„Dwunastu gniewnych ludzi” Reginalda Rosego w reż. Piotra Ratajczaka w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Anna Czajkowska.
Amerykański dramatopisarz, scenarzysta i producent filmowy Reginald Rose znany jest głównie ze współpracy z kinem i telewizją, ale zainteresowanie kontrowersyjnymi kwestiami społecznymi i politycznymi pomagało mu również w pisaniu realistycznych dramatów scenicznych. W przeszłości miał okazję poznać pracę ławnika, ponieważ sam był członkiem ławy przysięgłych w sprawie o zabójstwo. Początkowo podszedł do tego obowiązku niechętnie, ale gdy na sali rozpraw uświadomił sobie, że los obcego człowieka spoczywa bezpośrednio w rękach kilkunastu osób, jego nastawienie się zmieniło. Powaga sytuacji, ośmiogodzinna kłótnia i spór stały się inspiracją do stworzenia „Dwunastu gniewnych ludzi”, sztuki rozsławionej nie przez adaptacje sceniczne, ale dzięki wyreżyserowanemu przez Sidneya Lumeta w 1957 roku filmowi pod tym samym tytułem. Piotr Ratajczak, reżyser spektaklu, który pojawił się w repertuarze warszawskiego Teatru Współczesnego, skupia się na aktualności sztuki i zauważa, że „to jest bardzo duża prawda o człowieku, ale też o dzisiejszych mediach”. Tu każdy z bohaterów ma „swoją prawdę” i wedle własnej narracji próbuje interpretować zdarzenia.
W dramacie Rose’a koncept polega na tym, że z początku wina oskarżonego wydaje się przesądzona. Aby ocenić sytuację w sali, przysięgli przeprowadzają wstępne głosowanie i wszyscy, z wyjątkiem jednego, mówią „winny”. Przysięgły nr 8, kierując się przeczuciem i bezstronnością, nie chce się spieszyć z osądem i dlatego głosuje przeciw. W czasie posiedzenia przysięgli, słuchając jego wywodów, również nabierają coraz więcej wątpliwości (świadkowie mogli przecież kłamać, narzędzie zbrodni nie jest niepodważalne) i fabuła, która wydawała się prosta, okazuje się coraz bardziej skomplikowana, przewrotna. Sceniczna historia rozpoczyna się w momencie, kiedy słyszalny, lecz niewidzialny sędzia ogłasza instrukcje ławie przysięgłych złożonej wyłącznie z mężczyzn. W scenariuszu filmu Lumeta nacisk został położony na tło społeczne sprawy (warto przypomnieć, że amerykański autor pisał swój tekst w erze maccartyzmu, która charakteryzowała się nadmierną podejrzliwością, uprzedzeniami oraz łatwością wysuwania oskarżeń). W spektaklu Ratajczaka, podobnie jak w pierwowzorze, ciekawie rozpisaną intrygę pogłębiają wątki psychologiczne, w tym rozważania służące ustaleniu nieoczywistego motywu zbrodni. W trakcie obrad ścierają się interpretacje rzeczywistości i ujawniają się osobiste uprzedzenia przysięgłych, którzy często bezrefleksyjnie orzekają na podstawie stereotypów czy z myślą o własnych interesach.
