Logo
Magazyn

Skarby w Walizce

2.07.2026, 09:56 Wersja do druku

Niestrudzony Jarosław Antoniuk, dyrektor Teatru w Łomży zaprosił mnie do jury Międzynarodowego Festiwalu Teatralnego Walizka. Festiwal odbywał się już po raz 39. Jarosław Antoniuk jest właściwie jego twórcą od samego początku. W Łomży jestem nie pierwszy raz… Wydaje się, że dyrektor z roku na rok zaprasza coraz ciekawsze przedstawienia i łomżyński Festiwal staje się coraz ważniejszą prezentacją światowego teatru małych form. W jury znalazłem się w znakomitym gronie. Obok mnie zasiadali: Liliana Bardijewska, Bożena Sawicka, Robert Kanaan i Romuald Wicza-Pokojski. Pisze Jarosław Kilian.

fot. mat. prasowe

Przegląd zaproponowany w tym roku przez kuratora był zachwycająco różnorodny. Zjechały i teatry uliczne (z Holandii - Stiltlife StreeTTheater, Teatr Asocjacja z Poznania), i teatry repertuarowe (z Polski, USA, Hiszpanii, Włoch), i teatry plenerowe, i uliczni kuglarze, i klauni z całego świata. (Fenomenalny - Pierrick St-Pierre z Kanady, który swoją pozornie kiczowatą „Banan’o’ramą” rozegraną na ulicy Długiej porwał serca widzów nie tylko dziką clownadą ale i przemyconą refleksją: Jak to jest kiedy wierzysz, że trzymasz linę, po której wysoko nad ziemią idzie człowiek i od ciebie zależy jego los…?).

Nie do przecenienia jest kulturotwórcza rola tego Festiwalu. Łomża w te ostatnie, upalne dni czerwca żyła po prostu teatrem, a stary rynek i ulice miasta, ku radości dziecięcej i dorosłej publiczności wypełniały wehikuły i machiny teatralne, szczudlarze, clowni, kuglarze i magicy. Rzecz niebywała: na wszystkich przedstawieniach widziałem prezydenta miasta!

„Pro domo sua” Teatru Lalki i Aktora pokazał poza konkursem „Obietnicę poranka” wg Romana Gary w reżyserii Magdaleny Skiby ze znakomitą rolą Beaty Antoniuk, która zagrała matkę, która jak Anioł stróż przez całe życie, a nawet po śmierci czuwała nad synem - pisarzem.

W tej ogromnej łomżyńskiej „Walizie”, pośród tak bardzo różnorodnych przedstawień znalazłem cztery skarby i mam przemożną chęć podzielić się nimi z Państwem. Są to w moim mniemaniu przedstawienia wybitne.

KRUKI KUTHI NAD ZAMKIEM

Przedstawienie Teatru Tricktrek z Estonii (Aleksander i Serafima Andreevowie z Estonii). Na zalanym słońcem rynku w południowym żarze wystawiony został drewniany zamek. Forteca ta była właściwie niebywale skomplikowaną maszynerią poruszaną tysiącem trybów, korbek sznurków, nici i drucików. Tajemnicza machina, gigantyczna szopka-pałac kasztel zaludniona też była setkami małych postaci, które dzięki ruchomym ścianom, mini zapadniom i obrotówkom wyłaniały się z sekretnych komnat, wchodziły na tarasy, mury i zamkowe wieże. Ta machina animowana była przez dwoje aktorów.

Najpierw oglądaliśmy rozkwit zamku: pracujących i bawiących się ludzi. Koronację królewską i ślub księżniczki… Ale oto nad zamkiem krąży czarny kruk Kuthi. Pod fortyfikacje na specjalnym wózku nadjeżdża wroga armia Kuthi… i tu następny cud inżynierii lalkowej.

