Jeszcze nie otrząsnęliśmy się ze sposobu odbudowywania kultury po pandemii dzięki programowi KPO dla Kultury, który w przekonaniu ministerstwa zakończył się sukcesem, a już po gabinecie ministry wirują kartki niczym w reklamie papieru ksero, w tle przygrywa skoczny refren Adele i w przeciągu siedmiu sekund dowiadujemy się o jednej z najważniejszych ustaw dotyczących środowiska artystycznego. Nie, nie - problem tej ustawy nie polega na wprowadzaniu dopłat, a na wizji człowieka, która za nią stoi. Pisze Aleksandra Ewelina Semeniuk.
Artysta nie jest traktowany jako samodzielny uczestnik życia społecznego, zdolny budować własną drogę zawodową, podejmować ryzyko i ponosić odpowiedzialność za swoje decyzje.
Artysta niczym rozbitek na pełnym morzu - jest zupełną sierotą. Mogłoby się wydawać, że wobec ZUS wszyscy jesteśmy sierotami, ale to ministerstwo kultury dysponuje zarówno ideologią, jak i administracją, dzięki którym okazuje się, że niektóre sieroty mogą być sierotami bardziej.
Jednak o tym najpierw musi zadecydować komisja. A właściwie nie komisja, lecz cała infrastruktura troski: Szef, Rada Programowa i 155 członków Komisji Opiniującej. Po doświadczeniach KPO wiemy już przecież, że im większa konstrukcja administracyjna, tym większe poczucie bezpieczeństwa. Po KPO przyzwyczailiśmy się już do rozmachu. Skoro potrafi zniknąć ćwierć miliarda złotych, to dlaczego status artysty miałoby przyznawać mniej niż sto pięćdziesiąt kilka osób?
Nie zapominajmy – regulamin to rzecz święta. Schemat ten nie jest szczególnie nowatorski. Europa Wschodnia ćwiczy ten model od czasów bolszewików z godną podziwu konsekwencją.
Państwu przecież zależy na trosce o najsłabszych, tzn. Gruby i Średni deklarują troskę o Małego.
Mały i tak nie wejdzie do systemu
Art. 33 ustawy informuje nas, że o przyznaniu dopłaty współdecyduje Szef Krajowej Administracji Skarbowej, który ma potwierdzić spełnienie warunków określonych w art. 34 ust. 3. Kłopot w tym, że art. 34 ust. 3 nie istnieje. Projekt ustawy nie pozwala więc ustalić, co dokładnie ma zostać potwierdzone. To dość osobliwa sytuacja jak na akt prawny mający regulować prawa socjalne tysięcy osób wykonujących zawody artystyczne. Być może odpowiedź znajduje się na jednej z tych kartek, które jeszcze niedawno fruwały po ministerialnym gabinecie.
Jeżeli przyjąć, że ustawodawcy chodziło o warunki określone w art. 31 ust. 3, pojawia się zasadniczy problem. Ministerstwo przedstawia ustawę jako rozwiązanie dla osób, które ukończyły szkoły artystyczne i nie mogą odnaleźć się na rynku pracy. Tymczasem jednym z warunków uzyskania dopłaty jest osiąganie dochodów z wykonywania zawodu artystycznego w każdym z trzech poprzednich lat.
Oznacza to, że absolwent szkoły teatralnej, muzycznej, baletowej czy plastycznej, który nie może znaleźć pracy w zawodzie albo otrzymuje zbyt mało zleceń, może w ogóle nie spełnić warunków wejścia do systemu.
Do kogo naprawdę skierowana jest ta ustawa? Jeżeli jej celem jest pomoc osobom, które nie są w stanie utrzymać się z działalności artystycznej, dlaczego warunkiem uzyskania wsparcia jest wcześniejsze udowodnienie, że przez trzy lata osiągało się dochody właśnie z tej działalności? Największą barierą dla młodych twórców nie jest przecież dopłata do składki ZUS, lecz samo wejście na rynek pracy.
