim getcie snują plany to na pozostanie w Warszawie, to na ucieczkę, zastanawiają się, gdzie ukryć kosztowności, aby móc je spieniężyć, gdy wrócą do domu po wojnie. Całość audycji radiowej ma odrobinę nastrój seansu spirytystycznego, co w jednej ze scen potęguje wybitna Beata Deutschman, która zawodząc jak dusza czyścowa, przechadza się po pustym mieszkaniu tytułowych bohaterów, przesuwając meble i osłuchując ściany w poszukiwaniu ocalałych. Będąc już przy Deutschaman, warto nadmienić, że sceny poprzetykane są songami Wendy Lands w brawurowych interpretacjach aktorki. Lands nagrała swego czasu anglojęzyczną płytę z piosenkami Szpilmana i towarzyszą nam one przez cały przebieg spektaklu, a Deutschman ma głos jak dzwon.
Drugi wątek spektaklu skupia się na historycznych losach Szpilmanów, które pojawiają się dzięki wspomnianemu wcześniej słuchowisku. Obserwujemy mniej lub bardziej realne wydarzenia, które mogły mieć miejsce, na przykład moment, w którym niemal umierający z głodu Władysław spotyka w majaku swoją zmarłą siostrę, która przynosi mu owoce. Dostajemy tutaj niezwykle mocną i pysznie wygraną przez Pawła Charytona scenę, gdy pianista zauważa w swojej kryjówce mysz i zaczyna rozważać, czy jej życie jest mniej ważne niż jego. Szpilman w wykonaniu Charytona ogólnie jest przepyszną kreacją. Odbija się też echem tlące się cały czas w muzyku poczucie winy, że wolał uciec i ukryć się, niż pojechać ze swoją rodziną do obozu zagłady, powracająca jak bumerang pretensja o to, że kochał życie bardziej niż swoich bliskich. Dopiero w momencie granicznym samotnego ukrywania się czuje, jak bardzo brakuje mu bliskości drugiego człowieka i jak przygniatająca jest jego izolacja.
To właśnie staje się punktem wspólnym obu wątków – poczucie winy, osamotnienie i różnica między byciem winnym a odpowiedzialnym. Znaczące będą także przekazywane pokoleniowo traumy i wiążący się z nimi bagaż emocjonalny, który może nas zniszczyć, zżerając od środka. Widzimy to w ciągłym obwinianiu się Szpilmana o śmierć brata, a we współczesnym wątku w samotności radiowca i tym, że przeszłość jego dziadka i ojca, o której nie chcieli z nim rozmawiać, zabiła ich i obarczyła go niedającym się wyjaśnić ciężarem. Wątek poczucia winy przewija się także w historii Rysi, aktorki biorącej udział w słuchowisku, która słyszy przez ścianę ciągle płaczącą sąsiadkę i nie jest w stanie się przemóc, aby do niej iść i spytać, co się dzieje. Podobnie Michał, wcielający się w audycji w postać Henryka Szpilmana, w zakulisowej rozmowie ze starszym kolegą będzie szukał rozgrzeszenia, obwiniając się za przedwczesną śmierć brata bliźniaka (bardzo podobała mi się ta scena). Te współczesne poczucia winy związane właśnie z przeżyciem i życiem w spokoju idealnie korespondują z rozterkami udręczonego Szpilmana, który mierzył się z podobnymi emocjami i równie dużym osamotnieniem właśnie w takim ich przeżywaniu. Istotnym i mrożącym momentem w kontekście Zagłady i coraz to mocniej panującej obecnie pladze samotności była również scena, w której z ust siostry Szpilmana pada stwierdzenie, że jest przecież tylu widzów tego, co się dzieje, ale nikt tak naprawdę nie widzi. Mimo bycia w tym tłumie, nadal jesteśmy pozostawieni sami sobie na pastwę własnego poczucia winy i strachu.
Dodatkowo z obraną przez Cezarego Tomaszewskiego formą doskonale współgrała scenografia Natalii Mleczak. Zbudowany na wysokim podeście, klaustrofobiczny i pełen ruchomych ścian dom Szpilmanów był niemalże jak labirynt, gdzie pod podłogą mogli ukryć się Żydzi z obawy przed Niemcami, a aktorzy przemykać niepostrzeżenie na dalszy plan. Ciekawa koncepcja, bardzo dobrze ograna i świetnie wpisująca się w kontekst spektaklu.
Niezwykle podobało mi się to, jak spektakl został rozpisany na ten dwugłos historii i jak zgrabnie Tomaszewski porozstawiał pionki na planszy. Spodziewałem się dostać zwykły biograficzny bryk, a zostałem zaskoczony pełnokrwistą opowieścią o sile wspomnień, emocji i znaczeniu postpamięci. O tym, ile przygniatającego mroku można nosić w sobie i resztką sił próbować utrzymywać się na powierzchni. Jest mi bardzo przykro, że nie było głośniej o tym przedstawieniu, bo to bardzo solidna i ciekawa propozycja repertuarowa zasługująca na zauważenie.