14.09.2020, 12:26 Wersja do druku

Sławomir Gaudyn: Nie jestem ambasadorem

Rozmowa z aktorem i reżyserem Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, którego trzy realizacje: „Tu mówi Szwejk”, „Zapiski oficera Armii Czerwonej” i „Zagubieni we mgłach”, znalazły się w programie Festiwalu Trans/Misje 2020 Troki-Wilno.

fot. ready by studiomalin.pl/ mat. Teatru im. Wandy Siemaszkowej

Piotr Wyszomirski: Obserwując pańską aktywność w Wilnie i Trokach, można bez przesady stwierdzić, że Sławomir Gaudyn jest polskim ambasadorem kultury na Wileńszczyźnie…

Sławomir Gaudyn*: Ambasadorem? (śmiech). O nie, ambasadorem na pewno nie, zresztą ambasadorem nie chciałbym być, nawet gdybym mógł. Jeśli już chce pan etykietować, to określenie „rezydent” byłoby bliższe prawdy. 12 lat temu Przemysław Tejkowski, ówczesny dyrektor Teatru im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie, poprosił mnie o przeprowadzenie warsztatów teatralnych z polską młodzieżą na Wileńszczyźnie. To było ciekawe doświadczenie i chyba spotkało się z dobrym przyjęciem, bo nastąpił ciąg dalszy, który trwa do dzisiaj. Zaprzyjaźniłem się z panią Liliją Kiejzik, dyrektorką Polskiego Studia Teatralnego w Wilnie, i jej synem Edwardem Kiejzikiem, który jest aktorem i reżyserem w Studiu i… tak mi się już „zostało”. Co roku jestem kilka razy na Litwie, reżyseruję spektakle i otaczam opieką artystyczną polskich aktorów i reżyserów, pracuję też nadal z młodzieżą, która garnie się do teatru.

To praca specyficzna, bo skład zespołu jest płynny i zróżnicowany…

Oczywiście. Pracuję przede wszystkim z amatorami i bardzo sobie to chwalę, bo ta praca przynosi często więcej satysfakcji niż praca z zawodowymi aktorami, którzy, mówiąc delikatnie, nie zawsze mają czas na coś więcej niż 10-14 i 18-22. Amatorzy, czyli miłośnicy, mają więcej czasu i entuzjazmu, praca z nimi ładuje akumulatory. Dla niektórych jest to jakiś etap poszukiwań, inni zostają w teatrze i podnoszą swe kwalifikacje. Dla jeszcze innych to początek drogi artystycznej, idą na studia aktorskie, dostają się do zawodowych, renomowanych teatrów, jak choćby Agnieszka Rawdo, która zagrała tytułową rolę w „Romeo i Julii” Oskarasa Koršunovasa a obecnie jest aktorką Teatru Dramatycznego im. Juozasa Miltinisa w Poniewieżu. Płynność kadr, jak mawia klasyk, jest duża, jak to w życiu: jedni przychodzą, drudzy odchodzą…

A Kiejzikowie byli, są i będą…

Tak! I będą – do końca świata i jeden dzień dłużej, jak mawia inny klasyk. Rzadko można mówić o ludziach niezastąpionych, ale bez cienia przesady można stwierdzić, że bez nich polskie życie teatralne na Litwie byłoby dużo uboższe, nie mówiąc już o tak spektakularnych przedsięwzięciach jak międzynarodowe festiwale: MonoWschód, Wileńskie Spotkania Sceny Polskiej i w tym roku Trans/Misje.

Na czym polega specyfika pracy z Polakami na Wileńszczyźnie?

Oni są zarażeni polskością. Wszystko, co polskie, jest najlepsze. Kiedy rozpoczynałem tam pracę, obawiałem się, że będziemy tworzyć tylko bardzo oficjalne, patetyczne spektakle patriotyczne. Moje obawy szybko okazały się płonne i dlatego pracuję tutaj już 12 lat. Nurt patriotyczny jest oczywiście ważny, to po prostu działalność misyjna, ale w tym czasie udało nam się zrealizować sporo ciekawych, niebanalnych spektakli, sięgamy po Mrożka, Iredyńskiego czy Kozłowa. Nowoczesny teatr znajduje widzów także wśród Litwinów, co cieszy szczególnie.

No właśnie, bo Litwini znają się na pewno na dwóch rzeczach: koszykówce i teatrze.

I baloniarstwie (śmiech). To absolutne szaleństwo na Litwie, mają już ponad 100 balonów i organizują liczne zawody w tym rzadkim sporcie.

To ciekawe, ale wracając na ziemię, jeszcze chwilę o patriotyzmie. Będąc wielokrotnie na Litwie, zanotowałem jedno na pewno: tylko tutaj można znaleźć patriotyzm w czystej postaci. W Koronie przegraliśmy chyba patriotyzm, tutaj jest on ciągle wzruszający…

Może nie tak. W Polsce, ponad 70 lat po wojnie, patrzymy na to inaczej, co nie do końca mi się podoba. Tutaj, poza Macierzą, patriotyzm jest niezbędnym składnikiem tożsamości narodowej. Chciałbym, żeby w Polsce patriotyzm wziął coś z tego wyjątkowego poczucia dumy narodowej, z jaką mamy do czynienia wśród Polaków na Wileńszczyźnie.

Czy pamięta pan moment, kiedy poczuł pan, że tutaj, na polskiej Wileńszczyźnie, może pan realizować swoje ambicje artystyczne? Czy była jakaś cezura, decydująca sytuacja?

To trudne pytanie, bo nie należę do reżyserów przekonanych o swojej wyjątkowości i wpływie na losy świata i okolic (uśmiech). Wybierając teksty do realizacji, zawsze wpisuję w nie widza. Ważniejsza od karmienia artystowskiego ego jest dla mnie satysfakcja widza. Interesuje mnie teatr komunikatywny, dialogujący z widzem, teatr potrzebny.

To, że w ogóle odbywa się międzynarodowy festiwal w dobie pandemii, jest wartością samą w sobie. Właściwie Trans/Misje 2020 nie powinny się odbyć, tak wiele przeszkód stało na drodze w trakcie przygotowań (m.in. dramatyczne obcięcie budżetu, często zmieniające się komunikaty dotyczące możliwości wjazdu artystów z krajów uczestniczących w festiwalu). Determinacja organizatorów doprowadziła jednak do szczęśliwego finału, jest bogaty program, choć w formie hybrydowej, co zrozumiałe w obecnej sytuacji.

To prawda, dobrze, że festiwal jest. To taki łyk optymizmu w tej bardzo trudnej i złożonej sytuacji. Obserwuję od lat działania Edwarda Kiejzika i jego mamy Liliji, mogę sporo dorzucić na temat ich determinacji nie tylko odświętnej, festiwalowej, ale także tej mniej efektownej, codziennej, ale bardzo potrzebnej. Szacunek i uznanie, jakim się cieszą Kiejzikowie, nie wystarcza. Potrzebna jest bardzo konkretna, przewidywalna, wieloletnia pomoc, która nie tylko da stabilizację, ale zapewni rozwój. To bardzo ważne, bo oni są potrzebni nam, a my jesteśmy potrzebni im.

* Sławomir Gaudyn (1962), aktor, scenarzysta i reżyser teatralny na stałe związany w Teatrem im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie.

Tytuł oryginalny

Nie jestem ambasadorem

Źródło:

gazetaswietojanska.org
Link do źródła

Autor:

Piotr Wyszomirski

Tematy w toku