Wysuwają się mosty, oblężnicze drabiny i machiny. Zamek w mgnieniu oka uzbraja się. Wyrastają potężne mury i basteje. Wróg naciera - czarni rycerze szykują szturm... Oto z wież zamku spadają na wrogów grochowe kule z katapult. Z machin oblężniczych wychodzą jednak maleńcy rycerze przypominający chrabąszcze i stawiają drabiny i szturmują mury! Zamek zasnuwają dymy… A wszystko to animowane przez dwoje lalkarzy, którzy nie gubiąc się w tysiącach sznurków, nici i korbek sterowali zamczyskiem, mechaniczną sceną i lalkami. Czarny kruk triumfuje i zawiesza na murach zamku swoją złowieszczą flagę ale oto dzielna aktorka sięga po miecz pokonuje wodza Kuthi i prowadzi lud do kontrataku. Dobro triumfuje i wraca dobry król i księżniczka. Przedstawienie Estończyków wydawało mi się powrotem do świata baśni i chłopięcej wyobraźni... Zachwycił mnie kunszt tego mechanicznego teatru, który tak oryginalnie buduje teatralną metaforę i opowiada o groźbie wojny i ulotności szczęścia.

fot. mat. prasowe

PIESKI ŚWIAT

Kolejnym skarbem, który znalazłem w łomżyńskiej „Walizce” było przedstawienie Teatru Líšeň z Czech (Ludek Vemola i Pavla Dombrovska). „Crippletrek” to historia o starych, chorych, bezradnych nieudacznikach - bezdomnych pensjonariuszach domu opieki „Ostatnia droga” opowiedziana przy pomocy masek, lalek i przedmiotów.

Maski i lalki przypominają stare gałgany wydobyte z dobytku kloszarda. Przedmioty ze śmietniska zamieniają się w rękach aktorów w poetyckie rekwizyty z muzeum drogocenności. We flaszce wódki zjawia się kuszący cień nagiej kobiety, piórka stają się anielskimi skrzydłami, a kroplówka pucharem nieśmiertelności. Pokraczne, małe szpitalne łóżko jest dyspozytywem, który pozwala zmienić niewielką scenkę w więzienną klatkę, tramwaj, statek szaleńców, cmentarz… i jeszcze drugi wątek… Psów. Też samotnych, też bezdomnych. Kradną umierającym papierosy i ciągle wracają jak zwiastuny śmierci. Temu wszystkiemu towarzyszy plebejska muzyka grana na akordeonie i wielkiej tubie. Dźwięki tych instrumentów budują w tym spektaklu przestrzeń dramatyczną…

Szydercza, pełna czarnego humoru mała historia o umieraniu bezdomnych ludzi, zamienia się w wielką opowieść o miłości. W tym całym pieskim świecie, na przekór nędzy i brzydocie, a nawet śmierci pojawia się człowiecza nadzieja, która towarzyszy „szmacianym” bohaterom do grobowej deski a może jeszcze dłużej….

fot. mat. prasowe

CYRK NICOŚCI

Niezwykle oryginalne lalkowe przedstawienie Teatru Hanut z Izraela „The Circus of Nothingness” osadzone zostało na cyrkowej arenie. Cóż to za pomysł lalkowy! Dwoje aktorów (Dvora Benasouli i Sharon Gabay) - dziewczyna w kostiumie akrobatki i chudy gość w meloniku opowiadają historię miłości cyrkowych artystów przy pomocy blisko 100. małych postaci. Każda emocja, każde działanie lalkowych bohaterów wymaga zmiany figurki, która przedstawiona została w innym geście. Trochę przypomina to zasadę poklatkowo realizowanego filmu lalkowego. A jednak paradoksalnie to bardzo skuteczna animacja rewelacyjnie dopełniająca opowieść. Warto pamiętać, że termin animacja pochodzi od łacińskiego słowa „anima” - dusza.

Szekspir, powiada ustami Spodka żeby „ta ballada zabrzmiała jeszcze piękniej opowiem ją po śmierci”! Tu wszystko zaczyna się po śmierci ukochanej Charliego akrobatki Mary, która wykonując ewolucję pod kopułą namiotu cyrkowego zdecydowała się puścić drążek. Reszta jest żałobą i wspomnieniem miłości… Mary – aktorka w żywym planie wypełnia wspomnienia śpiewem amerykańskich szlagierów z lat 50-tych, ballad z przydrożnych barów i dziecięcych piosenek. Przejmujący wokal Dvory Benasouli ma hipnotyczną siłę.

