EN
24.03.2022, 18:39 Wersja do druku

Solo act

„Stryjeńska. Let’s Dance, Zofia” / fot. Karolina Deptus / mat. teatru

XIV Tyski Festiwal Monodramu MOTYF w Teatrze Małym w Tychach. Pisze Sławomir Szczurek z Nowej Siły Krytycznej.

W monodramie, który w opinii Gabrieli Muskały (inaugurującej XIV Tyski Festiwal Monodramu MOTYF) jest bardzo trudną formą teatru, aktor nie ma partnera, z którym może dialogować. Partnerem staje się widz a zadaniem reżysera jest takie poprowadzenie aktora, by spektakl nie był monotonny. Można widowiskowo pływać niczym mistrzyni tego stylu Krystyna Janda, bądź równie widowisko utonąć. Nawiązując z kolei do metafory użytej przez jurorkę tegorocznego MOTYF-u – Kamillę Baar – można na tej najtrudniejszej ze scenicznych wypowiedzi pięknie galopować, wzbudzając zachwyt, lub zwyczajnie z niej spaść i się poobijać. Tak czy siak. Tutaj nie ma miejsca na półśrodki. Albo kochamy, albo nienawidzimy.

W mistrzowskich przedstawieniach w Tychach pokazały się: Gabriela Muskała w „Podróży do Buenos Aires” (Teatr im. Stefana Jaracza w Łodzi), Irena Jun jako Matka Makryna (Teatr Studio w Warszawie) i Dorota Landowska w „Stryjeńska. Let’s Dance, Zofia” (zarejestrowane już dla Teatru Telewizji). Pomimo niezmiennego uwielbienia dla Gabrieli Muskały (uznania dla jej filmowych ról i nade wszystko teatralnych), nieustannie mnie ona zaskakuje. Ta mieszanina kruchości głosu, delikatności urody, drzemiąca w niej wyrazistość i wewnętrzna siła potrafią prawdziwie zadziwić. Historia jej bohaterki – Walerki – kłębiła mi w głowie jedną myśl: strzeż nas od obłędu, Panie!

Uwierzyłem również w każde z prezentowanych wcieleń Matki Makryny. Że bywają momenty, gdy przestajemy odróżniać fikcję od prawdy. Irena Jun pokazała, jak prosto można pomiędzy nimi przechodzić. Jak łatwo dajemy wiarę komuś, kto ma odrobinę charyzmy. Jak rozdawane obrazki stają się potwierdzeniem głoszonych tez. Aktorka prześlizguje się miedzy Juliuszem Słowackim a Jackiem Dehnelem brawurowo. To prawdziwa mistrzyni teatru jednego aktora. Trzy metalowe rury imitujące dźwięk kościelnych dzwonów tworzą niezwykły świat poddany historii hochsztaplerki.

Zofia Lubańska w przebraniu mężczyzny, z personaliami należącymi do brata, okłamywała świat monachijskiej akademii, by tylko móc się rozwijać w malarskim rzemiośle. Artyzm pomieszany z uczuciem zwykle nie wróży nic dobrego. Początkiem końca jej niezależności i pasji tworzenia stało się małżeństwo z uznanym już architektem – Karolem Stryjeńskim. Rozpoczęła wieloletnią tułaczkę. Landowska maluje portret bohaterki nienachlanie, acz precyzyjnie, subtelnie. Po lekturze książki Angeliki Kuźniak „Stryjeńska. Diabli nadali” tak sobie ją wyobrażałem, jeśli chodzi o nastroje. Landowska fizycznie pasowała do tej roli. Była tak samo rozczochrana, rozdarta, mówiła tym samym językiem, co jej bohaterka, czuć było w niej to samo niepogodzenie z życiem. To, że nie umiała połączyć miłości do rodziny i pracy.

W przedstawieniach konkursowych panowało spore zróżnicowanie. Niemalże każdemu z siedmiu spektakli czegoś brakowało. Zdobywczyni Grand Prix – Karolina Słonka – przedstawiła w „Odważyłam się zdjąć buty” (Teatr Ryba Latająca w Jasienicy) wzruszającą historię Poli Nireńskiej, polskiej artystki żydowskiego pochodzenia, którą doganiały i wyganiały z kolejnych miejsc nowe reżimy, najpierw nazistowskich Niemiec, później faszystowskich Włoch. Przywołanie gestu Alberta Einsteina, który po swoim przyjęciu urodzinowym zapozował wścibskim fotografom z wyciągniętym językiem) oraz padające ze sceny dotkliwe słowa: „w Polsce jest zawsze jakaś strefa wolna”, to momenty, dla których było warto obejrzeć ten spektakl. Historią swojej bohaterki Słonka nie próbowała wzbudzić w publiczności współczucia. Doskonale ograła rekwizyty (sznurek) i kostium, potrafiła też zarządzić sobą w przestrzeni sceny, wykorzystując na przykład swe taneczne umiejętności. To też zostało docenione przez jury jako „dojrzałe, artystyczne, rozwiązania formalne”. Problem w tym, że twarz Słonki nie mówiła zupełnie nic. Odklejona od reszty ciała i wypowiadanych słów, pozostawała poza artystycznym komunikatem i estetycznym wzruszeniem. Brak aktorce także ognia w głosie, siły, która świadczyłaby o tym, że jej monodramowa kolejka zmierza z właściwą prędkością do obranego celu.