Reżyser wykorzystuje łatwość realizacji tekstu – zachowana jest tu klasyczna, wywodząca się z antycznej tragedii, jedność czasu, miejsca i akcji. Ale to również pułapka, w którą, całe szczęście, nie wpada. Unika dłużyzn, ryzyka znużenia widza, a aktorzy doskonale radzą sobie z emocjonującymi kwestiami, długimi, burzliwymi dialogami. Tekst zachowuje aktualność; ludzie przecież nadal są tacy jak dawniej – podatni na manipulacje, niesprawdzone opinie i niechętni do przełamywania własnych uprzedzeń oraz konsensusu w wyniku rzeczowej, popartej logicznymi argumentami dyskusji. Przedstawienie we Współczesnym zostało trochę uwspółcześnione dzięki znanym nam i bliskim elementom scenografii, mianowicie telefonom komórkowym, zdjęciom w tle i innym drobiazgom. W ten sposób owa sądowa rozprawa i konflikt stają się uniwersalne; równie dobrze mogłyby wydarzyć się dzisiaj, w naszym kraju. Aktorzy Współczesnego grają z zaangażowaniem, a widzowie mają wrażenie, że identyfikują się z bohaterem (i o to chodzi!). Każdy z nich wykorzystuje inne środki wyrazu, ponieważ każda z postaci ma inny charakter, bagaż doświadczeń, status społeczny czy zawodowy.
Filip Kowalczyk w roli Przysięgłego nr 8, od początku wątpiącego i samotnie przeciwstawiającego się pozostałym, gra bardzo dobrze i swobodnie, ale moim zdaniem nie do końca przekonująco. Sławomir Orzechowski jako zatwardziały, uparty Przysięgły nr 3 jest znakomity i zachowując z lekka groteskowy rys, nie popada w nadmierną brawurę. W momencie, gdy jego system wartości chwieje się i zostaje poddany próbie, staje się, choć na krótko, postacią niemal tragiczną. W najstarszego, eleganckiego w obejściu i słowach Przysięgłego nr 9 wciela się Krzysztof Wakuliński. Podziwiam klasę i wyraźnie widoczne w sposobie mówienia, gestykulacji, aktorskie doświadczenie Wakulińskiego. Równie intrygującą postać Przysięgłego nr 2 stworzył Marcin Bubółka, pokazując jak nieśmiały człowiek przechodzi metamorfozę i zmienia się w wiernego swoim przekonaniom obrońcę. Pozostali równie trafnie potrafią przybliżyć publiczności dramatyczne zdarzenia zamknięte w małej, dusznej przestrzeni. Dzięki ich kreacjom widz zastanawia się, co naprawdę dzieje się w pokoju narad, jak intensywna i burzliwa może być debata i jaką moc ma świadomość ostateczności decyzji, którą każdy z uczestników musi podjąć wspólnie z pozostałymi 11 ławnikami. Warto docenić wszystkich występujących – Leona Charewicza jako rozważnego Przewodniczącego, który spokojnie stara się zapanować nad rozemocjonowanymi ławnikami, Mariusza Ostrowskiego w roli zadziornego kibica, pełnego werwy Marcina Stępniaka i Szymona Roszaka jako łatwo popadającego w gniew, kierującego się stereotypami Przysięgłego nr 10, a także Sebastiana Świerszcza, Piotra Bajora, Dariusza Dobkowskiego, Przemysława Kowalskiego. Barwna galeria postaci i osobowości pomaga stworzyć obraz rzeczywistości, w której zderzenie postaw, rozbieżność osobistych przekonań, własne kompleksy i niesprawiedliwość osądów uniemożliwiają porozumienie.
Prosta, stonowana w kolorystyce scenografia autorstwa Marcina Chlandy ułatwia skupienie, a z kolei muzyka w opracowaniu reżysera spektaklu, z wplecionym motywem z „Riders On The Storm”, ballady rockowej amerykańskiego zespołu The Doors, buduje odpowiedni, niepokojąco złowrogi nastrój.
Wydźwięk spektaklu, choć wydaje się pesymistyczny, pozostawia jednak wątpliwości. Czy sama natura człowieka, dbałość o własne interesy, wzajemnie wykluczające się poglądy i opinie uniemożliwiają porozumienie w społeczeństwie? Niekoniecznie. Mimo wszystko przedstawienie Teatru Współczesnego daje nadzieję, niesie wiarę w dobrą wolę człowieka oraz ludzką chęć walki o bezpieczeństwo nas wszystkich dzięki sprawiedliwości dla wszystkich.