Gdy 24 lutego 2022 roku rozpoczęła się pełnoskalowa wojna Rosji przeciwko Ukrainie to w naszym kraju, w świecie kultury, w sposób nieformalny, swoistym moralnym szachowaniem środowiska przez ówczesne władze Ministerstwa Kultury i Dziedzictwa Narodowego, podjęto decyzję o wyeliminowaniu z publicznych scen i sal koncertowych twórczości artystów pochodzących z Rosji i narodowości rosyjskiej. Co ciekawe tyczyło to ikonicznych postaci, klasyków, którzy nic nie mają wspólnego z bieżącą polityką Moskwy. Pisze Benjamin Paschalski na swojej stronie.
W niektórych przypadkach doszło do kuriozalnej sytuacji, gdyż część kompozytorów na przykład wyemigrowała z Rosji w czasie kształtowania radzieckiej władzy i większość życia spędziła z dala od ojczyzny, posiadając obywatelstwo innych państw. Nic to nie znaczyło w naszym kraju, bowiem wystarczyła jakakolwiek historyczna relacja artysty, aby nie mógł się pojawić w sferze publicznej w ostatnich latach. Szczególne miejsce w owym zbiorze twórców zajął Piotr Czajkowski. Wręcz stał się symbolem agresji, a jego balety bolały jak kule wystrzeliwane z armat.
Argumentem stawał się fakt, że twórczość taneczna Rosji ukazuje jej mocarstwowość, kraju w którym kultura odgrywa niebagatelną rolę w życiu wewnętrznym, ale także jako towar eksportowy. Jednak są to tezy polemiczne, bowiem muzyka stała się uniwersalnym dziedzictwem światowym, które winno łączyć a nie dzielić. Dodatkowo rodzina kompozytora pochodziła z dzisiejszych terenów Ukrainy, a jego rodowe nazwisko brzmiało Czajka. Można było ten fakt dobrze propagandowo wykorzystać, aby udowodnić tożsamość ukraińską i przywłaszczyć zrusyfikowanego bohatera. Dodatkowo ze sztuką tańca pozostaje problem, gdyż Ukraina wchodząca w przeszłości w skład Związku Radzieckiego posiłkowała się tamtejszymi wzorami szkolnictwa baletowego, którego nie ma możliwości wygumkowania czy tez usunięcia za pomocą czarodziejskiej różdżki. Wiele argumentów przemawia przeciw arbitralnym decyzjom wyeliminowania bezmyślnie muzyki rosyjskiej, którą utożsamiono z agresją obecnej władzy Kremla. W owej politycznej rozgrywce ucierpiały dzieci, które zostały pozbawione świątecznej uczty, a ta wielokrotnie stawała się pierwszym spotkaniem z baletem. Jedni powiedzą to tylko trzy lata, inni aż trzy lata. Trudno odbudować to co stracone, a naprawdę nie jest prostym znalezienie substytutu w czasie świąt Bożego Narodzenia, który byłby w stanie zbudować widownię widowiska tanecznego z chęcią powracającą na spotkanie baletowe.
Mowa o Dziadku do orzechów Piotra Czajkowskiego, który w tym sezonie w naszym kraju ponownie zaczął pojawiać się na afiszach publicznych instytucji kultury. Co prawda na razie cztery sceny zdecydowały się na jego wprowadzenie: Opera Nova w Bydgoszczy, Opera Wrocławska, Teatr Wielki w Łodzi oraz Opera Krakowska, ale dodając do tego podmioty prywatno-komercyjne możemy powiedzieć, ze na nowo powraca moda na Dziadka.
Historia owego baletu sięga roku 1892, gdy 7 grudnia na deskach Teatru Maryjskiego w Petersburgu odbyło się pierwsze przedstawienie. Piotr Czajkowski po sukcesie, dwa lata wcześniej, Śpiącej królewny otrzymał zamówienie od imperialnych teatrów rosyjskich na przygotowanie nowej kompozycji. Do niej libretto stworzyli Marius Petipa oraz Iwan Wsiewołożski, a choreografię opracował Lew Iwanow. Ograniczony koncepcją chorego Petipy stworzył układ do świetnej muzyki, która przewyższała wątłe libretto i nie najwyższych lotów układ tańców sformalizowany do licznych popisów zespołowych i solistycznych ze zjawiskowym wieńczącym pas de deux. Osią opowieści jest narracja wywiedziona z francuskiego wydania bajki w opracowaniu Alexandre’a Dumasa autorstwa E.T.A. Hoffmanna Dziadek do orzechów i Król myszy, która w kalejdoskopie czasu ponad stu lat ewoluowała w zależności pomysłu kolejnych choreografów i dramaturgów. Dla przykładu główna bohaterka Klara – może być dziewczynką, nastolatką, albo dorosłą damą. Także jej imię jest odmienne w zależności od regionu świata. W przestrzeni postradzieckiej to Masza, a w Stanach Zjednoczonych – Marie. Inwencja artystyczna nie zna granic i nie tyczy to tylko różnorodności tańców w krainie słodkości, ale także wykonania finałowego duetu, który w oryginale prezentowała Wróżka Cukrowa z Księciem, a obecnie należy on do Klary i Księcia lub Wróżki i jej partnera. Kombinacji jest wiele, a każda inscenizacja charakteryzuje się odmiennością i narracyjną różnorodnością.
Irena Turska na łamach nieśmiertelnego Przewodnika baletowego pisała, że Dziadek do orzechów nie osiągnął sukcesu Jeziora łabędziego i Śpiącej królewny. Wydaje się to w dniu dzisiejszym teza fałszywa. Bowiem wysyp wykonań plasuje właśnie ten balet jako najważniejszy w całym kompozytorskim zbiorze Piotra Czajkowskiego. Jego pojemność daje niebagatelną szansę eksperymentowania z pomysłowością, budowania indywidualnych, logicznych historii, które ubarwiają czas świąt Bożego Narodzenia. Teza Turskiej mogła wynikać z faktu, że w Warszawie owe dzieło pojawiło się po II wojnie światowej dopiero w roku 1973 jako spektakl Państwowej Szkoły Baletowej, a jako premiera zespołu baletu Teatru Wielkiego w roku 1989 w choreografii Andrzeja Glegolskiego. Ciężko zrozumieć powody owego braku, gdyż to samograj i istna perła w baletowym repertuarze. Dla pewnej rozrywki i sprawdzenia jak technologia ukazuje świat baletowej sceny zapytałem sztuczną inteligencję o najważniejsze inscenizacje tegoż baletu. I wynik był dość zaskakujący. Owe medium na pierwszym miejscu wskazuje produkcję George’a Balanchine’a, którą można oglądać w New York City Ballet. Następnie Petera Wrighta przygotowaną dla Birmingham Royal Ballet i Royal Ballet, a także Alexeia Ratmansky’ego zrealizowaną w American Ballet Theatre. Czyli wygrywa świat zachodni wobec dominacji klasyki rosyjskiej i radzieckiej ery.