Podobnie rzecz się miała z dwoma innymi konkursowymi spektaklami: „Mięsem” w wykonaniu Tamary Yelchaninovej wyreżyserowanym przez Jacka Wilantewicza (Teatr Stajnia Metamorficzna z Nowiny) oraz „Marzycielem” na podstawie opowiadań Fiodora Dostojewskiego w wykonaniu Mileny Piejko (Teatr Plaster z Jarosławia). W pierwszym nie tylko szpilki były zbyt duże dla wykonawczyni, ale i wyobrażenia o swoich możliwościach. Przeceniona została też siła artystycznej relacji łączącej aktorkę z reżyserem (tak doceniona przez jury). Historia zna przypadki niezwykle twórczych, uzupełniających się i wzajemnie inspirujących duetów. Tu jesteśmy świadkami erotycznego performansu, a raczej taniego porno, w którym nienaturalne przeciąganie słów, celowe wydłużanie ich nie służy niczemu innemu, jak tylko ukryciu dykcyjnych braków. W drugim zaś monodramie nie do zniesienia są posunięte do przerysowania naiwne postrzeganie świata przez Nastusię, przypiętą agrafką do spódnicy babci, i przekładający się na to sposób grania.

Na złość przekonaniu, iż monodramy to domena kobiet, w konkursowych zmaganiach zdecydowanie lepiej zaprezentowali się aktorzy. Problemy, które również dotyczą mężczyzn (doprowadzania ciała do granic możliwości, sztuczna inteligencja) świetnie podjął Marcin Fortuna w „Pieśni Humbaka” autorstwa Pawła Błacha (Teatr ForMa z Radomia). Absolutnie zgadzam się z werdyktem jury, który mówi o „odważnym podjęciu tematu transhumanizmu zaprezentowanym w estetyce teatru offowego”. To czego zabrakło, to aktora właśnie. Granie jedynie przy jarzeniówce odbiera nam go, pozbawia do niego dostępu. To niebywale ryzykowne przy i tak mocno ograniczającej formie, jaką jest monodram.

„Matka Makryna” / fot. Katarzyna Chmura-Cegielkowska

Inne aktualności

Najlepszy warsztatowo, jeden z nielicznych aktorów, który nie miał problemów z artykulacją (zmora i plaga, na którą cierpią monodramiści), był Bartosz Bandura (Teatr Kotłownia w Drezdenku). Nawiązując do tytułu jego przedstawienia, ciężko mi „pogodzić się ze światem”, który nie akceptuje i nie jest gotowy na przyjęcie wizerunku wrażliwego i pełnego wątpliwości mężczyzny. Bandura pomimo enigmatycznego scenariusza na podstawie twórczości Edwarda Stachury oddał wiarygodnie „ból istnienia” i myślowe siłowanie się ze światem swego bohatera. Przez chwilę widziałem w nim współczesnego romantyka à la Gustaw-Konrad. Egzamin ze stawiania sobie egzystencjalnych pytań, poszukiwania ich w sobie, rozdrapywania ran i leczenia ich zdał celująco. Warsztat Bandury, jego mimika i bezcenny głos zasługują jednak na nieco lepszą sceniczną oprawę.

Nie ukrywam, że moim faworytem był Filip Lipiecki z krakowskiej Akademii Sztuk Teatralnych z monodramem „Popiół”. Również jury uznało go „największą osobowością aktorską Festiwalu”. Zgadzało się tu wszystko – i temat, i warsztat i scenografia. Ten spektakl pokazał jak forma monodramu może zostać otrzepana z kurzu, którym od lat był pokryty i z czym zwykle nam wszystkim się kojarzy. Subtelnie wpleciony w inscenizację ekran, zwiastun nowych technologii – ascetyczna, acz w zupełności wystarczająca scenografia złożona z urny i pomcdonaldsowych papierków, nie odbierają przestrzeni dla opowieści, jak i dla samego artysty. Prawdziwie „oham” na wyciskającą łzy anegdotę z upragnioną marynarką podarowaną przez nieżyjącą już matkę oraz biwakową scenę wrzucania frytek do urny z jej prochami w geście dzielenia się „chcesz trochę?”. Lipiecki igra z tematem śmierci rodzica, przedstawiając ją czule, ale i nie pozbawiając odpowiedniej dozy żartu. Jestem przekonany, że usłyszymy o nim jeszcze nie raz.