Żelazna klatka biurokracji
Szanowne środowisko, czy naprawdę nie czytacie Webera? Zanim pierwsza złotówka trafi do artysty, państwo musi sfinansować rady, komisje, ekspertów, obsługę administracyjną, procedury oraz system kontroli i odwołań. Aby otrzymać status artysty zawodowego, trzeba przedstawić dorobek artystyczny, który będzie oceniany przez Komisję Opiniującą.
Ustawa nie wyjaśnia dokładnie, jak oceniać taki dorobek – międzynarodowy, niezależny czy oparty na nietypowych ścieżkach kariery. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem dyskusja będzie dotyczyła osiągnięć artysty, a nie ontologicznego statusu pliku PDF. Po doświadczeniach KPO część środowiska zdążyła się już bowiem przekonać, że nawet imponujący dorobek może przegrać z kaprysem załącznika i ograniczeniami służbowego laptopa.
Paradoks eksperta
Od artysty wymaga się udokumentowanego dorobku, dochodów z trzech lat i przejścia przez procedurę oceny. Sam Szef KAS musi dać zielone światło. Choć nie wiemy na jakich zasadach bo jedna z kartek nie doleciała do Dziennika Ustaw. Ale aby oceniać artystów, jak czytamy w artykule 7 - wystarczy posiadać… wiedzę. Nie dyplom. Nie dorobek. Nie doświadczenie. Wiedzę. Jest to rozwiązanie niezwykle wygodne, ponieważ nikt nie musi później tłumaczyć, jak tę wiedzę zweryfikowano.
-Czy posiada pan wiedzę o zawodach artystycznych?
-Tak.
-Dziękujemy. Następny kandydat.
Skoro Rada Programowa ma opiniować kwestie dotyczące zawodów artystycznych w skali całego kraju, dlaczego ustawa nie określa bardziej precyzyjnie kompetencji jej członków?
Dyktatura jest be, ministra woli być Królem Salomonem
Ustawa zakłada nieograniczoną wiarę w mądrość ministra kultury.
To minister powołuje Radę Programową, powołuje Komisję Opiniującą, rozpatruje odwołania od decyzji o przyznaniu statusu artysty zawodowego, a przede wszystkim może określać, jakie zawody są uznawane za artystyczne. Car wie lepiej. Car rozsądzi spór. Car zaopiekuje się poddanymi. Car zdecyduje, kto jest artystą, a kto nim nie jest. Hurra! Hurra! Hurra! Niech żyje car!
Problem polega na tym, że carowie przychodzą i odchodzą wraz z kolejnymi rządami. Razem z nimi zmieniają się rady, komisje i eksperci. Neue Besen kehren gut – jak przypomina niemieckie przysłowie narodowe – nowa miotła dobrze zamiata.
Pytanie brzmi jednak, czy wraz z każdą zmianą dworu zmieniać się będzie również definicja artysty oraz granice sztuki uznawanej przez państwo. Ustawy tworzy się na dekady. Carów wybiera się na jedną kadencję.
„Członków Rady Programowej odwołuje minister”
W artykule 7 ustawa zakłada, że członkostwo w Radzie wygasa samoistnie w przypadku rezygnacji, śmierci lub utraty wymaganych warunków. W przypadku „wiedzy o zawodach artystycznych” byłoby interesujące dowiedzieć się, jak wygląda procedura stwierdzania, że wiedza właśnie opuściła członka Rady. Kiedy jednak przychodzi do odwołania przez ministra, ustawodawca nie uznał za konieczne wskazania konkretnych przesłanek.
Powstaje więc pytanie: czy łatwo zachować pełną niezależność wobec osoby, która w każdej chwili może zakończyć twoją kadencję?
Czy nie widzicie, że już jesteście szczęśliwi?
Wolny artysta powinien utrzymywać się dzięki swojej pracy i odbiorcom. Tymczasem ustawa buduje model, w którym najpierw trzeba przekonać komisję, że jest się artystą, a następnie utrzymywać relację z systemem nadzorowanym przez ministra.
To nie jest droga do niezależności środowiska artystycznego, lecz do sprowadzenia artystów do roli podopiecznych administracji.
Ustawa opiera się na kryteriach dochodowych. Historia pokazuje jednak, że wszędzie tam, gdzie pojawiają się administracyjne progi i publiczne dopłaty, pojawiają się również zachęty do optymalizacji. Problem polega na tym, że rzeczywistość gospodarcza bywa znacznie bardziej skomplikowana niż dochód jednej osoby fizycznej.