Zatem warto ukazać różnorodność owej perły, najczęściej i praktycznie w każdym zakątku globu, inscenizowanej produkcji baletowej, która zachwyca kolejne pokolenia dzieci. I niech wojny, konflikty, polityka nie ogranicza dostępu do muzyki Czajkowskiego, która jak żadna inna nie umie wprowadzić młodego widza w świat tanecznych przeżyć. Oto dziewięć różnych produkcji Dziadka do orzechów bieżącego sezonu, które można było zobaczyć w naszym kraju i jego bliższych oraz dalszych okolicach. Różnorodność i odmienność, innowacyjność i klasyka, a co najważniejsze emocje i wzruszenia zapamiętane na całe życie.
Bydgoszcz – balet Opery Nova, choreografia: Paul Chalmer
Premiera owej realizacji w mieście nad Brdą odbyła się dokładnie dziesięć lat temu. To autorska wersja kanadyjskiego tancerza i choreografa, który w latach 2005-2010 pełnił funkcję dyrektora Leipziger Ballett. Dobrze znanego w naszym kraju i regionie, gdzie przygotował kilka interesujących spektakli baletowych. To mistrz precyzji i neoklasycznego stylu, dla którego szacunek dla tradycji wykonania jest kluczowy w sprawnej, autorsko opracowanej opowieści wywiedzionej z klasycznej bajki będącej kanwą baletu. Jego realizację charakteryzuje duża rodzajowość wpisana w czas wiktoriańskiej Anglii z dobrymi, bogatymi, naturalistycznymi dekoracjami Mariusza Napierały oraz kostiumami Agaty Uchman. Prolog to niestety zbyt długa i monotonna pantomima wsparta efektami śnieżek i bałwana. Analogicznie wygląda wieczór wigilijny u rodziców Klary i Fritza przepełniony ciepłem rodzinnej atmosfery. I tu pojawiają się niespodzianki – odwiedziny kolędników i wspólna familijna fotografia. Ów realizm życia ubarwiają dobre solistyczne popisy Fritza, brata głównej bohaterki (Toivo Sarela), a także dzieci ze Studia Baletowego. Chalmer pozostaje wierny librettu oryginału, w którym Drosselmeyer (mało charyzmatyczny Rafał Tandek) to kreator zdarzeń i fantazyjnego snu Klary z dopiero co otrzymanym prezentem – figurką Dziadka do orzechów. Pojawiają się myszy, choć ich walka jest atrakcyjna to niestety gubi się w braku tempa i żywiołowości. Jednak tuż po niej następuje oczarowująca scena pierwszego spotkania dziewczynki (Emily Masters) z odmienioną zabawką w księcia (Artem Rybalchenko). Wspólny duet oczarowuje i porywa. Szczególnie technika tancerza zachwyca lekkością i świetnym partnerowaniem. Jego ruchy są niesłychanie płynne, ciepłe i delikatne. To świetne wprowadzenie do walca śnieżynek, które urzekają powiewnością bieli niczym lekkiego puchu, dopiero co pojawiającego się śniegu. Młoda para żegna ową krainę odlatując balonem do świata odmiennego, pełnego radości i szczęścia.
Część drugą Chalmer umieszcza w specyficznym wesołym miasteczku, przed karuzelą, gdzie prym wiodą urokliwe trzy małpki. Są one wodzirejem po owej krainie, która przynależy do Cukrowej Wróżki. Feria tańców inspirowanych różnymi stronami świata wygląda okazale. Wzbogacona o dodatkowe efekty – jak w epizodzie chińskim o wielkiego smoka, wzbudza ciekawość i radość publiczności. Zwieńczenie to oczywiście przepięknie wykonany walc kwiatów, któremu przewodzą Klara z Dziadkiem do orzechów. Ponownie ukazują swoją taneczną klasę, choć niekwestionowanym zwycięzcą jest Rybalczenko. Nieco odmiennie niż przyjęło się współcześnie, wieńczące pas de deux w krainie szczęścia wykonuje Wróżka Cukrowa (Marta Kurkowska-Buritta) z Kawalerem (Matthias Kastl). Nie do końca przekonuje mnie ten zabieg, gdyż owa swoista rywalizacja z wcześniej wspomnianą parą wypada niekorzystnie dla gospodarzy przepięknej krainy dziwów. Można podkreślić precyzję wykonania, jego dokładność prezentacji, ale zabrakło artystycznej charyzmy i lekkości, która winna towarzyszyć zjawiskowej sekwencji duetu pełnego artystycznego wyrazu i technicznej trudności.
W pierwszym akcie w partii Radczyni, a w drugim w gąszczu tancerzy walca kwiatów zaprezentowała się Olga Karpowicz. I nie będę ukrywał, że artystka niezmiennie przyciąga uwagę swoją precyzją ruchu, uśmiechem i czymś co ciężko nazwać, a w balecie jest niezwykle istotne – charyzmą. Piękne to doświadczenie, że ikoniczna postać bydgoskiej sceny nadal pojawia się na niej, choć w epizodycznych rolach. Urzeka gracją i artystyczną dojrzałością jak ważną również w zawodzie tancerza. Pochwały wieńczy udział orkiestry, która wykonała utwór Czajkowskiego precyzyjnie i adekwatnie do atmosfery scenicznej. Maciej Figas współgrał z tancerzami i dodawał wsparcia przepięknymi frazami płynącymi z kanału orkiestrowego.
