Rozmowa Agnieszki Gałczyńskiej z Filipem Rudnickim, reżyserem „Plagi” w Teatrze KTO.
Spektakl „Plaga" powstał w ramach programu Przestrzenie Sztuki – Taniec. W jaki sposób ramy tego programu zdeterminowały proces reżyserski?
Opowiadając historię szeroko rozumianą fizycznością, nie można wszystkiego zaplanować na kartce papieru. To żywy proces. Musiałem na pewien czas zapomnieć, czego nauczyłem się o pracy z aktorem. Wiele koncepcji, z którymi przychodziłem, lądowało w koszu po przeprocesowaniu ich z tancerzami. Dlatego baza pomysłów musiała być o wiele bogatsza. Kluczowa była oczywiście ścisła współpraca z choreografem, Karolem Miękiną. Wierzę, że nasze niekończące się dyskusje i zderzenie dwóch różnych światów, z których się wywodzimy, zaowocują nową jakością.
Dlaczego to właśnie fizyczność, a nie dialog, uznałeś za najlepsze narzędzie do opowiedzenia o manipulacji?
Taniec, ruch, forma, pantomima, muzyka - to uniwersalny język, zrozumiały pod każdą szerokością geograficzną. Słowo ma moc, ale w moim odczuciu znaczy tyle, co znaczy. Natomiast przekaz wyrażany niewerbalnie będzie miał tyle znaczeń, ilu widzów oglądających spektakl. Otwarcie różnych ścieżek interpretacyjnych jest dla mnie w teatrze najbardziej pociągające. Wywodzę się ze świata filmu, gdzie uwaga widza jest bardzo precyzyjnie sterowana, najczęściej montażem czy kadrowaniem. W teatrze widz ma większą swobodę, sam na bieżąco „montuje” opowieść. To w sumie ciekawy paradoks - „Plaga” jako historia o manipulacji, która formalnie ucieka od manipulowania.
Jak wyglądały pierwsze próby do spektaklu, kiedy próbowaliście przenieść ideę „zrzekania się autonomii” na taniec, który przecież kojarzy się z wolnością?
Moim pierwszym pomysłem inscenizacyjnym, który urodził się jeszcze długo przed scenariuszem, było wykorzystanie tańca na zawężającej się przestrzeni. Te sceny stały się leitmotivem „Plagi”. Za każdym razem tancerki próbują odtworzyć pierwotną choreografię na coraz ciaśniejszej scenie, ale ich ruchy są krępowane, choreografia rozsypuje się, zmieniając w dramatyczną szarpaninę. W kontekście opowieści o władzy totalitarnej, te zabiegi zyskują drugie dno, a Karol Miękina bardzo pięknie przełożył tę ideę na język tańca.
W którym momencie pracy nad koncepcją spektaklu wykrystalizowała się idea, że legenda „Flecista z Hameln” stanowi idealną matrycę do stworzenia paraboli o dzisiejszym świecie?
Pamiętam tę historię z dzieciństwa. Tajemniczy wędrowiec, który grając na czarodziejskim flecie, uwalnia miasto od plagi szczurów. Gdy nie otrzymuje obiecanej zapłaty, postanawia się zemścić. Wyprowadza więc z miasta wszystkie dzieci, które znikają bez śladu. Baśń miała w sobie coś intrygującego, coś znacznie głębszego niż tylko prosty morał: „dotrzymuj danego słowa, bo spotka cię kara”. Gdy ponownie do niej sięgnąłem, od razu uderzyło mnie, że jest to w gruncie rzeczy opowieść o pakcie z diabłem, rodem z „Fausta”. Mefistofeles od zawsze był wdzięczną figurą, którą można ubrać w szaty polityków, demagogów i wszelkiej maści mącicieli. A stąd już tylko jeden krok do opowieści o pladze współczesnego brunatnego populizmu. Bo tym w gruncie rzeczy jest dla mnie „Plaga”. Ciekawe co na to bracia Grimm...
Za pomocą jakich środków tworzy się studium psychologii tłumu, aby publiczność uświadomiła sobie, że proces zrzekania się autonomii dzieje się tu i teraz, poza murami teatru?
