Logo
Recenzje

Szalona zabawa w cieniu zagłady

3.12.2025, 10:58 Wersja do druku

„Cabaret”  Johna Kandera, Freda Ebba i Joego Masteroffa w reż. Łukasza Brzezińskiego w Teatrze Muzycznym w Poznaniu. Pisze Bata Baczyńska w „Gazecie Świętojańskiej”.

fot. Dawid Stube/mat. teatru

„Cabaret”, jeden z najbardziej znanych musicali na świecie. Swoją prapremierę miał na Broadwayu w 1966 r. Libretto spektaklu zostało napisane przez Joe’go Masteroffa na podstawie sztuki „I Am a Camera” Johna Van Drutena i powieści „Pożegnanie z Berlinem” Christophera Isherwooda. Muzykę skomponował John Kander, a piosenki napisał Fred Ebb. Od samego początku spektakl zyskał uznanie zarówno publiczności, jak i krytyków, o czym może świadczyć zdobycie aż 8 nagród Tony, w tym za najlepszy musical. Jeszcze większą popularność zyskał dzięki adaptacji filmowej z 1972 roku w reżyserii Boba Fosse’a z Lizą Minnelli, Joelem Greyem i Michaelem Yorkiem w rolach głównych. Sceny z filmu zapadły w pamięć publiczności, a piosenki takie jak „Willkommen”, „Mein Herr” czy „Money Money” funkcjonują w świadomości nie tylko znawców i sympatyków spektakli muzycznych.

„Willkommen, bienvenue, welcome!” Tym razem słowa powitania wypowiadane przez Mistrza Ceremonii (świetny Jakub Cendrowski) wybrzmiewają z poznańskiej sceny, zmieniającej się na ponad dwie godziny w Berlin lat 30., miasto dekadenckiej zabawy, zatracenia, nad którym z wolna gromadzą się czarne chmury nazizmu, a lęk przed jutrem sprawia, że lepiej o nim zapomnieć i bawić do upadłego. W klubie Kit Kat trwa nieustanna zabawa, gra muzyka, leje się alkohol i dzięki temu wszystko jest piękne, nawet orkiestra, a troski przestają istnieć. Właśnie tam przybyły z Ameryki młody pisarz Clifford Bradshaw (Maksymilian Pluto-Prądzyński) poznaje piosenkarkę Sally Bowles (Natalia Kujawa). Ich gwałtowny i niespodziewany związek toczy się w szybkim tempie tuż obok nieśmiało rozwijającego się romansu starszych ludzi – właścicielki pensjonatu Niemki Fraulein Schneider (Anita Urban) i sprzedawcy owoców Żyda Herr Schulza (Jarosław Patycki). A my patrzymy na to ze smutkiem, bo wiemy, że nic z tego nie będzie, a ich uczucia, oni sami i świat wokół rozpadnie się w gruzy za sprawą bezwzględnie kroczących przez Berlin narodowych socjalistów. I kiedy na zakończenie pierwszego aktu słyszymy dumne „Tomorrow belongs to me” (rewelacyjne wykonanie Denisy Jarczak-Kaczmarskiej) uświadamiamy sobie, że te uniesione dłonie już niedługo, bestialsko zgaszą wszelką radość i że jest za późno, żeby dało się zmienić bieg historii. Opowieść o uczuciach i o rodzącym się faszyzmie są tu tak samo ważne. Wstrząsający, silnie przemawiający do wyobraźni finał spektaklu, choć pięknie skomponowany wizualnie, pozostawia widza w obezwładniającym poczuciu dramatu, który się dokonał. To niezwykle mocne zakończenie powoduje, że potrzebujemy czasu, żeby ochłonąć i zdobyć się na pierwsze oklaski.

fot. Dawid Stube/mat. teatru

A brawa należą się, bo to spektakl na wielu poziomach dobrze zrealizowany. Przede wszystkim Mariusz Napierała przygotował fantastyczne dekoracje. Ściany boczne i przypominająca koloseum, częściowo otwarta konstrukcja, która wielokrotnie obraca się w trakcie spektaklu, zbudowane są z niewielkich, brudnych, czasem uszkodzonych szybek w metalowych ramkach. Kojarzą się z opuszczonymi i zrujnowanymi budynkami, z gruzowiskiem, w które niebawem zamieni się świat. Obracająca się część zmienia ukształtowanie sceny, czasem koncentruje nasz wzrok na wybranym fragmencie, niekiedy znajdującym się nawet jakby za ścianą. Dodatkowo bardzo interesujące jest wykorzystanie gry światła i cieni, które widzimy na ścianach i przez ściany. Oświetlenie wyreżyserowane przez Katarzynę Łuszczyk bardzo dobrze współtworzy wraz ze scenografią nastrój i buduje atmosferę.

Kostiumy Anny Chadaj są podporządkowane rytmowi spektaklu i zmieniają się, taka by dopasować do zmian zachodzących w rzeczywistości. Zdecydowanie te z drugiej części spektaklu z białymi koszulami, furażerkami, skórzanymi uprzężami były dużo ciekawsze, w zestawieniu z mało seksownymi strojami z początkowych scen w kabarecie Kit Kat, z wyjątkiem fantastycznego kostiumu Mistrza Ceremonii.

Jakub Cendrowski jako Mistrz Ceremonii zwraca uwagę nie tylko wyglądem, ale przede wszystkim świetnym poprowadzeniem roli, bez przerysowań, ale z pełną świadomością wielowymiarowości stworzonej postaci. Podobnie interesująco prezentuje się Maksymilian Pluto-Prądzyński (Clifforda Bradshawa), który jako bohater dojrzewa i z pełnego optymizmu i beztroski młodzieńca zmienia się w trzeźwo patrzącego na świat realistę. Natalia Kujawa wzrusza niezwykłą autentycznością w roli Sally Bowles. Wielkie wrażenie zrobili na mnie Anita Urban i Jarosław Patycki jako Fraulein Schneider i Herr Schultz, którzy z wielką delikatnością próbują wspólnie odnaleźć ciepło ostatniej miłości. Nie można tu pominąć Denisy Jarczak-Kaczmarskiej (Fraulein Kost) wesołej “siostry” wielu marynarzy z Hamburga, szybko odnajdującej się w nowych realiach nazistowskiego świata. A do tego wszyscy fantastycznie śpiewają i świetnie ruszają się na scenie.

„Cabaret” w Teatrze Muzycznym w Poznaniu to spektakl wart zobaczenia, bo choć [musical] powstał ponad 60 lat temu, jest aktualny do dnia dzisiejszego. To poruszające przedstawienie warto obejrzeć nie tylko ze względu na piękne melodie, świetnych aktorów czy interesującą oprawę sceniczną, ale na refleksje, do których nas zmusza, bo może warto mieć świadomość, że zło nie pojawia się znikąd…

fot. Dawid Stube/mat. teatru

Tytuł oryginalny

Szalona zabawa w cieniu zagłady

Źródło:

Gazeta Świętojańska online
Link do źródła

Autor:

Beata Baczyńska

Data publikacji oryginału:

03.12.2025

Sprawdź także