Spotkanie z realizacją Paula Chalmera to świetny baletowy czas z jasną i precyzyjną opowieścią, świetnie przygotowanymi solistami oraz zespołem baletowym, który urzeka z sezonu na sezon coraz lepszym współgraniem i dojrzałością artystyczną. To zasługa kierowniczki grupy Małgorzaty Chojnackiej. Dzięki owej pracy taneczna opowieść Dziadka do orzechów jest świetnym wprowadzeniem w świat sztuki dla młodego widza i rozkoszą dla dojrzałej publiczności.
Frankfurt nad Odrą, występ gościnny – International Festival Ballet, choreografia tradycyjna w edycji Alexey’a Bogutskyi’ego
Historia International Festival Ballet sięga roku 2009, gdy zespół pierwotnie posiadał nazwę zaczerpniętą od drugiego największego miasta Rosji – St. Petersburga. Zmiana nastała w roku 2022 i odtąd grupa występuje pod obecnym szyldem. To jedna z najciekawszych, komercyjnych i prywatnych formacji tanecznych na naszym kontynencie, która w objeździe spędza siedem-osiem miesięcy prezentując spektakle w kilkunastu państwach Europy. To co ją wyróżnia to nie tylko międzynarodowy skład tancerzy liczący obecnie czterdzieści pięć, ale także posiadanie stałej orkiestry, która akompaniuje podczas każdego przedstawienia. Prowadzi ją łotewski kapelmistrz Normunds Vaicis, a jej zespół w obecnym sezonie to głównie muzycy związani z Teatrem Narodowym Opery i Baletu im. Marii Biesu w mołdawskim Kiszyniowie. Może to nieadekwatny liczbowo ansambl do formacji orkiestr symfonicznych, ale niebagatelna wartość wykonywania muzyki na żywo podczas spektakli baletowych. Sezon 2025/26 to czas zmian. Bowiem zaszła ona na stanowisku szefa artystycznego. Alexey’a Bogutskyi’ego zastąpiła Helen Antsupova. Jednak nie odmienia to faktu, że zespół dalej realizuje swoje pierwotne zamierzenia – objazdu i dotarcia ze sztuką baletową do jak najmniejszych miejscowości. Zazwyczaj nie występuje on w dedykowanych salach teatralnych, a głównie w halach sportowych i widowiskowych. Każdorazowo budowana jest scena z obowiązkową kurtyną. Zaplecze techniczne stanowi wyposażenie dwóch tirów, które stale podróżują z zespołem. Oglądałem spektakl w przygranicznym Frankfurcie nad Odrą, w obiekcie postindustrialnym Messehalle. Wielka przestrzeń robi wrażenie, a konstrukcja platformy sceny, scenografii oraz całego oświetlenia ukazuje skalę owego przedsięwzięcia.
Tym co wyróżnia inscenizację tego typu zespołów to prostota i łatwość transportu środków produkcji. Scenografia Vyacheslava Okuneva w pełni współgra z koncepcją opowieści, która zapewne jest inspirowana wersją Jurija Grigorowicza. Główny element dekoracji to choinka. Jej gałązki osłaniają kulisy, a tło w pierwszej części stanowi owe drzewo. Natomiast druga – to już obraz tego co dzieje się na jej igiełkach ukazując świat bombek, zabawek i kolorowych łańcuchów. Całość widowiska rozegrana jest w domu Klary podczas świątecznego spotkania, gdy tuż po nim ożywają zabawki z magicznego iglastego drzewa. To postaci z tańców z różnych stron świata, które towarzyszą dziewczynce praktycznie w całej podróży w magiczny świat dziecięcej zabawy. Są postaciami wprost wychodzącymi z choinki, ożywionymi za sprawą Drosselmeyera. Identycznie jest ze śnieżynkami. Nie ma zmiany miejsca akcji, która odbywa się stale w jednym miejscu. Taneczne płatki śniegu również są dekoracją świąteczną. Wspólnie z postaciami z różnych stron świata tworzą urocze tło fantazji adresowanej dzieciom. I jeszcze ciekawostka. Nie ma zabawki dziadka do orzechów. Jego postać cały czas odtwarza tancerz w ruchach imitujący mechaniczny przedmiot.
Tanecznie jest to bardzo przeciętny, uproszczony układ. Celem realizatorów jest sprawne opowiedzenie historii, która odwołuje się do świata beztroskiej zabawy. Plusem jest duży zespół wykonawców. Dzięki temu przedstawienie nie wygląda ubogo, ale jak wartościowy produkt. Dodatkowym atutem są kostiumy stylizowane na epokę baroku, a także wykonanie tańców narodowych, gdzie szczególnie dobrze wypadł układ hiszpański i oczywiście walc kwiatów. Główna para Klara (Daria Ivanenko) oraz Książę (Nikita Moskalets) zaprezentowała się niezwykle poprawnie. Jednak oczarowuje główna bohaterka technicznymi możliwościami, czego do końca nie można powiedzieć o soliście, który w końcu przedstawienia, najpewniej ze zmęczenia, nie podołał wszystkim ewolucjom zaplanowanym w finale.
Jak wspomniano tancerzom towarzyszy specjalnie powołana Festival Orchestra. Poprzez nagłośnienie i także ograniczony skład nie brzmi ona zachwycająco, wręcz matowo i dziwnie chropowato. Brak chóru dziecięcego również wpływa na wykonanie kompozycji Czajkowskiego. Czasem można odnieść wrażenie, że muzyka przypomina dźwięki kantat Bacha, a nie radość i żywiołowość wspomnianego twórcy.
Zatem to wieczór sprawnej historii z pomysłem, ale tanecznym układem pełnym uproszczeń, który może być pierwszym wprowadzeniem w arkana baletowej sztuki jednak nie jest szczytem artystycznych osiągnięć.
Lipsk – Leipziger Ballett, choreografia: Kaloyan Boyadjiev
Jeden z najciekawszych wieczorów owego Dziadkowego objazdu. Lipsk obok również położonego we wschodnich Niemczech Drezna, posiada jeden z najliczniejszych zespołów baletowych w kraju. Definiuje to możliwość wystawiania spektakularnych widowisk. Ważnym jest obecna dyrekcja Remy Ficheta, który po czasach autorskich sezonów Uwe Scholza oraz Mario Schrödera tworzy uniwersalny repertuar zapraszając nieoczywistych choreografów do współpracy. Ten zamysł buduje jedną z najciekawszych scen baletowych Niemiec, a że miasto położone jest w bliskiej odległości od naszej granicy jest to dobra szansa odwiedzenia owej instytucji i rozkoszowania się sztuką na najwyższym poziomie. W obecnym sezonie swoją wersję opowieści do muzyki Piotra Czajkowskiego zaprezentował bułgarski artysta Koloyan Boyadjiev. Praktycznie związany przez całą karierę sceniczną z jednym miejscem – zespołem baletowym w Oslo. Tu pełnił funkcję pierwszego tancerza, a obecnie baletmistrza kompanii. Praca choreograficzna nie jest mu obca, a wersję Dziadka do orzechów przygotował już w roku 2016 dla formacji norweskiej. I należy przyznać, że jego spektakl zachwyca i urzeka oryginalnością oraz pomysłowością.