Tajemnicy sukcesu monodramu należy upatrywać we wszystkich obejrzanych podczas festiwalu przedstawieniach. Złożyć z nich można monodram idealny. Stworzyć swoistego rodzaju dekalog tej scenicznej sztuki. Przepis, mimo że prosty do obronienia, okazuje się jednak niełatwym. Składnikami są: wciągający temat (lub czyjaś biografia), rekwizyt zmieniający się w inny z prędkością światła (tym obowiązkowym zdaje się być krzesło). Aktor nie powinien uciekać się jedynie do krzyku, winien odznaczać się duża sprawnością fizyczną, gdyż jest sam sobie wszystkim. Zawsze też musi mieć do kogo mówić – choćby do ściany.

Akcentem, wobec którego nie sposób przejść obojętnie i pominąć w recenzowaniu tegorocznego festiwalu, pozostaje opuszczenie widowni przez dwie z trzech osób zasiadających w jury (Irena Jun, Kamilla Baar, Paweł Drzewiecki) podczas konkursowego spektaklu, o którym dotychczas nie wspomniałem, czyli w trakcie pokazu „Hermenegildy K.” w wykonaniu Doroty Kaczor (Fundacji Sztukarnia z Krakowa). Niezależnie od zapisów regulaminu, jeśli ktoś przedstawienie dopuścił do udziału w konkursie a nawet, jeśli dobrze zrozumiałem, zaprosił na festiwal i jak dalej rozumiem sprawdził wszystko, także czas trwania, to kultura i uczciwość nakazują wysiedzenie do końca prezentacji. By móc ją ocenić. Później można ją pominąć w werdykcie, co zresztą uczyniono. A wyróżniono wszystkie spektakle, nawet tak absurdalną nagrodą, jak ta przyznana Milenie Piejko za najkrótszy czas rozłożenia i złożenia scenografii. Rozumiem, co mogło się nie spodobać, zresztą Irena Jun powiedziała to podczas forum. W obecności kamer zastanawiała się, jak aktorka może robić z siebie takie „czupiradło”? Zachęcam do obejrzenia wcielenia aktorskiego, w jakim występuje sama Jun w „Matce Makrynie”.

Dla tych młodych ludzi, dla których konkurs staje się szansą na pokazanie się i być może przepustką do dalszych aktorskich działań, wszystko jest ważne. Każda informacja jest cenna. Zdaje się, że Teatr Mały w Tychach miał takie zamiary, organizując warsztaty dla uczestników z mistrzami. Paweł Drzewiecki – dyrektor artystyczny – zwracał na to uwagę rozpoczynając festiwal. Na obecność mistrzów, na kroczenie za nimi. I na rozmowę. Odbyć ją jednak należało poza kamerami, nie narażając artystów na publiczne „grillowanie”. Pierwszy raz spotykam się z taką formułą. Rozmowy z artystami po spektaklach są normą. Ale w gronie publiczności festiwalowej, która może zapytać, o co zechce i dociec tego, co twórcy chcieli przekazać.

Profesorskie nawyki Ireny Jun (wspierane nieustannie argumentem wieku) i przyzwolenie sobie na opuszczanie prezentacji konkursowej, dowodzą, że wyszło jak zwykle. W centrum ustawiono mistrzów a reszta może jedynie za nimi kroczyć i podziwiać. Mimo iż nie posiadam dorobku Kamilli Baar, nie ukończyłem szkoły aktorskiej i nie jestem osobą rozpoznawalną, ale tak jak ona urodziłem się w Tychach, tam mieszkają moi najbliżsi i ten teatr jest także mój. Też stałem na jego deskach odbierając nagrodę w Turnieju Teatrów Jednego Aktora a powoływanie się na tyską gościnność stanowi zaprzeczenie incydentu, jaki dotknął Hermenegildę K. i jej kota Hipolita i jest mi za to zwyczajnie wstyd. Gdyby aktorki wysiedziały do końca prezentacji z pewnością ujrzałyby wspominany przez Jun w materiałach wideo towarzyszących festiwalowi wysiłek poznawania siebie i rodzaj psychodramy, jaki zaserwowała sobie i publiczności Dorota Kaczor.

XIV Tyski Festiwal Monodramu MOTYF, 16–20 marca 2022, Teatr Mały w Tychach

Sławomir Szczurek – filolog polski, absolwent Laboratorium Pedagogiki Teatru, od 2016 roku związany z Nową Siłą Krytyczną.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne