„Pan Tadeusz” wg Adama Mickiewicza w reżyserii Wojciecha Klemma w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pisze Piotr Gaszczyński w Teatrze Dla Wszystkich.
Przyglądanie się Panu Tadeuszowi bez nabożnej lektury, za to z uważnym, krytycznym spojrzeniem uwypuklającym perspektywę wykluczonych, to ciekawy pomysł. Patroszenie dzieła Mickiewicza — już nie.
W ostatnich latach ekipa „Słowaka” przyzwyczaiła nas do nietuzinkowych, odkrywczych, orzeźwiających reinterpretacji klasyki (fenomen Dziadów jest tego najlepszym przykładem). Nie dziwią więc wielkie oczekiwania wobec Pana Tadeusza, inaugurującego listę premier tego sezonu na Dużej Scenie. Jak wyszło? Skoro mowa o dziele skażonym przydomkiem „lektura szkolna”, pójdźmy tym tropem i wstawmy do dziennika trójkę na szynach.
Twórcy zapowiadali dekonstrukcję mitu narosłego wokół tekstu Mickiewicza. W założeniu chciano pozbyć się romantycznego lukru i innych pól malowanych zbożem rozmaitem — dodatkowo utrwalonych w głowach rodaków przez, jak mawiał duet Strzępka/Demirski, architektów zbiorowej wyobraźni: Wajdę i Kilara. Problem w tym, że próba dotarcia do trzewi Pana Tadeusza nie odbyła się za pomocą skalpela, tylko siekiery — wobec czego pacjent zmarł.
Żeby nie kluczyć bez konkretów: na scenie wygódka, lub jak kto woli — sławojka (brzmi jakoś bardziej szlachecko). Za nią przezroczysta zasłona z tworzywa sztucznego, pocięta w pasy, przypominająca wejście do chłodni (może prosektorium?). Tyle jeśli chodzi o scenografię. Centralny punkt wydalniczy służy zarówno za dworek, jak i za ruiny zamku. Poszczególne postaci pojawiają się wokół niego i znikają — są nieco neurotyczne, rozbiegane, w ciągłej gorączce.
Oczywiście, zestawienie świetnie podawanej ze sceny mickiewiczowskiej frazy z pustką przestrzeni gry daje momentami ciekawy efekt — obnaża infantylne fragmenty tekstu, pozwala uwypuklić głupotę i krótkowzroczność szlachty. Ale na Boga — nie przez trzy godziny! Tu właśnie leży problem: to, co początkowo intryguje, na dłuższą metę zaczyna nużyć. Dlaczego? Bo Pan Tadeusz to nie rewia monodramów. To nie Karolina Gruszka w Lipcu Wyrypajewa, na którą patrzymy zahipnotyzowani, mimo że ma do dyspozycji tylko snop światła i mikrofon.
Plusem spektaklu jest aktorstwo, które w „Słowaku” niemal zawsze stoi na wysokim poziomie. Vitalik Havryla wyciska z tytułowego bohatera, ile się da. Mocno zaznaczają swoją obecność kobiety: Agnieszka Judycka-Cappuccino (Rejent), Natalia Strzelecka (Asesor, Płut), Karolina Kamińska (Zosia) i Marta Konarska (Telimena).
Założenia i pytania stawiane przez Wojtka Klemma i Tomasza Cymermana — o w gruncie rzeczy niezrozumiały fenomen Pana Tadeusza — oraz dopisane teksty Sandry Szwarc są jak najbardziej słuszne, intrygujące i warte uwagi. Nie miały jednak szans wybrzmieć, nie mogły się oprzeć ani zaczepić o scenografię, rekwizyty czy muzykę — elementy, które mogłyby z nimi dyskutować, kontrapunktować, wzmocnić je. To, co jest siłą teatru — czyli budowanie nowych światów, balansowanie na granicy, a często jej przekraczanie — tutaj niestety odpadło w przedbiegach.
Miał być zajazd, był ledwo podjazd.