Boyadjiev osadza swoją inscenizację w Lipsku, ukazuje to już uwertura i sceniczna projekcja jarmarku adwentowego i bocznej fasady miejskiej opery, która służy za dom radcy – gospodarza spotkania świątecznego. Owa wizualizacja przechodzi w świat sceniczny, gdzie przed wielkimi wrotami gromadzą się kolejni goście. Ważnym jest sprzeczka trzech młodych oficerów, których zauważa Klara. Otrzymuje od jednego z nich chusteczkę. Analogicznie jak w Otello stawała się ona obiektem chorobliwej zazdrości, tak obecnie to znak rodzącego się uczucia miłości. Choreograf bowiem kształtuje opowieść o młodej, dorastającej dziewczynie, która przeżywa pierwsze zauroczenie, mocniejsze bicie serca do drugiej osoby. Lekkimi muśnięciami powraca ów wątek w trakcie całego przedstawienia. Całość osadzona jest również w konkretnym czasie historycznym. To moment po zjednoczeniu Niemiec w roku 1871, gdzie militaryzacja odgrywała coraz większą rolę w polityce państwa. I właśnie wojskowi stają się obiektem westchnień niewiast, parafrazując „za mundurem panny sznurem”. I nie dziwi, że podąża tym tropem również Klara. Otrzymana lalka od Drosselmeiera to nie tylko zabawka, ale uosobienie mężczyzny, wojskowego, siły i potęgi. Sceny świąteczne wypadają niestety blado, gdzie przeważa pantomima, która szybko nudzi i zniesmacza. Jednak najciekawsze następuje, gdy dom opuszczają goście, a Klara rozpoczyna czytać książkę o Dziadku do orzechów i śni własny sen o miłości do wymarzonego księcia. Wówczas rozpoczyna się eksplozja tańca, odkrycia świata dziwów.
Choinka powiększa się, a z kominka poczynają wyślizgiwać się myszy – małe i duże. Scena walki wypada zjawiskowo. Po niej następuje świetny duet Klary i księcia, a następnie bajkowa sekwencja walca śnieżynek. Część druga nie zrywa z poprzednimi epizodami. Dokonuje się ostateczne rozstrzygnięcie z gryzoniami oraz płatki śniegu ukazują krainę zimy – adekwatnej dla pory roku akcji opowieści. W owej aurze pełnej białego puchu i choinkowych bombek rozpoczyna się korowód taneczny przez świąteczny stół. Zazwyczaj sztampowo ukazane tańce narodowe to w Lipsku popisy pierniczków, pralin, czekolady, waty cukrowej – wszelkich łakoci, które można zobaczyć na bożonarodzeniowym stole. Owe popisy wypadają zjawiskowo. Owszem można doszukiwać się inspiracji podobnym pomysłem z inscenizacji Aarona S. Watkina i Arielle Smith z English National Ballet, ale prawdą jest że ów koncept odwołuje się do oryginału – podróży do krainy słodkości. Dyskretnym kreatorem zdarzeń pozostaje Drosselmeier pobudzający do życia ów świat fantazji. Bajkowo wypada walc kwiatów z główną parą Evelina Andersson i Marcelino Libao na tle wspaniałego zespołu. Jednak mistrzostwem pozostanie wieńczące pas de deux dorosłej Klary (Monica Barbotte) i Księcia (Juliano Toscano).
Wersja w Lipsku to opowieść z kluczem o rodzącej się miłości, dojrzewaniu i konkretnego czasu, gdzie niebagatelnym jest bycie wojskowym. Choreograf dokonał zabiegu obsadzenia dwóch Klar – młodej (Maria Vittoria Scamarda) oraz dojrzałej, będącej fantazją nastolatki marzącej o wielkim uczuciu i spotkaniu księcia z bajki. Ten pomysł w dobrze pomyślanej konstrukcji dramaturgicznej jest klarowny i jasny. Nie byłoby owego spektaklu bez trzech istotnych składowych. Pierwszym są soliści, którzy zachwycają nie tylko techniczną precyzją, ale i emocjonalnym przeżyciem. Drugim jest świetny, zgrany zespół baletowy. A trzecim to wykonanie muzyki przez Gewandhausorchester pod kierunkiem Matthiasa Foremnego. Nie jest to brzmienie od niechcenia, ale zanurzenie się w piękno kompozycji Czajkowskiego, co udowadnia jak ważny jest podkład dla jakości baletowego widowiska.
Niemiecka prezentacja to największy wygrany owej podroży, gdzie w jednym miejscu spotyka się pomysł, wykonanie oraz muzyczna precyzja.
Ołomuniec – balet Moravske Divadlo, choreografia: Michal Stipa, Guido Sarno
Również w niewielkiej odległości od południowej granicy Polski znajduje się Ołomuniec z przepięknym rynkiem, gdzie po środku króluje majestatyczny budynek ratusza. I właśnie tu znajduje się siedziba Moravkie Divadlo – instytucji, która pod jednym dachem skupia teatr muzyczny i dramatyczny, orkiestrę i zespół baletowy. Od trzech lat artystycznie prowadzi go Jan Fousek. Owe miejsce charakteryzuje poszukiwanie odmiennego repertuaru, który nie powiela znanych już produkcji. Z owych intencji cztery lata temu pojawiła się nowa inscenizacja baletowej bajki. Tym co ją wyróżnia to faktycznie całkowicie autorskie opracowanie opowieści dokonane przez Michala Stipę. Umieścił on zdarzenia w angielskim miasteczku w radosny dzień publicznego rozbłyśnięcia choinki. Nie ma spotkania rodzinnego, ale jest atmosfera przygotowań w miejskiej przestrzeni dawnego czasu. Klara (bardzo dobra i wyrazista Adela Bendova) to samotna, opuszczona przez rodziców dziewczynka. Zepchnięta na margines, wyśmiewana i nawet lekko poniżana. Główny plac miasta otaczają stragany, a prym taneczny wiodą dzieci, które brylują jak łyżwiarze na lodowisku. Mimo w miarę efektownej sceny przytłacza ją statyczność i wielorodzajowość drugiego planu, który odwraca uwagę od głównych zdarzeń. Właściciel sklepu z zabawkami prezentuje swoje eksponaty. Jednym z nich jest uszkodzona lalka dziadka do orzechów, którą tylko interesuje się Klara. Ale i ona zostaje jej odebrana i wrzucona do opuszczonej rudery. Gdy nastaje zmierzch i pustoszeją ulice, Klara zostaje sama i rozpoczyna się noc dziwów oraz magii. Królowa śnieżynek (Romane Trouillier) buduje napięcie strachem i przerażeniem, a je należy przejść aby dotrzeć do szczęścia. Scenę opanowują gnomy-demony, które w niezwykle rozbudowanej sekwencji, zastępującej walkę z myszami tworzą swoisty taniec wampirów. Przepadają w ruinach domu za sprawą wspomnianej królowej. W drzwiach ruiny pojawia się książę przemieniony z dziadka do orzechów (Ivan Sanchez Fernandez), aby zabrać dziewczynkę do krainy szczęścia. Nim to nastąpi śnieżynki wykonają poprawnego walca.
Część druga to niczym kraina i pracownia świętego Mikołaja. Tu w pocie czoła pracują Elfy, aby dla każdego przygotować prezent. Nimi są poszczególne tańce narodowe, które wypadają niestety blado. Odmienny charakter ma natomiast walc kwiatów odtańczony prześmiewczo przez młodych asystentów ulubieńca dzieci. Jednak i Klara zasługuje na najpiękniejszy prezent to ojciec (Sergio Mendez Romero), z którym wykona zjawiskowo pas de deux. To trochę nieoczywista kompozycja, chyba nigdy wcześniej nie mająca miejsca w innych prezentacjach. Jednak ów świat fantazji pryska i Klara budzi się ze snu przez sklepem z zabawkami w rodzinnym mieście. I nagle pojawia się, już w owym realnym świecie, ojciec z prezentem – zabawką dziadka do orzechów. Chyba najpiękniejszy dar w ową magiczną noc, który mógł spotkać dziewczynkę – odzyskanie rodziny i ciepła wspólnego czasu.
Owa wersja w Ołomuńcu charakteryzuje się oryginalnością, ale posiada również swoje mankamenty. Jest nim ograniczenie warstwy muzycznej do swoistego bryku pasującego do układu choreograficznego. Orkiestra nie brzmiała czysto to raczej matowość i brak polotu w owym wykonaniu. Choreograf niepotrzebnie skupił się na drugim planie, rozbijając uwagę widza. Układ nie jest zbyt trudny, ale i tak sprawia trudności wykonawcom. Najlepiej wypada wspomniana Klara i ojciec, a ich wspólny duet zasługuje na duże uznanie. Zatem to historia z kluczem, pomysłem, ale dla pełnego jakościowego szczęścia dobrego wykonania, a w Ołomuńcu zawitała przeciętność.
Warszawa, występ gościnny – Ukrainian Classical Ballet/ UCB Ballet Company, choreografia: Ivan Zhuravlov
Historia owej formacji sięga roku 2017, gdy w Kijowie stworzył ją Ivan Zhuravlov – młody, ambitny tancerz. Dziś zespół posiada stała bazę w Krakowie i składa się z blisko dziewięćdziesięciu osób podzielonych na dwie trasy, występujących równolegle, w identycznym formacie, w różnych miejscach Europy. To efekt olbrzymiego zainteresowania spektaklami, które odwiedza wielka rzesza publiczności. Oglądałem przedstawienie w Warszawie w Audytorium Muzeum Historii Polski. Sala absolutnie nie jest przystosowana do tego typu prezentacji, ale deficyt miejsc w stolicy Polski wymusza posiłkowaniem się tym co oferuje rynek. Przy wejściu przygrywa kwartet smyczkowy, a ścianka do zdjęć to złote tło z dziadkiem do orzechów, który przypomina figurę Straussa w wiedeńskim parku. Przyglądam się bacznie widzom. To co jest ciekawym – spory odsetek stanowią Ukraińcy łaknący i poszukujący namiastki własnej sztuki. Choć zespół ma charakter międzynarodowy, tancerze wywodzą się z różnych części świata, to marka jednoznacznie lokuje kompanię jako reprezentanta kultury ukraińskiej. Można zauważyć szczególny deficyt tego typu prezentacji a jak widać cieszą się one olbrzymim powodzeniem.
Wersja Dziadka do orzechów charakteryzuje się skromnością i logiczną wewnętrzną spójnością. Ivan Zhuravlov – będący jednocześnie choreografem i występujący jako Król myszy postawił na klarowność baletowej bajki ograniczając wątki poboczne na rzecz ukazania relacji pomiędzy główną bohaterką a jej kawalerem. Początkowo jest on synem Drosselmeyera, aby stać się wymarzonym księciem przemienionym z Dziadka do orzechów. Dekoracje są proste, umowne w barwach niebiesko-białych – tworzą kulisy oraz malowany horyzont z minimalną choinką. W początkowym fragmencie kurtynę pokrywają płatki śniegu, a w jego towarzystwie zmierza na świąteczne przyjęcie eleganckie towarzystwo. Niestety nie jest ono adekwatnie do aury ubrane co wzbudza śmieszność. Samo uroczyste spotkanie jest dość skromne. Nie ma rodzeństwa Klary, matki, jedynym rodzicem jest ojciec. Drosselmeyer przybywa w towarzystwie swojego syna. Wręcza prezenty, którymi są różnego rodzaju łakocie. Ten wątek nie zostanie rozwinięty w drugim akcie, co miałoby sens w scenach tańców narodowych, które można by zastąpić popisami różnorodnych pralin. Ów świat spotkania bożonarodzeniowego jest kameralny, domowy, ograniczony. Główną atrakcją są popisy taneczne Klary (Nika Hordina) i jej partnera (Daler Zaparov). To swoisty prolog, preludium do rozwiniętego wątku ich relacji w kolejnych partiach widowiska. I ową oryginalność buduje właśnie skupienie się na głównych bohaterach, którzy przechodzą kolejne próby i wyzwania – walki z myszami i chwile szczęścia w świecie kolorowej bajki, gdzie króluje taneczna różnorodna feria, bardzo dobry walc śnieżynek i kwiatów.
