W czasach, gdy najlepiej idą listy ludzi niepiśmiennych, Żuk zagrał ostentacyjnie: wydał epistolografię prawdziwego alfabety, wielkiego artysty słowa. Treść korespondencji w najmniejszym stopniu nie dziwi. Dwóch mężczyzn kultury czyni wobec siebie sympatyczne gesty, dzieląc się spostrzeżeniami o sztuce, literaturze, wernisażach, festiwalach i tak dalej, i tak dalej. Takie tam problemy najpierwszego świata – o korespondencji Józefa „Żuka” Opalskiego z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim pisze Maciej Stroiński.
Nie mogę nie zacząć wątkiem osobistym. Scena się rozgrywa w sierpniu albo wrześniu 2004. Zdałem sesję letnią i za mną pierwszy rok studiów. Ogród Botaniczny UJ-otu przy Kopernika. Mój ówczesny chłopak, również student filmoznawstwa, ale o dwa lata starszy, opowiada o facecie, który czeka mnie jesienią, gdy zacznę uczęszczać na kurs z muzyki filmowej: o panu doktorze Józefie Opalskim, zwanym dalej Żukiem. Michał się zapalił, mówił z prawdziwą podjarą i szczerym uznaniem. Żuk więc stał się dla mnie chodzącą legendą, nim w ogóle wszedł do sali. A trochę mu zeszło, nim raczył się zjawić. Entrée było długie, przez prawie cały październik nie przychodził na zajęcia. Łaziliśmy na Gołębią, na to trzecie piętro, lecz bez wzajemności. Ponoć się obraził na poprzedni rocznik, usłyszawszy gdzieś w tramwaju, jak mu obrabiają dupę, i wyciął nam numer w stylu Villas lub Polony: strzelił potężnego focha. Przez naszego dyrektora, Tadeusza Lubelskiego, kolegę Żuka ze studiów, słaliśmy gorące prośby, aby wykładowca zechciał zacząć nam wykładać. Samiśmy się ubiegali o możliwość studiowania; nie trzeba było nas gonić, żebyśmy coś przedsięwzięli; piękne były czasy. Nieobecna gwiazda nareszcie się objawiła, słodko nas wyśmiała i tak się zaczęło moje uwielbienie dla tego człowieka.
Zajęcia cudowne, jedne z nielicznych sensownych na tych nieco śmiesznych studiach. Dzisiejsi studenci dostaliby epilepsji po pierwszym spotkaniu. Żuk zwierzył się z własnych metod dydaktycznych w filmie na swój temat: „Uczę jak Swinarski, to znaczy nacinam korę i patrzę, kto puści soki”. Ja w końcu nie wytrzymałem i publicznie popuściłem, kiedy opowiadał o dzieciństwie Edith Piaf i jej babci burdelmamie. Scena jak z Almodóvara: grono seksworkerek pod dowództwem babci modli się w Lisieux nad grobem świętej Tereski, żeby ślepa Edith w końcu przewidziała (no i wymodliły). Aż zgiąłem się w pół ze śmiechu. Żuk powiedział: „Maciek, przestań”, ale było widać po nim, że jest zachwycony.
Z tego też powodu listów Opalskiego z Herlingiem-Grudzińskim, które właśnie wyszły w krakowskiej Austerii (Zamieszkałbym w Krakowie… Korespondencja i rozmowy), nie czytałem dla Herlinga. Jasne, wielki pisarz i lektura szkolna, ale mam jak w Trzecim cudzie, trochę zapomnianym, a przepięknym filmie w reżyserii Holland: gdy ksiądz pyta uzdrowioną, czy modliła się do Boga, ta mówi, że nie – że modliła się do Helen. „Ją widziałam, Jego nie”. U mnie podobnie: Herlinga doceniam, ale na ty jestem z Żukiem.
W czasach, gdy najlepiej idą listy ludzi niepiśmiennych, Żuk zagrał ostentacyjnie: wydał epistolografię prawdziwego alfabety, wielkiego artysty słowa. Treść korespondencji w najmniejszym stopniu nie dziwi. Dwóch mężczyzn kultury czyni wobec siebie sympatyczne gesty, dzieląc się spostrzeżeniami o sztuce, literaturze, wernisażach, festiwalach, premierach, odczytach, stypendiach, uczelniach, doktoratach, wydawnictwach, nakładach, nagrodach. Takie tam problemy najpierwszego świata. Kto komu zabroni mieć tego typu zagwozdki? Tylko pozazdrościć. Mówimy o typie ludzi, których sposób życia najcelniej podsumowała Fran Lebowitz (skądinąd nie cierpię baby, ale trzeba przyznać, że niekiedy, jak coś powie…): „They don’t summer where they winter”. Nie spędzają lata w mieście, a nawet jeżeli, to nigdy w rodzinnym. Żuk często peregrynuje do willi Herlinga, która stoi w Neapolu, a Herling do mety Żuka, czyli na Grzegórzki (albo na Wesołą, albo na Kazimierz – zależy, jak patrzeć). Za późnego PRL-u, gdy inżynierowie wyjeżdżali na kontrakty do Libii albo Kuwejtu, ci se kursowali między Małopolską, Umbrią a „stolicą XIX wieku”, to znaczy Pari.