Cyrk nicości obfituje w żelazne numery z klasycznego repertuaru - tresura lwa, woltyżerka, znikanie, ale każda z tych cyrkowych etiud jest właściwie poetycką opowieścią o umarłej ukochanej. Wspomnieniem miłości. Nawet seks przedstawiony przy pomocy kolejnego zestawu nagich figurek zmienia się w akrobatyczne popisy. Zarazem strasznie śmieszne i liryczne!

Figurki Charliego jak oszalałe biegają wokół areny. Dostawiane są poszczególne fazy ruchu biegnącego. Widzimy że kolejna naga figurka bohatera zamienia się w konia. Stroboskopowe światło oświetla wirującą arenę dając efekt poklatkowego filmu. W finale z magicznego pudełka pojawia się 7. aparycji Mary… Kolejno znikają i wracają... wszystko w tym teatrzyku jest nieprzewidywalne, tak jak nieprzewidywalne są ludzkie losy.

fot. mat. prasowe

OPERETTAALZHEIMER

Marzia Gambardella z Teatru Mala Strana (Włochy / Francja) podjęła temat demencji…

Bohaterką opowieści jest staruszka która traci pamięć. To arcylalkowe przedstawienie wydobywające wszystko to co może się zdarzyć między aktorką i animowaną przez nią lalką.

Gambardella animuje postać trzymając głowę postaci. Użycza też jej własnych nóg i lewej ręki. Ten pomysł animacyjny działa rewelacyjnie w tej opowieści. Najpierw widzimy starą, samotną kobietę, która rozpoczyna swój dzień krzątając się po domu i odprawiając swoje codzienne rytuały. Rozpaczliwie, bez celu człapie po pokoju tam i z powrotem… włącza radio… Z głośnika płynie…Zdrowaś Mario… potem piosenka… potem „Orlando furioso” i „Jerozolima wyzwolona”…Arie z „Toski” i „Rigoletta”… Aktorka poruszająca lalką jest jeszcze w cieniu… ujawnia się tylko w chwilach gdy Stara pani zasypia… Musi ją budzić… przywołać do życia…

Obok radia jedynym towarzyszem kobiety jest stary, męski płaszcz wiszący na manekinie… Ale nagle i płaszcz ożywa... Podaje starej kobiecie kwiatek, a później pamiątki. Jakiś album rodzinny… Kobieta z pieczołowitością ogląda album, który staje się papierową trójwymiarową scenką. A tam: papierowa rajska wyspa, jakiś piękny papierowy dom na wsi, papierowa leśna polana i malownicza plaża. Otwarcie albumu wspomnień wywołuje też projekcję autentycznych filmów rodzinnych robionych amatorską kamerą…widać tam młodość kobiety jej dzieci, męża…Jak się później dowiedziałem to rodzinne filmy Marzi. Potem coraz częściej zza lalki pojawia się aktorka, która reaguje na zagubienie starej kobiety. Czasem czułością, czasem uśmiechem, czasem irytacją…. W pewnym momencie lalka atakuje swoją animatorkę pełnym bezradności aktem agresji i rozpaczy…Wielka teatralna metafora…lalka i jej anima(torka), matka i córka, wspomnienie i rzeczywistość, zanik pamięci i świadomość, czułość i agresja, umieranie i życie.

Cichy, intymny spektakl Marzii Gambardelli jest pełen humoru i zupełnie pozbawiony sentymentalizmu a przecież głęboko wzrusza.

W pewnym momencie, kiedy jest już coraz gorzej aktorka bierze starą kobietę na ręce i tańczy z nią a potem sadza ją na krześle i sama opowiada jej poemat o Orlandzie i Rinaldzie… Jeszcze tylko radio: … „...teraz i w godzinę śmierci naszej…” lalka martwieje. Aktorka wyłącza odbiornik. Gaśnie światło.

„Walizce” i jej kuratorowi życzę kolejnych tak udanych Festiwali!

Źródło:

Materiał nadesłany

Wątki tematyczne

Sprawdź także