„Betlejem polskie ” Lucjana Rydla w adapt. dram. Macieja Wojttyszki i reż. Rafała Szumskiego w Teatrze im. Juliusza Osterwy w Lublinie. Pisze Magdalena Jankowska w „Akcencie”.
To już druga za mojej świadomości inscenizacja Betlejem polskiego na scenie Teatru im. Juliusza Osterwy w Lublinie. W 1987 roku wystawił je tu Andrzej Rozhin. Pamiętam strzechę stajenki wpisaną w pejzaż z wierzbami. I to, że uboga przystań Świętej Rodziny była centralnym punktem wszystkich aktów tego „dramatu wiary wbrew nadziei". Dzieliło nas pięć lat od stanu wojennego, dwa do transformacji.
Tron Heroda-dzieciobójcy ociekał czerwonym światłem, a Maryja, Królowa Polski, była wstawienniczką i patronką zwycięstw pokazanych w historycznym skrócie. Nowo narodzone Dzieciątko tyle nam wtedy obiecywało. Spektakl pobił rekord frekwencyjny, gdyż był grany przez sześć lat, z czego wynika, że przemawiał również w odmienionej rzeczywistości. Choć po przełomie młoda demokracja odebrała siłę politycznej aluzji, to uwagę widza skupiała opowieść religijna zaprawiona folklorem, która budzi w sercach tkliwość, odsyłając w czas dzieciństwa. Synkretyczny utwór Rydla zapewnia możliwość takiego balansu - i na etapie realizacji, i w trakcie odbioru. Od zawsze przecież podlegał aktualizacji, zwłaszcza w akcie trzecim.
Rafał Szumski sięgnął po pastorałkę z końcem roku 2025, kiedy laicyzacja w Polsce postępuje jak nigdy dotąd, a społeczeństwo jest podzielone na wrogie obozy. Ponadto prawie wszyscy zostaliśmy przestawieni na kulturę obrazkową i na pobudzanie przez rytmiczne dźwięki. I takim uwarunkowaniom odpowiadają te jasełka. Satysfakcjonujące oko i ucho. Zagrane w żywym tempie i w zmieniających się konwencjach, pulsujące nastrojami. Pełne humoru we wszystkich warstwach. W obsadzie niemal cały zespół, bo dwudziestu dwóch aktorów, i to przeważnie w podwójnych rolach, świetnie przygotowanych wokalnie (dzięki Izabeli Urban) i tanecznie (przez autora choreografii Aleksandra Kopańskiego) do muzyki Marcina Nagnajewicza. Kolędy płyną ku nam ze sceny w nowej aranżacji. A świetna reżyseria świateł (Magdalena Gajewska) znacząco dynamizuje skromną scenografię, także jej autorstwa. Gdyby tylko na tym poprzestać, przedstawienie jest warte karnawałowego wieczoru w teatrze.
Jednak zalety te, wystarczające dla chwili przyjemności, są tylko wierzchnią warstwą przedstawienia, które porusza sprawy naprawdę istotne dla naszej dzisiejszej kondycji. Betlejem polskie, w adaptacji i dramaturgii Macieja Wojtyszki, zarazem autora partii dopisanych w akcie III, sprawia, że bożonarodzeniowa historia dotyka nas bezpośrednio. „ Albośmy to jacy, tacy" - śpiewają pary z wesela krakowskiego i tańcząc z werwą, powtarzają w kółko ten pierwszy wers. Aż staje się on zadanym w tej inscenizacji pytaniem o naszą tożsamość. Nim wybrzmi dalsza część, zaczynamy odczuwać, jak to „my" jest słabo zdefiniowane. Niejasne pod względem zakresu i właściwości. Domagające się przeliczenia sił, jak przy lwowskiej prapremierze w 1904 roku, bo problem pozostał wciąż aktualny, zmienił się tylko kontekst.
Inscenizacja uwzględnia fakt, że obyczaje świąteczne coraz częściej odrywają się od swojego źródła, choć nie tracą przez to wartości. Już nie wiara, a tradycja, wnosząca zwyczaj integracji - zwłaszcza rodzinnej - każe je celebrować. Toteż gwiazda betlejemska z „promiennym warkoczem" wisząca nad sceną w centralnym punkcie, nie przez cały czas lśni swym oślepiającym blaskiem, który ma prowadzić Mędrców i przywoływać maluczkich. Często gaśnie, a ramiona i warkocz komety stają się pustą formą ze sklejki. Łuna skierowana ku ziemi - symbol boskiej interwencji, traci moc przewodnią. Trzeba tej mocy szukać między sobą, w ziemskich realiach, które ulegają ciągłemu przewartościowaniu. Unaocznieniu tego służą światła teatralnej rampy. Owca biała staje się nagle czarną owcą, a gwiazda znacząco wypełnia się niebiesko-żółtą barwą, choć była złota i była czerwona.
Spektakl zaczyna się zwoływaniem ludzi. Młodszy opiekun trzody, wykrzykuje w przestrzeń imiona znajomych dziewcząt. Przyzywa juhasów: Kubę, Szymka, Bartosa - swoich przyjaciół, swoją małą społeczność, żeby być razem wchwili pojawienia się tajemniczych znaków. A oni przybiegają dzielić zaciekawienie, niepokój, radość z dobrej nowiny. Aktorzy aktywizują się, wstając z miejsc wśród widowni, jakby byli naszymi reprezentantami w tej gromadzie. Wchodzą na scenę. Wnikają w jasełkową konwencję, gdzie sielskość jest wzięta w cudzysłów. Dziewczyny na głowach mają wianki - jak Bóg przykazał - ale ubrane są w kostiumy rozmaicie skompilowane. Ruszają w tan z młodzieńcami, którzy - też niekonsekwentnie - reprezentują kulturę kibicowską.