I należy podkreślić klarowność owej opowieści w ascetycznej, zwięzłej formie w dobrym wykonaniu, gdzie kluczową rolę odgrywa główna para królująca na scenie faktycznie przez cały wieczór.
Łódź – balet Teatru Wielkiego, choreografia: György Youri Vamos
Nie często się zdarza, że jedna i ta sama inscenizacja gości na dwóch scenach w naszym kraju w tym samym czasie. Tak się właśnie stało z Dziadkiem do orzechów. Opowieścią wigilijną w układzie György Youri Vamosa, który od kilku sezonów jest w repertuarze baletu Opery Wrocławskiej, a w bieżącym czasie miał swoją premierę w Teatrze Wielkim w Łodzi. Owa inscenizacja charakteryzuje się innowacyjnością i oryginalnością, gdyż kumuluje wątki z bajki Hoffamnna oraz Opowieści wigilijnej Charlesa Dickensa. Owa produkcja cieszy się wielkim powodzeniem w różnych częściach globu. Warto nadmienić, że w swoim repertuarze ma ją balet w Ostrawie oraz w Pradze, co już świadczy o wyjątkowości owego tanecznego spotkania. Akcja, podobnie jak spektakl w Ołomuńcu, rozgrywa się w angielskim mieście. Tu swój sklep prowadzi antypatyczny sknera – Scrooge (Gintautas Potockas). Zatrudnia u siebie Boba Cratchita (Joshua Legge), ulubieńca ulicy, ojca Klary (Eva Clemente Chatal). Szał przedświątecznych przygotowań ogarnia całą lokalną wspólnotę, ale ów czas ma i swoją czarną stronę. Bob traci zatrudnienie i staje się biedakiem. Nie może kupić córce wymarzonej zabawki – Dziadka do orzechów. Gdy wybija północ, w domu Scrooge’a rozpoczyna się noc dziwów. Jego pokoje nawiedzają diabły, które wymuszają przemianę, co czyni się w swoistej walce o duszę za sprawą dobrej Wróżki (Laura Ryngajłło). Bohater obiecuje skruchę, a zniszczony wcześniej dziadek staje się księciem, który oczarowuje Klarę. I rozpoczyna się magia owej szczególnej tajemnej chwili. Śnieżynki krążą, a w drugiej części rozpoczyna się feria tanecznych różności, której bohaterem jest Scrooge. Odmieniony, czyniący dobro powraca do wspólnej roztańczonej ulicy.
I owa opowieść wzbudza wiele pozytywnych emocji dzięki dobrej, sprawnej narracji, ale niestety gorzej jest z jej wykonaniem. Wielkie brawa należą się Joshua Legge w podwójnej roli Cratchita oraz Diabła. Jest on w fenomenalnej formie. Oczarowuje skokami, techniką i wielką charyzmą sceniczną. Również poprawnie zaprezentowała się Laura Ryngajłło. Książę w wykonaniu Chase Vininga udanie wykonuje ewolucje, genialnie skacze, świetnie partneruje, ale swoimi możliwościami znacznie przewyższa partnerkę. Bowiem Eva Clemente Chatal tańczy jak mechaniczna lalka. Od figury do figury. Nie widać w niej porywającego zaangażowania i lekkości ruchu, który ukazywałby dziewczęcą niewinność. Głównym problemem łódzkiego wykonania pozostaje zespół. Jest on niezgrany i nieskomponowany. Trochę wygląda jakby każdy odtwarzał swoją sekwencję, a brakuje jedności i współgrania. Widać to niestety wyraziście w tańcach narodowych czy też naszpikowanym trudnościami epizodzie czterech strażników, gdzie każdy z wykonawców tańczył swoje nie zwracając uwagi na partnerów. Zarówno walc śnieżynek jak i kwiatów ukazał nierówności i dysproporcje techniczne. Przeciętne oko oczywiście nie zauważy owych mankamentów, ale widać brak baletmistrzowskiej ręki dla utrzymania równego poziomu całej formacji baletowej.
Orkiestra pod kierunkiem Rafała Janiaka brzmiała poprawnie, choć matowo. Szczególnie zastrzeżenia można mieć do sekcji perkusyjnej brzmiącej jak przestraszony i nieśmiały zespół wojskowy.
Zatem w Łodzi otrzymujemy dobre widowisko, z świetnymi solistami, ale pozbawione tła – sprawnego, zgranego zespołu baletowego. Szkoda, gdyż pełen sukces był niesłychanie blisko.
Warszawa, występ gościnny – Królewski Balet Klasyczny, choreografia: Alessandro Bonavita
Kolejne komercyjne przedsięwzięcie. Tym razem to kompania stworzona w roku 2022 roku przez Marcina Rolczyńskiego, absolwenta gdańskiej szkoły baletowej i przez lata tancerza zespołu Teatru Wielkiego w Poznaniu. Zespół w tym sezonie ma wielką trasę po naszym kraju, a w repertuarze dominują dwa tytuły: Jezioro łabędzie i właśnie Dziadek do orzechów. W stolicy prezentacje mają miejsce w Scenie Relax. Trudno nazwać tę przestrzeń adekwatną dla widowisk baletowych, ale niestety brak adekwatnej sali dla dużych widowisk powoduje poszukiwanie alternatyw. Jest to wręcz szokujące, że miasto z ponad dwoma milionami mieszkańców nie posiada wciąż godnego, reprezentacyjnego audytorium z odpowiednim zapleczem dla wielkich widowisk i imprez. Przedłużający się remont Sali Kongresowej hamuje rozwój gościnnych pokazów w Warszawie, a przecież oferta mogłaby być bardzo bogata.
