Logo
Recenzje

Świat zapisany w ziarnku piasku

13.07.2026, 18:32 Wersja do druku

„Opowieści piaskiem pisane” Honoraty Mierzejewskiej-Mikoszy w reż. autorki z Opolskiego Teatru Lalki i Aktora na Festiwalu Anima 2026 w Olsztynie. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Anna Molokanova / mat. teatru

Po obejrzeniu „Opowieści piaskiem pisanych” na olsztyńskim Festiwalu ANIMA pomyślałem, że Honorata Mierzejewska-Mikosza należy dziś do nielicznych polskich reżyserek teatru lalek, których kolejne przedstawienia nie tyle zmieniają kierunek artystycznych poszukiwań, ile konsekwentnie rozwijają raz odnaleziony język. Nie jest to droga efektownych zwrotów ani estetycznych rewolucji. Przeciwnie. Każda następna realizacja wydaje się dopowiedzeniem poprzedniej, kolejnym rozdziałem tej samej opowieści o świecie, naturze i człowieku.

Nie chodzi jednak o powtarzanie raz wypracowanych rozwiązań. Teatr Mierzejewskiej-Mikoszy za każdym razem zdaje się szukać coraz prostszych środków, coraz bardziej skupionych na tym, co najbardziej pierwotne: materii, ruchu, świetle i wyobraźni.

Kiedy przed laty oglądałem „Kolorowych ludzi”, zachwyciło mnie to, że spektakl powstawał właściwie z niczego. Kilku aktorów, kilka przedmiotów, światło, ruch, dźwięk i wyobraźnia wystarczały, by opowiedzieć historię stworzenia. W „Pradawnym drzewie” ten sposób myślenia o teatrze został pogłębiony. Mit słowiański wyrastał tam dosłownie z drewna – z pnia, konarów, masek i szuflad pełnych przedmiotów, które pod rękami aktorek nieustannie zmieniały swoje znaczenie. Dziś, oglądając „Opowieści piaskiem pisane”, mam wrażenie, że reżyserka wykonała kolejny krok. Jej teatr staje się jeszcze bardziej oszczędny, jeszcze bardziej skupiony na materii i jeszcze mocniej ufa obrazowi.

To przedstawienie nie tyle opowiada Biblię, ile wydobywa z niej obrazy. Nie interesuje go rekonstrukcja przypowieści ani ilustracja dobrze znanych historii. Biblijne słowo zostaje potraktowane jako pamięć kultury, jako zapis ludzkich doświadczeń przekazywanych z pokolenia na pokolenie. Dlatego spektakl nie ma charakteru katechetycznego. Znacznie bliżej mu do medytacji nad tym, czym jest opowieść, jak rodzi się znaczenie i dlaczego człowiek od zawsze próbuje zapisać własne istnienie w świecie.

Nieprzypadkowo najważniejszym tworzywem przedstawienia staje się piasek. Jego obecność organizuje niemal całą dramaturgię spektaklu. Piasek przesypuje się przez dłonie aktorów, tworzy ślady, krajobrazy i znaki, po czym natychmiast je zaciera. W jednej chwili staje się pustynią, za chwilę drogą, później księgą, z której można odczytać historię człowieka. Jest jednocześnie symbolem przemijania i pamięci. Zapisuje świat tylko po to, by za moment pozostawić miejsce kolejnym zapisom.

Piasek nie jest jednak wyłącznie scenograficznym tworzywem. Staje się niemal równorzędnym bohaterem spektaklu. Ma własny rytm, własną pamięć i własną dramaturgię. Aktorzy nie tyle nim manipulują, ile prowadzą z nim dialog. Każdy ruch dłoni wydobywa z niego kolejny obraz, ale każdy obraz skazany jest na zniknięcie. Właśnie w tej sprzeczności — między potrzebą pozostawienia śladu a świadomością jego nietrwałości — kryje się jeden z najważniejszych sensów przedstawienia.