Ustawa zaczyna więc przypominać rosyjską matrioszkę. W środku znajduje się artysta. Wokół niego organizacja pomagająca artyście. Wokół niej instytucja nadzorująca organizację. Wokół instytucji komisja. Wokół komisji rada. A nad wszystkim minister.
Im dalej czyta się projekt, tym trudniej odnaleźć człowieka, od którego wszystko miało się zacząć.
Rozdział 5 ustawy: „Programy podnoszenia lub uzyskania nowych kwalifikacji przez osoby wykonujące zawód artystyczny”.
Po kilkudziesięciu stronach poświęconych statusowi artysty zawodowego, komisjom, radom, dopłatom i procedurom państwo dochodzi do wniosku, że być może artysta powinien jednak zdobyć nowe kwalifikacje.
Jest w tym pewna logika. Najpierw tworzymy system potwierdzający, że obywatel jest artystą. Następnie dopłacamy mu do składek. A potem finansujemy program zdobywania nowych kwalifikacji.
Trudno oprzeć się wrażeniu, że gdzieś po drodze sam ustawodawca zaczyna mieć wątpliwości.
Kto będzie kontrolował kontrolujących?
Jeżeli znowu nie znamy nazwisk oceniających, przebiegu ocen, sposobu interpretacji dorobku,
to bardzo trudno później zweryfikować decyzje i transparentność systemu. Trudno jednak nie zauważyć, że znacznie łatwiej znaleźć te pojęcia w wywiadach pani ministry, niż w konstrukcji samych mechanizmów. Transparentność nie polega bowiem na mówieniu o transparentności. Polega na tworzeniu realnych systemów, które pozwalają obywatelowi sprawdzić, kto, w jaki sposób i na jakiej podstawie podejmuje decyzje.
Wciąż pamiętamy sposób oceny wniosków w programie KPO dla Kultury, anonimowe komisje i nieotwierające się załączniki. Pozostaje mieć nadzieję, że tym razem eksperci nauczyli się otwierać pliki i zrozumieli odpowiedzialność, jaka wiąże się z pełnieniem funkcji eksperta oceniającego dorobek innych ludzi.
Jeszcze bardziej niepokoi jednak coś innego. Ministerstwo do dziś przedstawia tamten program jako sukces. Mówimy o programie, który zakończył się masowymi odrzuceniami wniosków, sporami dotyczącymi różnicy między oceną formalną a merytoryczną oraz dziesiątkami wyroków sądów administracyjnych stwierdzających naruszenia prawa przy ocenie wniosków.
Skoro KPO było sukcesem, to środowisko artystyczne ma pełne prawo obawiać się kolejnych sukcesów ministerstwa kultury.
Państwo nie rozwiązuje problemu, tylko go administruje
Wolność artysty najwyraźniej wygląda najlepiej między okładką magazynu a siedmiosekundową rolką na Instagramie, z ustawą ma już nieco trudniejszą relację. Ministra Cienkowska zdążyła już wystąpić w większej liczbie wywiadów o wolności artysty niż przeciętny artysta w komisjach przewidzianych przez ministerstwo kultury. Problem polega na tym, że wolność nie polega na opowiadaniu o niej. Wolność polega na tym, że nie trzeba prosić komisji o potwierdzenie własnego istnienia.
Ulga na start , mały ZUS i programy stypendialne już istnieją. Rzecz polega na tym, że do większości artystów dofinansowania nie docierają. Być może więc środowisko potrzebuje mniej nowych instytucji, komisji i ekspertów a więcej elastyczności i skuteczności w działaniu narzędzi, które już zostały stworzone. Skoro cielęcina z groszkiem leży w kuferku, może nie trzeba powoływać rady do spraw głodu?
Problem tej ustawy nie polega na dopłatach, tylko na tym, że państwo po raz kolejny uznało, iż człowiek jest zbyt słaby, by poradzić sobie bez opiekuna.
Dziwne, że każda epoka, która zaczyna od troski, kończy na regulaminie.
Regulamin to rzecz święta… dlatego czasami należy go spalić.