Od psychologizmu raczej uciekam. Istotne są dla mnie konteksty kulturowe, społeczne, a przede wszystkim polityczne. Ważnym punktem odniesienia przy tworzeniu scenariusza były dla mnie teksty Carla Schmitta, filozofa polityki, który w latach 30. związał się z nazizmem. Twierdził, że podstawową zasadą polityki jest wyznaczenie opozycji przyjaciel-wróg. Kto definiuje wroga, ten definiuje wspólnotę i ma nad nią kontrolę. Niestety ten mechanizm jest aktualny i dziś, a wielu polityków zdaje się czytać teksty Schmitta do poduszki. I to jest bardzo niepokojące, bo trudno przewidzieć kto jutro stanie się dla nas szczurami, które trzeba będzie przepędzić z miasta.
Jakie było największe wyzwanie realizacyjne, by w efekcie nie przytłoczyć widza, ale sprowokować go do głębokiej refleksji?
Rzeczywiście, sporym wyzwaniem było wyważenie tonu opowieści w ten sposób, by z jednej strony opowiedzieć o groźnym zjawisku, ale z drugiej rozbić nieco tę grozę i uniknąć nadmiernego patosu. Z pomocą przyszła stara dobra groteska. Dlatego „Plaga” gęsta jest od zaskakujących zderzeń sacrum i profanum, komedii i tragedii, sztuki wysokiej i jarmarcznej. Mam nadzieję, że da to efekt podobny do dzisiejszej percepcji dawnych kronik filmowych - niby śmiejemy się z nachalnej propagandy, ale dobrze wiemy, że stał za nią opresyjny system.
Tytułowa „Plaga" to nienawiść kierowana w stronę wyimaginowanego wroga - niezależnie od tego, czy symbolizują go szczury czy przedstawiciele mniejszości czy emigranci. To wszystko brzmi bardzo pesymistycznie...
Trudno wykrzesać z siebie jakiś szczególny optymizm, gdy w Izraelu powstają współczesne obozy koncentracyjne, a prezydent Stanów Zjednoczonych mówi o emigrantach, że to nie ludzie, tylko zwierzęta. Sztuka nie musi być optymistyczna, ale prawdziwa i zwracać uwagę na to, co ważne. Nawet jeśli skryta jest pod płaszczykiem baśni o czarodziejskim flecie. Ale proszę się nie martwić, w tym całym galimatiasie świata „Plagi” jest też promyk nadziei, a daje ją oczywiście miłość.
Czy naprawdę współczesny człowiek jest tak bardzo zmęczony ciągłą niepewnością i gonitwą, że z ulgą przyjmuje dyktaturę pod warunkiem, że jest ona nazywana „ochroną”?
Historia pokazuje, że wszystkie dyktatury dochodziły do głosu z pięknymi hasłami na sztandarach. Niezależnie czy była to „odnowa moralna”, „władza ludu” czy „przywrócenie godności i dumy”, zawsze kończyło się podobnie - zamordyzmem. Nie jest to zatem domena dzisiejszych czasów, ale jakaś nasza ponadczasowa słabość do silnego państwa, które weźmie na siebie brzydkie obowiązki „ostatecznego rozwiązania kwestii szczurzej”.
Mamy (jako widzowie) uwierzyć w teatr, dać się uwieść Fleciście, tylko, czy to w ogóle jest możliwe w świecie mediów społecznościowych, w którym jesteśmy wyczuleni na dezinformacje, clickbaity czy fake newsy?
Może i jesteśmy wyczuleni, ale na pewno nie jesteśmy odporni. Co rusz dowiadujemy się jak media społecznościowe kierują naszą uwagą, jak podtykane są nam treści, z pozoru błahe, a w rzeczywistości nacechowane marketingowo lub politycznie. Trudno odróżnić co jest faktem, a co opinią. Czy w ogóle jeszcze możemy mówić o faktach? Czy wszystko jest już zideologizowane? W tym kontekście bardzo naiwnie brzmiało szumne oświadczenie Marka Czyża po przejęciu „Wiadomości” przez nową ekipę rządzącą. TVP zamiast „propagandowej zupy” miało serwować widzom „szklankę czystej wody”. Nie trudno zauważyć, że coś takiego po prostu nie istnieje. A nawet jeśli istnieje, to podawanie „czystej wody” nie jest nikomu na rękę.
Czy w XXI wieku sztuka potrafi jeszcze wybudzić nas z letargu, czy jest jedynie lustrem, w którym możemy się przejrzeć?
Nie bardzo wierzę w katartyczną rolę sztuki, że pojedynczy seans czy lektura odmieni nasze życie. Natomiast obcowanie ze sztuką na pewno nas uwrażliwia, wyczula na niesprawiedliwość i rozwija empatię. Uzbrojeni w takie supermoce łatwiej oprzemy się czarowi płynącemu z czarodziejskiego fletu.