„Moralność pani Dulskiej” Gabrieli Zapolskiej w reż. Anny Augustynowicz w Teatrze Narodowym w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie NaszTeatr.
Anna Augustynowicz konsekwentnie realizuje swój teatr. Teatr utkany z monochromatycznej czarno-bieli, sformalizowany w rytmach i zaklęty w skodyfikowanym ruchu, a czasem bezruchu. To, co doskonale współgrało z „Matką” Witkacego czy „Wczoraj byłaś zła na zielono” Elizy Kąckiej, nie do końca przekonało mnie ostatnio w przypadku odczłowieczonego Gombrowicza. Teraz reżyserka zaprosiła do swego świata zespół Teatru Narodowego wystawiając „Moralność pani Dulskiej” Gabrieli Zapolskiej. I jedno trzeba przyznać – autorski stempel jest tu nader wyraźny, bo odwagi do kreowania własnej wizji scenicznej Annie Augustynowicz zdecydowanie nie brakuje.
Pstryk. Strzela migawka. Błyska flesz. Przed nami rodzinna fotografia. Dulscy w pełnej krasie. Każdy na swoim miejscu zaklęty w obrazie idealnej rodziny. Piękny sztafaż na użytek zewnętrznego świata. I dopóki Zapolska maluje słowem ten lukrowany landszaft aktorzy pozostają w bezruchu, jedynie słowami wypełniając perfekcyjny wizerunek nieskazitelnego domostwa. Przez chwilę kołacze w głowie niepokojąca myśl, że reżyserka zaprosiła nas na specyficzną formę czytania nieperformatywnego lub teatralnego audiobooka, lecz znika ona wraz z pojawiającym się ruchem. A ten oznacza pęknięcia w misternie utkanym portrecie familii Dulskich. Powolne odmrażanie zastygłej fotografii. Wraz z wizytą zwiewnej Lokatorki (Anna Grycewicz) reżyserka umożliwia nam stopniowe zaglądanie do wnętrza mieszkania, w którym nie wszystko wygląda jak na malowanym obrazku. Pozwala na spojrzenie do wnętrz jego mieszkańców, którzy szamoczą się ze światem zniewoleni własną niemocą i hipokryzją otoczenia. Umożliwia wejście do mentalnych ludzkich kryjówek, które za księdzem Tischnerem przytacza Augustynowicz oraz odkrycia emocji i prawd chowających się za fasadą doskonałości. Obłuda, fałsz, kołtuństwo? Czy może odwieczna ludzka potrzeba robienia dobrej miny do złej gry, tworzenia pozorów i bardzo współczesny wymóg kreowania wizji wszechogarniającej szczęśliwości?
Na spowitej mrokiem scenie owe kryjówki wizualizują się scenograficzną wizją Marka Brauna. Z przesłoniętych przeziernymi, ciemnymi tkaninami trzech pomieszczeń można wydostać się ciasnymi przejściami na niemal pustą przestrzeń, gdzie twórcy poddają wiwisekcji dramaty ukrywane dotąd w czterech ścianach mieszkania. Stylowe, niekiedy wywrócone meble, jedynie sugerują wykorzystanie pomieszczeń, a toaleta stanowi prawdziwy azyl dla zmęczonych atmosferą domowników. Projekcje Wojciecha Kapeli płaczą deszczem nad niedolą Dulskiej i interesująco multiplikują zdecydowanie niebaletowe choreograficzne układy Bartosza Dopytalskiego. Kostiumy Tomasza Armady, podobnie jak klimatyczna muzyka Jana Marka Kamińskiego, wymykają się czasowi i mieszają realia epoki ze współczesnością. W strojach dominują czernie, a fasony idealnie oddają pozycję społeczną bohaterów. Jedyną jaśniejszą postacią jest Felicjan Dulski (Arkadiusz Janiczek), który pochłonięty tenisem i powtarzalną codziennością żyje właściwie obok rodziny nie tracąc czasu na roztrząsanie jej problemów.