Pierwsze listy przeleciałem. Zatrzymałem się dopiero na stronie 87, z której można wywnioskować, że Józef Opalski nie wylewał był za kołnierz i już przed czterdziestką zapadł na reumatyzm. Zażyłość korespondentów stopniowo narasta, aż dochodzi do soft porno na stronie 142, gdzie dwóch mężczyzn, jeden szczupły, a drugi postawny, trwa w homospołecznym, przesłodkim uścisku à la Breżniew z Honeckerem.
Panowie czasem plotkują. Komu się obrywa: 1. Andrzejowi Wajdzie, 2. Sławomirowi Mrożkowi, 3. Zdzisławowi Podkańskiemu, 4. Janowi Kottowi, 5. Lechowi Wałęsie, 6. Elżbiecie Morawiec, 7. kobietom aktorskim jako grupie zawodowej („jak to aktorki, jest osobą dość męczącą” – tak Żuk reklamował Hannę Smólską Herlingowi), 8. Uniwersytetowi Śląskiemu, 9. kuchni żony Grudzińskiego, 10. „Tygodnikowi Powszechnemu”, 11. Wydawnictwu Literackiemu, 12 samemu Wojtyle. Żuk ma kwity na nas wszystkich!
Dożyliśmy czasów, kiedy nazwisko „Barańczak” wymaga przypisu… A czasem nie ma ich tam, gdzie bardziej by się przydały, bo czy młodsze pokolenia zdołają zrozumieć, co to jest „wyjście na miasto” w kontekście telefonicznym i co to znaczy, że „zero zajęte”. („Czy ja w ogóle mogę stąd, że tak powiem jak Janda w Przesłuchaniu, «zadzwonić na miasto»?”, Michał Witkowski, Zbrodniarz i dziewczyna). Przypiski w tej książce to ciekawa sprawa. Układ cokolwiek hebrajski: tekst danego listu z prawej, to znaczy na stronie recto, a przypisy z lewej, verso, więc czytając po naszemu, najpierw mamy wyjaśnienia, a dopiero potem treści, które są eksplikowane.
Nie wiem, czemu Herling tak nie lubił Mrożka; przecież nie dlatego, że zazdrościł mu rozgłosu. Sam miał niewąskie nakłady, gdy zaczęto go drukować na krajową skalę: dzisiaj niewyobrażalne 150 tysi! Skądinąd wiadomo, że Sławomir Mrożek był trudny w kontakcie, ponieważ sama Szymborska ucięła z nim w końcu wszelkie stosunki towarzyskie.
Herling nie raz się odgraża, że to już jego finalna podróż do ojczyzny, a potem i tak przyjeżdża. Czyli jak z Budką Suflera: dziesiąta ostatnia trasa koncertowa. Żuk za to stale umiera, niemal jak Wenecja, stale idąca pod wodę, albo jak Dirk Bogarde w finale Śmierci w Wenecji. Wszystko to jakoś się łączy w słynnym powiedzonku, rozpropagowanym przez Goethego: zobaczyć Neapol i umrzeć.
Żuk pochodzi z czasów, kiedy jeszcze się paliło i nosiło wąsy (zob. W.G. Sebald). Z książki można się dowiedzieć, że tłumaczył Natalię Ginzburg, pisarkę znowu na fali dzięki Małym cnotom. A tak przy okazji: czy Stary dalej należy do Unii Teatrów Europy?
Przy lekturze tej pozycji naszła mnie refleksja, że po nas już nie zostaną takie świadectwa pisane, nikt nie wydrukuje naszych wiadomości z Messengera i WhatsAppa. Żuk wyprzedził swą epokę, już w ejtisach bowiem prowadził newsletter (który rozsyła do dzisiaj, tyle że mejlowo) i dzielił się z przyjacielem wycinkami prasowymi. Proponował Herlingowi nawet coś, co dzisiaj nazywa się podkast: felieton radiowy.
Varia są treściwsze od korespondencji, bardziej relewantne dla ogółu czytelników. Można poznać warsztat twórcy, który swój największy hicior, jeśli można tak powiedzieć na temat Innego Świata, napisał dość szybko, długo bowiem go obmyślał. „Takie przypadki się zdarzają – wyjaśnia Herling-Grudziński – tak powstał przecież ten zupełnie wspaniały Il Gattopardo księcia di Lampedusy. On tę książkę obmyślał dwadzieścia pięć lat i kiedy zdecydował się ją napisać, to chodził do jakiegoś klubu w Palermo, którego był członkiem, i w takich zeszycikach szkolnych, niesłychanie równym pismem, prawie niczego nie skreślając, napisał Lamparta. W bardzo krótkim czasie”. I tutaj pozwolę sobie na autoreklamę. Przełożyłem książkę poświęconą właśnie temu: pisaniu Lamparta. Beletryzowana biografia pisarza. Steven Price, Książę Lampedusy, ukaże się w czerwcu w Wydawnictwie Czarnym.
Herling wyraża tytułową wolę osiedlenia się w Krakowie, co świetnie rozumiem, też się urodziłem w Kielcach i przeniosłem na południe, ale on to mówił jako Neapolitańczyk (tak się teraz pisze po reformie ortografii), gdy w stolicy Małopolski wciąż szło się udusić, więc naprawdę musiał podkochiwać się w tym mieście, dla którego byłby skłonny rzucić wino z Dragonei.