Mierzejewska-Mikosza od dawna fascynuje się materią, ale dopiero tutaj wydaje się ona całkowicie uwolniona od funkcji ilustracyjnej. Drewno nie udaje drzewa, kamień nie jest tylko kamieniem, a piasek nie służy budowaniu realistycznej przestrzeni. Wszystkie te elementy stają się partnerami aktora. Są żywe nie dlatego, że zostają animowane, lecz dlatego, że niosą własną pamięć i własną historię. To zresztą jedna z najbardziej charakterystycznych cech teatru tej reżyserki.

Aktor nigdy nie dominuje nad przedmiotem. Nie demonstruje własnej ekspresji. Nie buduje psychologicznej postaci. Jest kimś, kto cierpliwie wydobywa znaczenia ukryte w materii. Jego dłonie nie tyle pokazują świat, ile pomagają mu się narodzić. W tym sensie teatr Honoraty Mierzejewskiej-Mikoszy pozostaje wierny najstarszym tradycjom lalkarskim, w których animator nie odgrywał bohatera, lecz był opowiadaczem powołującym do życia całe uniwersum.

To właśnie dlatego tak ważna okazuje się w spektaklu kamera na żywo. Łatwo byłoby uznać ją za współczesny dodatek albo ukłon w stronę multimediów. Tymczasem jej funkcja jest zupełnie inna. Kamera nie służy powiększaniu scenicznego świata. Pogłębia sposób patrzenia. Skupia wzrok na strukturze drewna, na przesypującym się piasku, na ledwie zauważalnym ruchu dłoni. Paradoksalnie technologia służy tutaj temu, by jeszcze mocniej zobaczyć naturalną materię. To bardzo piękny pomysł, bo zamiast odwracać uwagę od sceny, uczy patrzeć głębiej.

Od dawna mam poczucie, że Mierzejewska-Mikosza tworzy teatr przeciwstawiający się współczesnemu nadmiarowi. W jej przedstawieniach nie ma pośpiechu. Nie ma bombardowania bodźcami. Nie ma chęci nieustannego zadziwiania widza. Jest natomiast wiara, że dziecko potrafi kontemplować obraz równie intensywnie jak dorosły, jeśli tylko da mu się czas. W świecie, który coraz częściej utożsamia teatr dla najmłodszych z kolorowym widowiskiem i szybką akcją, taka postawa wydaje się niemal manifestem.

„Opowieści piaskiem pisane” nie mówią więc jedynie o początkach świata. Mówią także o ludzkiej potrzebie nadawania znaczeń. Człowiek od zawsze próbował pozostawić po sobie znak: na skale, na papierze, w pamięci innych ludzi. Tutaj takim miejscem zapisu staje się piasek — najbardziej krucha, a zarazem najbardziej pierwotna księga.

W tym sensie spektakl jest kontynuacją wcześniejszych poszukiwań reżyserki, ale jednocześnie wyraźnym krokiem naprzód. Mierzejewska-Mikosza ogranicza narrację do najistotniejszych znaków, redukuje środki, jeszcze mocniej ufa temu, że sens rodzi się pomiędzy obrazami, a nie w wypowiadanych zdaniach. To teatr, który nie tłumaczy świata. Raczej zaprasza do jego cierpliwego odczytywania.

W polskim teatrze lalek niewielu twórców z taką konsekwencją rozwija własną estetykę. Łatwo rozpoznać spektakle Honoraty Mierzejewskiej-Mikoszy po organicznej scenografii, czułości wobec natury, poetyckim rytmie i niezwykłym zaufaniu do wyobraźni widza. Nie jest to jednak powtarzanie raz sprawdzonych rozwiązań. Każde kolejne przedstawienie wydaje się próbą dalszego oczyszczania formy, poszukiwaniem coraz prostszych środków wyrazu.

Po wyjściu z olsztyńskiego pokazu nie pamiętam wszystkich biblijnych historii. Nie pamiętam nawet kolejności scen. Został natomiast obraz dłoni przesypujących piasek, faktura drewna oglądana w wielkim zbliżeniu i cisza, która towarzyszyła wielu sekwencjom spektaklu. To właśnie te obrazy okazują się najtrwalsze. I może właśnie o to chodziło reżyserce. By przypomnieć, że zanim świat zostanie zapisany słowami, najpierw istnieje jako ślad pozostawiony w piasku.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także