Konwencje zabawnie się zderzają. Płaskie figury owieczek o oczach żarzących się czerwonymi lampkami stają się w rękach pasterzy marionetkami. Wszyscy wędrują ku spełnieniu dziwnej przepowiedni. A tu coraz większe pomieszanie bytów z jasełkowej tradycji - zawieszonych między sacrum a codziennością. Anioły - nieodłączny element scenografii i narracji o narodzinach Jezusa - w tym przedstawieniu mają zindywidualizowany krój skrzydeł. Jedne są bardziej ptasie, inne raczej motyle lub też owadzie. Może to ślad wewnętrznej hierarchii, może przejaw walki z wszelką uniformizacją. Ich stylizacja należy bowiem do różnych trendów. Przechadzają się jak modelki na wybiegach, co pewien czas przyjmując pozy ze zdjęć w modowych magazynach. Anioły są w różnym wieku. Androgyniczne z natury, tu mają płeć, a właściwie są grane przez aktorki i aktora -przez ten zabieg wewnątrz anielskiego chóru odczytujemy postulat inkluzywności.
Przeciwstawna zaś siła metafizyczna - diabeł (Wojciech Rusin), to zło upostaciowione w formie queerowej. Jest gościem w czarnym body, kabaretkach i na brokatowych szpilkach, mającym wiele zadań. Tyleż zabawny, co niepokojący w roli ucieleśnionej „ideologii". I ta wyzywająca dla obecnych „polskich patriotów" przeciwwaga staje twarzą w twarz z bohaterami narodowymi. Wyjęte z historii figury wątku patriotycznego - Skarbek (Hanka Brulińska), Marszałek (Jerzy Kurczuk), Kanclerz (Krzysztof Olchawa) - to wzory osobowe potraktowane z większą powagą. Nieco zastygłe w swym dostojeństwie. Jednolite kolorystycznie, przez co jakby gasły w konfrontacji z dynamiczną formą istnienia pozostałych postaci. Wówczas diabeł ożywia scenę, fechtując się z Twardowskim przy użyciu czerwonej parasolki.
Do postaci istniejących nieco w tle należy też Herod (Wojciech Dobrowolski) i jego żona (Edyta Ostojak). Tu znów diabeł wysuwa się na plan pierwszy, bo uprząta ze sceny stosy pluszaków, kiedy w głębi widzimy przewrócony wózek dziecięcy, który dopowiada resztę. Zabawki spychane wielką szuflą do odśnieżania spadają u stóp widowni. Na moment, ale jakże silnie, w otoczeniu Heroda zaistnieje Śmierć (Beata Passini). Ponętna dama w czerni, zasłaniająca mu drogę, pojawia się bowiem deus ex machina i równie nagle znika. Wokół potężnego władcy kręci się także Krakowianka I (Hanka Brulińska), żeby - okryta na ten czas futrem - zaśpiewać mu „Happy Birthday" z przydechem, jak Marilyn Monroe prezydentowi.
Naturalnie jest także Żyd (Włodzimierz Dyła). Jakżeby bez niego? Z każdym wejściem, któremu towarzyszy porywająca melodia, ewokuje sprzeczne skojarzenia. Jego wizerunek w modlitewnym tańcu i wypowiadane wówczas błogosławieństwa tak przecież wrosły w naszą kulturę. Ale funkcjonowanie tego tradycyjnego elementu ludowych jasełek może być równie silnym znakiem antysemityzmu. Zarys szopy betlejemskiej pojawia się długo po rozpoczęciu spektaklu i powstaje z czterech metalowych elementów konstrukcyjnych. Maryja (Marta Ledwoń, nb. znakomicie spisująca się w całym spektaklu), młoda kobieta w szarym prochowcu z równie bezbarwnym zawiniątkiem przy piersi w towarzystwie św. Józefa - starszego mężczyzny, jak to się zdarza przybyszom zza wschodniej granicy - wchodzi przejściem od foyer.
Do żłóbka przybywają współcześni nam rodacy. Jednak zamiast w przyklęku i z pochyloną głową oddawać hołd Jezusowi, stają twarzami do widowni. I z przedproża szopy zwracają się do zgromadzonych wierszem-modlitwą Macieja Wojtyszki. Autor podkreśla, że obecność w teatrze jest ważnym aktem wspólnotowym. Mogącym być impulsem do odbudowy zerwanej więzi społecznej. Mimo wielu dostrzeganych przeszkód apeluje o wysiłek, aby jednak spróbować być razem. Przypomina: „Bo religio - więź znaczy!". Każdy sam musi zdecydować, czy to słowa puste, czy są znakiem nadziei... Niewymuszona jest powaga ostatniej części, kiedy kwestie wypowiadane w ciszy, ze spokojem, nabierają uroczystego charakteru. Kontrast jest tu bardzo efektywny. Dotąd misterium przykuwało uwagę wieloznacznością wszystkiego. Bawiło „przegięciami" jasełkowej formy, ubierało problemy w zwariowane kostiumy. Teraz nastała chwila liryczna. Żeby poniosła nas fała emocji dzielonej z całą salą i żebyśmy nagle pomyśleli, że powinniśmy być inni. A właściwie, że byśmy chcieli. Bo finał dał odczuć taką tęsknotę.
Lucjan Rydel: Betlejem polskie. Reżyseria: Rafał Szumski. Adaptacja i dramaturgia III aktu sztuki: Maciej Wojtyszko. Scenografia, reżyseria światła: Magdalena Gajewska. Kostiumy: Adrian Lewandowski. Choreografia: Aleksander Kopański. Muzyka: Marcin Nagnajewicz. Przygotowanie wokalne: Izabela Urban. Asystent reżysera: Michał Czyż. Premiera: 17 stycznia 2026 r.