Powracając do pokazu Królewskiego Baletu Klasycznego należy zwrócić uwagę, że to wersja zgodna z oryginałem i przygotowana jako kompatybilne przedstawienie, które może zostać zaprezentowane w każdej przestrzeni. Tło stanowią projekcje, które można by uatrakcyjnić, aby lepiej oddawały sens baletowej opowieści. Kilka rekwizytów oraz bajkowe kostiumy kształtują klimat owej historii. To rzecz niczym pisana na żywo bajka Drosselmeyera (bardzo dobry Wiktor Krakowiak-Chu), który tworzy świat magii. Prezentuje dom przyjęcia świątecznego i wszystkie postępujące zdarzenia. Otrzymane prezenty, fascynacja dziadkiem do orzechów przez Klarę, walkę z myszami oraz świat krainy szczęśliwej z pokazami tańców narodowych. Jednak ograniczona przestrzeń Relaxu powoduje, że widowisko wygląda ubogo, gdyż może na scenie wystąpić pomniejszona liczba tancerzy. Również trochę zbyt wiele w nim zbędnej pantomimy. Myszy nie wiedzą w ogóle dlaczego są w tym miejscu i co mają czynić. Analogicznie w pierwszych fragmentach rozegrana na proscenium droga na spotkanie świąteczne wygląda jak spontaniczna przechadzka w Parku Saskim, a przecież nie o to chodzi. Lepiej wypadają popisy solistyczne i zespołowy walc śnieżynek oraz kwiatów. W głównych partiach wystąpili Ilaria Frazzetto oraz Alessandro Bonavita. Dobrze współgrają ze sobą, ale tancerz znacznie dominuje wyrazem artystycznym nad partnerką. Doskwiera również skrócona wersja pas de deux, a także nieznośne pauzy w muzyce i ściemnienia na końcu spektaklu, które zaburzają finał. A można zagospodarować ów czas muzyką i pisanym zakończeniem Drosselmeyera?
Można powiedzieć, że to spektakl, który powstał w określonym celu – pokazów w najróżniejszych zakątkach, w odmiennych przestrzeniach dla szerokiego grona odbiorców, którzy wielokrotnie spotykają się pierwszy raz ze sztuką baletową. Dodatkowym atutem było stanowisko reklamowe, gdzie można zakupić program poświęcony zespołowi, a także pamiątkowe figurki dziadka do orzechów. A nad wszystkim czuwa bawiący gawędą widzów Pan Mirosław Ogórek. Ten dawny tancerz Polskiego Teatru Tańca czasów Conrada Drzewieckiego jest żywą legendą dawnego czasu, a uśmiechem i usposobieniem podbija serca odwiedzających. Nim zacznie się spektakl już można czuć się jak w objęciach baletowej sztuki.
Warszawa, pokaz filmowy – balet Opera National de Paris, choreografia: Rudolf Nuriejew
Pierwszy raz uczestniczyłem w pokazie filmowym w Muktikinie widowiska baletowego. Miałem świadomość, że wielkim powodzeniem cieszą się owe inicjatywy, ale nigdy nie kusiło mnie obejrzenie spektaklu w tym formacie. Już sama obserwacja publiczności jest niesłychanym doświadczeniem. Mogę powiedzieć, że to wytrawni widzowie, świadomi uczestnictwa w baletowym wydarzeniu. Ponoć czasem zdarza się, że odwiedzający ubierają się jak do rzeczywistego teatru, a najlepsze wykonania spotykają się z burzą oklasków zgormadzonych odbiorców. W tym przypadku nie miało to miejsca, ale wykonanie godne jest najwyższej lokaty.
Na ekranie zaprezentowano zarejestrowaną w roku 2023 wersję Rudolfa Nuriejewa, wielkiego tancerza, emigranta, a może nawet uciekiniera ze Związku Radzieckiego, gdy weźmie się pod uwagę spektakularność jego pozostania na Zachodzie. Jego układy charakteryzują się niesłychaną trudnością techniczną, a także specyficzną nutą tęsknoty do dzieciństwa. Oryginalność tej produkcji polega na obsadzeniu jednego tancerza w dwóch rolach Drosselmeyera i Księcia (znakomity Guillaume Diop). Ów zabieg ma swoje uzasadnienie. Bowiem dojrzały mężczyzna, który świetnie komunikuje się z dziećmi, doskonale rozumie ich potrzeby oraz oczekiwania. Klara (Dorothee Gilbert) oczekuje wielkiej miłości. Lalka dziadka do orzechów to jedynie preludium. Już jej kolorystyka nieskazitelnej bieli, odmienna od sztampowości połączenia czerwieni z bielą, ukazuje niewinność i coś co tylko może zdarzyć się raz – wielkie przeżycie bicia serca. Choreograf zestawia świat opresji dorosłych i również myszy z niewinnością młodości i niedojrzałości. Klara zasypia podczas przyjęcia i przenosi się w świat fantazji. Walki z gryzoniami i odkrycia w ogrodzie własnego domu, gdzie zaczyna padać śnieg, wybranka serca przy wtórze zjawiskowego układu dla dwudziestu sześciu śnieżynek. Owe świetnie skonstruowane obrazy, które filmowane z góry, ukazujące fantastyczny rysunek choreograficzny, pozostają na długo w pamięci.
Część druga to kontynuacja batalii z myszami, ale również świat postaci w maskach. To dorośli wyglądający niezwykle niepokojąco i złowieszczo jak zły sen niezrozumienia i niespełnienia. Jednak ów obraz mija i w kolejnym salonie rodziny dziewczyny rozpoczyna się pokaz tańców z różnych stron świata, zwieńczony ponownie zjawiskowym walcem kwiatów. A finał to świetne pas de deux naszpikowane wielką gamą technicznych trudności i powrót na przyjęcie z przebudzeniem Klary, która wie, że jedynym który rozumie jej troski i niepokoje dojrzewania jest Drosselmeyer, a może Książę?
To spektakl poezji baletowej precyzji, w którym zachwyca główna para – pierwsi tancerze zespołu. To połączenie dojrzałości Dorothee Gilbert i młodości z witalnością Guillaume Diopa. Wspólnie tworzą zgrany duet, choć figura i technika tancerza oczarowuje. Świetnie współgrają z całym zespołem wykonawców, a przekaz i realizacja filmowa jest tak sugestywna, że można odnieść wrażenia siedzenia w pierwszym rzędzie w najważniejszej scenie operowo-baletowej Francji.
