„Sprawa Davida Frankfurtera" wg scenar. Macieja Bogdańskiego, Piotra Pacześniaka i Marcina Wierzchowskiego w reż. Marcina Wierzchowskiego w Teatrze Wybrzeże w Gdańsku na Warszawskich Spotkaniach Teatralnych. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Można zazdrościć Gdańszczanom pięknej Starówki, można niewielkiej odległości od morza, ja zaś zazdroszczę bliskości Teatru Wybrzeże. A ponieważ nieszczególnie wychodzą mi podróże na Pomorze, to staram się korzystać z każdego przyjazdu Wybrzeża do stolicy. Na zakończonych właśnie Warszawskich Spotkaniach Teatralnych gościła, mająca swą premierę w kwietniu, „Sprawa Davida Frankfurtera” w inscenizacji Marcina Wierzchowskiego. Reżyser po trzech latach od realizacji głośnej „Pięknej Zośki” powrócił do Gdańska i przygotował jeszcze dłuższe, niemal czterogodzinne przedstawienie, które wzorem poprzedniczki nawet przez moment nie pozwala oderwać się od gęsto zarysowanej emocjami historii.
Wierzchowski sięgnął po powieść Güntera Grassa „Idąc rakiem”, lecz wraz z dramaturgami, Maciejem Bogdańskim i Piotrem Pacześniakiem, znacząco rozbudował oryginalny tekst, wykorzystując w dialogach tak lubiane przez siebie i rejestrowane godzinami aktorskie improwizacje. Katastrofa zapełnionego niemieckimi uchodźcami okrętu MS Wilhelm Gustloff zatopionego przez radziecką łódź podwodną w styczniu 1945 roku łączy się płynnie z opowieścią o ostatnich chwilach samego Gustloffa, szefa szwajcarskiego NSDAP, nazistowskiego „męczennika” zastrzelonego w akcie protestu przeciw „brunatnej” doktrynie w 1936 roku w Davos przez żydowskiego studenta medycyny Davida Frankfurtera. Sednem spektaklu jest jednak trzeci wątek łączący dramaturgiczną ramą oba poprzednie, wydarzenie z rodzinnego miasta Gustloffa, meklemburskiego Schwerin, gdzie w 1997 roku dwóch nastolatków – Konrad i Wolfgang – uwiedzionych i straumatyzowanych nie tylko przeszłością dokonało tragicznej w skutkach lustrzanej rekonstrukcji zabójstwa z Davos. Pradziadkowie Konrada zginęli w zimnych wodach Bałtyku, ocalała jedynie jego babka Tulla, która w łodzi ratunkowej powiła swego pierworodnego Paula – przyszłego ojca chłopaka. Karmiony od małego rodzinną tragedią Konrad staje się jej internetowym kustoszem, ale w międzyczasie ulega fascynacji postacią patrona statku i niebezpiecznie skręca w stronę faszystowskiej ideologii. Gdy na forum poznaje podającego się za Żyda Wolfganga używającego imienia David, między chłopcami rodzi się dziwna więź, może nawet przyjaźń, mimo radykalnie odmiennych poglądów. Ich spotkaniem w realu historia zatoczy okrutnie przewrotne koło, pozostawiając niezabliźnioną ranę w starających się zrozumieć motywy działań swych dzieci zdruzgotanych rodzicach.
Bo mimo, że „Sprawa Davida Frankfurtera” dotyka za Grassem niemieckich traum i ciągnących się cieniem demonów wojennej przeszłości, to przede wszystkim skupia się na człowieku i nieuniknionej powtarzalności rodzinnych schematów. Opowiada o rodzicielstwie, na które nie każdy jest gotowy. O wdrukowanym w dzieciństwie modelu zapętlonym w pokoleniowej karuzeli. O ojcach, których nie ma. O ojcach, którzy są, ale jakby ich nie było. O ojcach stawiających swym dzieciom poprzeczkę w niebiosach i wdeptujących w ziemię bezwzględną krytyką, drwiną i kpiarskim sarkazmem. O matkach-despotkach trzymających dom chłodną ręką autorytarnej władzy w imię chorobliwie pojmowanej miłości. O matkach-boginiach traktujących dzieci jak zbędny balast i przeszkodę w samorozwoju. O matkach-cierpiętnicach trwających w milczącej zgodzie na życie w cieniu męskiej przemocy. I o dzieciach mających od samego początku „spier***one grunty”. Dzieciach wpadających w kołowrót rodzicielskich kłótni, rozwodów, zostawionych samymi sobie i obiecujących, że nigdy nie będą dla swych potomków równie gównianymi rodzicami. Tyle że po latach, powtarzających te same błędy, niczym z nakreślonego szablonu.
Próba poszukiwania odpowiedzi na pytanie „jak do tego doszło?” prowadzi dorosłych przez retrospekcję wydarzeń i listę własnych zaniedbań. Nielinearna fabuła spektaklu lawiruje sprawnie w czasie, odtwarzając w rytmach urywki z życia postaci i budując atmosferę napięcia. Odkrywając coraz to nowe wydarzenia z przeszłości, rzuca z każdą sceną nowe światło na kiełkującą odpowiedź. Gęste od emocji, zwykłe z pozoru dialogi równoważy młodzieńczą beztroską i humorem, wśród których wisienką na torcie jest legenda powstania lasu schwerińskiego. W drugiej części sięga do ostatniego dnia i traumatycznej nocy poprzedzającej wypłynięcie rodziny Tulli Pokriefke z Gdańska, by raz jeszcze pokazać niepokojącą cykliczność schematów i delikatnie zadrwić z naszych przekonań o pochodzeniu czy niesionym w genach dziedzictwie. Ze zbiegów okoliczności i paradoksów historii, które śmieją się nam w twarz chichotem losu.
Tak silnie skoncentrowany narracyjny teatr wymaga prawdziwego kunsztu aktorskiego. Teatr Wybrzeże ma szczęście posiadać w zespole aktorów przez duże A, niezwykle wrażliwych i uważnych na siebie nawzajem. Porywające, głębokie psychologiczną wiarygodnością kreacje tworzą wytrąceni ze strefy komfortu rodzice – Maciej Konopiński, Marek Tynda, Anna Kociarz i Monika Chomicka-Szymaniak. Często przekraczający granice w impulsywności zachowań, desperacko szukający usprawiedliwienia dla własnych uchybień i winnego, na którego można by zrzucić odpowiedzialność. Zachwyca misternym budowaniem roli niezłomnej Tulli i Grety Pokriefke Marzena Nieczuja Urbańska, stanowiąca skałę i opokę tradycyjnych wartości, a przecież z braku męskiego wzorca przyjmująca wszystkie cechy nadopiekuńczych, apodyktycznych matek. Karolina Kowalska, zarówno jako młoda Tulla, jak i Rosie, emanuje młodzieńczą, buntowniczą energią wnosząc światło do mrocznego scenicznego świata. Wspaniały debiut zaliczają także Kuba Dyniewicz i Błażej Szymański, naturalni w zachowaniach, wiarygodni w słowie i emocjach, konsekwentnie podążający za wizją reżysera. I nawet w ping-ponga dają radę.
„Sprawa Davida Frankfurtera” to hipnotyzujący i głęboko poruszający teatr psychologiczny, dokonujący wnikliwej wiwisekcji skomplikowanych relacji rodzinnych w oparciu o wielopokoleniową pętlę powtarzanych błędów i emocjonalnych deficytów. Stawia pytania o tożsamość, moralność, a przede wszystkim o szansę ucieczki od utrwalonych dziedzicznie schematów. Marcin Wierzchowski prowadzi narrację niespiesznie, wytrwale budując sceniczne napięcie i poddaje fakty ciągłej reinterpretacji przykuwając niepodzielnie uwagę widza. Podobnie jak przykuwają ją pełnokrwiste postacie zespołu aktorskiego Teatru Wybrzeże współtworzące autentyczną i niezwykle wyrazistą opowieść, która wielu z nas może się odbić dziwnie znajomą czkawką. Taki teatr mógłbym smakować codziennie. Wpadajcie częściej z Gdańska.