„Ucho Igielne” Wiesława Myśliwskiego w reż. Anety Adamskiej-Szukały w Teatrze Przedmieście w Rzeszowie. Pisze Jacek Sieradzki, członek Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Zmarły przed paroma tygodniami gigant, Wiesław Myśliwski, gościł na teatralnych afiszach nieczęsto. Nie dziwota, zważywszy na wymagania, jakie stawiał w swoim pisarstwie, przede wszystkim wymaganie staranności podniesionej do rangi absolutu. Takie fanaberie współczesny teatr raczej obchodzi bokiem. Nie wzbudziły zainteresowania jego dawne dramaty, zebrane dwa lata temu przez Znak. Czy z uwagi na klasyczną konwencję zwaną niekiedy realizmem komponowanym? Obiecuję sobie od dawna, żeby zajrzeć do tekstu Drzewa z lat osiemdziesiątych, którego prapremiera była jednym z najlepszych dokonań reżyserskich Kazimierza Dejmka w warszawskim Polskim. Na scenie dzieła nie zobaczę: któż opowiadałby dziś w teatrze, że na wielkie drzewo, które mają ściąć, wchodzi w proteście nie aktywistka ze smartfonem w ręku, tylko stary, gorzki chłop?
Pamiętam adaptacje wielkich powieści Myśliwskiego, też niezbyt liczne. Nieodzownym warunkiem powodzenia zawsze był aktor, który umiał dostać się do języka pisarza, zamknąć się w nim, poczuć swobodnie, jak w dobrze dopasowanej koszuli. Sprawić, że kolejne zdania wypływają jedno z drugiego niczym naturalny potok, bez żadnych spiętrzeń. Tkwi mi w pamięci z ostatnich dekad kilku takich plenipotentów pisarskiego słowa. Zapomniany już Wirgiliusz Gryń w inscenizacji powieści Kamień na kamieniu (Teatr im. Jaracza, Łódź, reż. Jerzy Hutek, 1984), Janusz Gajos i Jerzy Radziwiłowicz w telewizyjnym Saksofonie (reż. Izabella Cywińska, 2013), Wojciech Niemczyk w Widnokręgu na scenie Teatru im. Żeromskiego w Kielcach (reż. Michał Kotański, 2019), Krzysztof Łakomik w Traktacie o łuskaniu fasoli (reż. Emilia Nagórka, Teatr im. Witkiewicza, Zakopane, 2023). We wszystkich tych przypadkach literatura i teatr spotykały się ze sobą nieomal modelowo.
Pisarz miał też i inne przyczółki na scenicznej mapie kraju. Do najbardziej nieoczekiwanych należy bez wątpienia offowy Teatr Przedmieście w Rzeszowie. Offowy? Formalnie bez wątpienia. Aliści teatralny off to trochę worek bez dna: formuł, celów, konwencji, ambicji jest tam bez liku. Na tle rozmaitych, dzikich niekiedy ekscesów podejmowanych przez alternatywne firmy, Przedmieście jawi się jako stabilna, porządna niewielka scena, z sympatyczną siedzibą, z zespołem, z repertuarem; tylko usytuowanie organizacyjne odróżnia ją od miejskich instytucji. Najchętniej mówiłbym o niej jako o autorskim teatrze rodzinnym Anety Adamskiej-Szukały; liczba Adamskich i Szukałów wśród aktorów i realizatorów usprawiedliwia taką nomenklaturę. Tylko bardzo nie chciałbym, żeby ktoś to odczytał jak lekceważenie czy pomniejszanie: to jest zdyscyplinowany, świadomy swoich zadań ansambl, doskonale wprawiony w uprawiany tu prostymi acz pomysłowymi środkami teatr opowieści. Różnych, niekiedy wykraczających ambicjami daleko poza spodziewany horyzont. Widziałem tu Makbeta świetnie skrojonego do warunków i możliwości; spektakl pojechał potem na Festiwal Szekspirowski do Gdańska.
A Myśliwski zdaje się szefowej teatru szczególnie bliski chyba nade wszystko poprzez jednoczesną głębię refleksji i obyczajowy konkret narracji. Można wyjmować z niej poszczególne sceny, ustawiać je „po offowemu”: w krótkich sekwencjach, bez inscenizacyjnego tła, z minimalnymi rekwizytami, w stożkowym świetle górnych reflektorów, w blackoutach. Słowo Myśliwskiego jest wystarczająco plastyczne, by rysować postacie sceniczne w kilku wyrazistych kreskach, a całość spajają stawiane pytania – nie fabuła. Łatwo się tak pisze z boku, ale zrobienie tego z sukcesem wymaga niebłahego kunsztu adaptacyjnego, zmysłu konstrukcji, wyczucia wagi poszczególnych elementów. A na dodatek Aneta Adamska-Szukała nie wybiera sobie tych powieści, w których narracja jest w miarę linearna i skupiona na jednym bohaterze. Dziesięć lat temu przysposobiła Ostatnie rozdanie, którego tematem jest rozbicie narracji, niemożność sumowania życia pokawałkowanego na atomy pamięci. Weź tu i zrób spektakl o postaci bezradnej wobec całego życia, o którym podsumowujący właściwie nic nie umie opowiedzieć. W Rzeszowie się udało, a scenę początkową, kiedy oczekiwany i pożądany, mający wygłosić ważne oświadczenie bohater wychodzi z kulisy i z miejsca chowa się pod obrus wielkiego stołu, pamiętam jako jedną z najlepszych sekwencji w scenicznym życiu autora Widnokręgu.
A teraz dojdzie nowy obraz: schodki-nie schodki w głębi sceny na których gada dwóch, stary i młody. Schodki obsadzono w roli tytułowego Ucha Igielnego, ciasnej furty na starówce bliskiego pisarzowi Sandomierza. A tych dwóch to naprawdę jeden: stary umrze za chwilę, ale zdąży pouczyć swoje młode alter ego, że jeszcze ma wiele do przeżycia, iżby choć spróbować wiedzieć, czy generalnie było warto. On chyba wciąż nie wie, choć co było do przeżycia przeżył. Wspaniała jest ta, rozpisana z powieściowej narracji najgłębiej egzystencjalna rozmowa, wyjęta z czasu, opromieniona jakąś taką szlachetną prostotą, gdy się mówi nie by mówić, ale ponieważ coś męczy, nurtuje i boli. Jan Borek kiedyś, przed laty, dyrektor teatru w Tarnowie, nowy w zespole Przedmieścia i Jakub Adamski w zespole od dawna, nie dokładają do słów niczego, co by je usztuczniało, uteatralniało, patetyzowało. A w tle przemazują się obyczajowe migawki z policjantami, z wędrownym handlarzem, z ciastem od matki, jest Iwona Błądzińska jako delikatna, ucieleśniona pamięć o miłości, jest sama Adamska-Szukała w roli cyganki, której wróżbom nie trzeba, a może właśnie trzeba wierzyć. Parę scen, które, jak to u Myśliwskiego, z pozoru nie mają wagi, a składają się na życie, którego potem nijak nie da się skwitować na mijance w szczelinie sandomierskich murów. Na scenicznych schodkach też nie.
Szkoda, że pisarz już nie zdążył rzeszowskiego przedstawienia zobaczyć.
Wiesław Myśliwski UCHO IGIELNE. Adaptacja tekstu i reżyseria: Aneta Adamska-Szukała, muzyka: Tomasz Pyzik, scenografia: Maciej Szukała. Premiera w Teatrze Przedmieście w Rzeszowie 20 grudnia 2025.