Po prawdzie jednak jaśnieje, choć już nie strojem, cały zespół aktorski Teatru Narodowego. A zadanie, zwłaszcza w pierwszej części spektaklu, ma niełatwe. Odrzucenie tradycyjnej inscenizacji, przyjęcie bezczasowego uniwersalizmu i stopniowe „odmrażanie” doskonałego obrazu rodziny Dulskich nie pozostaje obojętne na aktorską prezencję. Najbardziej cierpią na tym postacie Hesi i Meli, odarte nieco z filigranowego dziewczęcego uroku baletnic i komizmu charakterów, choć reżyserka wykupiła się Paulinie Szostak i Michalinie Łabacz podarowując im najciekawszą wizualnie scenę. Spojrzenie skupia się na dramacie Anieli Dulskiej, którą Małgorzata Kożuchowska wyjmuje z powszechnie przyjętej konwencji zmieniając w głęboko nieszczęśliwą, ale i całkowicie świadomą swych poczynań kobietę, która nie znajduje w sobie dość odwagi, by wyzwolić się z kajdan społecznej presji. Komediodramat spętanej konwenansem „home managerki” przeistacza się w tej interpretacji w dotkliwy dramat samotnej, zniewolonej obowiązkami matki, która pozbawiona małżeńskiej pomocy nie potrafi wydostać się z klatki patriarchalnej tradycji na wolność. Zamiast tego dzielnie trzyma ster, bo ona zawsze „dowozi”, choćby kosztem własnego szczęścia i niekoniecznie korzystnego odbioru otoczenia. Tyle że Dulska nie daje już rady i przytłoczona rzeczywistością musi szukać pomocy. Kożuchowska próbuje nadać swej protagonistce ludzkie rysy przerażonym spojrzeniem, nerwową bezradnością i ostatecznym aktem rozpaczy, gdy klęka przed Hanką. Może pragnie nawet wzbudzić cień współczucia czy empatii, ale tekst pozostaje tekstem. Ulegając strachowi przed ludzką oceną daje bardziej pokaz wyrachowanej bezduszności, niż prawdziwej siły charakteru. Porwana wirem własnej niemocy przywraca ustalony, zastygły w powierzchownej wspaniałości porządek świata. Skręt w stronę psychologicznej dramy uzasadnia żywiołową i emocjonalną grę Kamila Mrożka, który w roli Zbyszka miota się w buncie przeciw matce, nie mogąc jednocześnie uwolnić się od rodzinnych zależności. Hanna Wojtóściszyn z naturalną ekspresją buduje postać swej imienniczki, prostej służącej, cichej i usłużnej do czasu, gdy nie ma już nic do stracenia, a stawką jest jej honor. Wówczas wychodzą z niej iście zakopiańskie demony. Praczka Tadrachowa w wykonaniu Beaty Fudalej to zamknięta w drobnej formie aktorska perełka, płynnie przechodząca od spływającej miodem dobrego obyczaju poczciwiny do miotającej gromy boskiej sprawiedliwości wiedźmy. Właściwie tylko czarnego kota brakuje. Szeroką paletę aktorskich interpretacji prezentuje doskonała w roli femme fatale Juliasiewiczowej Gabriela Muskała – widać w niej olbrzymią radość z grania tej postaci. Figlarne spojrzenie przeplata się ze ”złodziejskim sprytem”, urażona duma cofa się rakiem z potrzeby chwili, a silna osobowość Dulskich nie odpuszcza w kryzysowych sytuacjach, nawet gdy miękną kolana.
Pstryk. Strzela migawka. Błyska flesz. Rodzina Dulskich znów zastyga na fotografii. Idealna. Szczęśliwa. Nieprawdziwa. Prawie jak obrazek z Fejsa czy Instagrama. „Moralność pani Dulskiej” nie chce się zestarzeć. Na Scenie przy Wierzbowej nie sili się też na wesołość. Nadal przygląda się wnikliwie naszej mentalności, powtarzającym się od pokoleń kliszom i zastanawia, czy w ogóle jesteśmy w stanie uwolnić się od oceniania innych i samych siebie. Czy potrafimy powstrzymać się od tworzenia fikcyjnych masek i witryn. Od wiecznie towarzyszącej nam hipokryzji. Anna Augustynowicz zdrapuje emulsję fasadowości i pokazuje nam ukryty obraz nas samych. Wciąż przeczulonych na punkcie własnego wizerunku. Pudrujących i pokrywających politurą nie zawsze krystaliczny rodzinny obraz.
Okazuje się, że presja czasów jest równie dotkliwa dziś, jak była dawniej. Mimo że świat się zmienił, a kobiety wywalczyły wiele praw, wciąż wpadają we własne pułapki. Media społecznościowe epatują egzotycznymi wakacjami, uzdolnionymi dziećmi, nienaganną prezencją i blaskiem szczęśliwości. Normalność nie jest w cenie. Wciąż jesteśmy niewolnikami oczekiwań innych ludzi. Wciąż jesteśmy Dulskimi ukrytymi za fasadą rodzinnego portretu. I choć to bolesna konstatacja, to przynajmniej oryginalnie podana i wyśmienicie zagrana.