Leeds – Northern Ballet, choreografia: David Nixon
Chronologiczne ostatnie spotkanie z bajką do muzyki Piotra Czajkowskiego miało miejsce w Wielkiej Brytanii. Już wielokrotnie wspominałem o specyfice organizacji życia kulturalnego na Wyspach, zatem można zauważyć, że Northern Ballet należy do czołówki brytyjskiej, a jego historia sięga pięćdziesięciu pięciu lat. Od 2010 roku rezyduje stale w Leeds, choć prezentuje spektakle w objeździe i gościnie na różnych scenach rodzimego kraju. Od 2022 roku zespół artystycznie prowadzi świetny włoski tancerz, przez lata związany z Royal Ballet – Federico Bonelli. Tym co charakteryzuje kompanię to widowiska narracyjne powstałe oryginalnie dla tejże grupy. Przez lata wizerunek artystyczny kształtowały choreografie Davida Nixona, który przez ponad dwadzieścia lat był również dyrektorem. To spod jego ręki wyszła realizacja Dziadka do orzechów.
Odnalezienie własnego, indywidualnego pomysłu, w gąszczu innych realizacji, nie jest proste. Jednak na swój sposób to się udało. Nixon rezygnuje ze sztampowego początku, gdy wytworne towarzystwo zmierza na świąteczne spotkanie do domu radcy. Uwerturę i początek baletu zamienia w domową gawędę, uroczy, rodzinny czas. Tu każdy z domowników oczekuje magii wieczornego spotkania przed drzwiami do salonu z choinką. Owa rodzajowość jest niezwykle interesująca. To nie tylko blada pantomima, ale swoisty urok indywidualnego rysu postaci ukazuje dobro i miłość owej familii. Nixon rozbudowuje owe sekwencje. Szczególnie ważnymi są siostra głównej bohaterki Klary – Louise (Kaho Masumoto) i jej narzeczony James (Antoni Canellas Artigues), którzy w akcie drugim przemienią się we Wróżkę Cukrową i jej kawalera. Cały wieczór świąteczny to istna słodycz relacji, radosnej zwady i tańca. Niezwykle dobrze poprowadzonego, który urzeka prostotą i zaangażowaniem całego zespołu wykonawców, w tym dzieci. Drosselmeyer (Joseph Taylor) to wodzirej owej zabawy, który doskonale wie co uczynić aby sprawić radość, wprowadzić w zadumę i moment refleksji. Podobnie jak z siostrą Klary i Jamesem, prezentowane lalki powrócą w tańcach narodowych, tym razem widzianych jako żywioły ziemi. Choć ten zabieg nie do końca jest dobrze przeprowadzony, to należy podkreślić trudność wykonywanych kroków i urok owych sekwencji. Postępujące zdarzenia są zgodne z oryginałem opowieści. W salonie, do którego powraca dziewczynka, która otrzymała zabawkę dziadka do orzechów, ożywa owa figurka schowana do olbrzymiej komody z zabawkami. Na przeciwległej stronie Król Myszy – zrelaksowany i odprężony wyleguje się na wielkim kawałku sera. Poczucie humoru to też ważny aspekt owej inscenizacji. Rozpoczyna się walka, w której biorą udział różnego wieku i wzrostu myszy oraz batalion żołnierzyków przy wsparciu lajkoników. To wielce okazała scena, która ukazuje wielkie możliwości inwencji choreograficznej i zapału artystycznego tancerzy. A dalej wspaniały walc śnieżynek i po przerwie kraina Wróżki Cukrowej. Choć nie ma w niej słodyczy, ale świat jest pełen tanecznego wiru, którego kulminacją jest walc kwiatów i pas de deux. Tym razem nieco odmienne, gdzie przeplatają się popisy Wróżki i Kawalera z Klarą i przemienionym już w księcia dziadkiem do orzechów.
Ten spektakl to pochwała rodziny, ciepła, miłości i wspólnego czasu. Finał, gdy przebudzona Klara opowiada historię snu ojcu pełen jest zrozumienia i może nawet zazdrości fantazji córki przez rodzica. W owym spektaklu, oprócz tańca, wygrywa strona plastyczna. Bardzo dobre dekoracje, a przede wszystkim bajkowe kostiumy, gdzie śnieżynki to majstersztyk, wyglądające jak prawdziwe postaci kryształowo-diamentowe. Autorstwa Charlesa Cusick-Smitha oczarowują i włączają wyobraźnię w ową krainę realizmu i abstrakcji. Zachwyca tańcem cały zespół, który nie jest duży (liczy czterdzieści i cztery osoby), ale wyrównany. Mayuko Iwanaga jako Klara, zachwyca dziewczęcością i techniczną perfekcją. Co ciekawe, ta pochodząca z Japonii tancerka, ma pośrednio związek z Polską. Współpracowała bowiem z naszym rodakiem, świetnym tancerzem, znanym obecnie każdemu miłośnikowi baletu z projektu „Młody Duch Tańca” – Wiesławem Dudkiem. Nie odstępuje tancerce pochodzący z Tajwanu George Liang. Wspólnie tworzą idealną parę – poszukujących miłości i szczęścia w magiczny czas świąt Bożego Narodzenia.
To wspaniałe dopełnienie i świetny finał w Leeds, gdzie wygrywa taniec, pomysł opowieści, ale przede wszystkim wielkie zadowolenie widzów.
Dziewięć spotkań z baletowym Dziadkiem do orzechów aby ukazać jego wewnętrzną moc opowieści oraz potęgę muzyki Piotra Czajkowskiego, która daje szanse skomponowania oryginalnych, odmiennych produkcji. Gdybym miał skonstruować własną obsadę głównych ról, to na pewno rolę Klary otrzymałaby Adela Bendova, Dziadka do orzechów/ Księcia: Guillaume Diop, a Drosselmeyera – Wiktor Krakowiak-Chu. A w dalszych rolach, oczywiście z solistycznymi epizodami: Olga Karpowicz i Joshua Legge na tle innych artystów z Bydgoszczy, Lipska, Leeds i oczywiście Paryża.
Uwielbiam święta z Dziadkiem do orzechów, który jest świetną lekcją dla tych wszystkich co stawiają pierwsze kroki w baletowym świecie. Niech wojny nie niweczą tradycji światowego dziedzictwa, które stało się uniwersalną wartością w każdym zakątku ziemi gdzie istnieje sztuka baletowa. Bowiem owego utworu nie da się zastąpić żadnym innym, bo Dziadek jest tylko jeden.