„Psy i ludzie” w reż. Grety Oto (Anita Szymańska/Wiktor Stypa) z Teatru Łaźnia Nowa w Krakowie w ramach programu OFF Polska. Pisze Lesia-Stefania Michalevic.
Wykreowana na scenie przestrzeń wygląda na taką, po której zawsze hula przeciąg. Z założenia nie może być w niej przytulnie. Mimo lodówki, stołu, kilku krzeseł robi wrażenie magazynu przekształconego w miejsce stałego pobytu. Jak się później okaże, w roli ładunku znajdą się żywe istoty.
Spektakl Psy i ludzie, oparty na sztuce ukraińskiego dramatopisarza Vyacheslava Volkonsky’ego, miał premierę na początku września w Teatrze Łaźnia Nowa w Krakowie. Po kilku tygodniach został zagrany również w Miejskim Ośrodku Kultury w Legionowie. Przedstawienie stanowi debiut reżyserski duetu Greta Oto (Anita Szymańska i Wiktor Stypa), który sięga po temat cierpienia zwierząt w obliczu wojny. Motywem przewodnim okazuje się tutaj ucieczka jako taka – przenika cały spektakl w psychologii postaci, w niekonsekwencji jednych działań i przewidywalności innych.
Po rozpoczęciu pełnoskalowej inwazji Rosji na Ukrainę liczba bezdomnych zwierząt wzrosła około dwukrotnie. Sytuacja w schroniskach jest wyraźnie krytyczna. Kobieta o imieniu Liudka (w jej roli Karina Grabowska-Fiałek) prowadzi schronisko o nazwie „Ostatnia Iskra Nadziei”. Z kontekstu jej rozmowy telefonicznej z kierowcą dowiadujemy się, że trafiają do niej bezdomne psy przywiezione z terenów zniszczonych. Mogłaby uchodzić za wolontariuszkę, szybko jednak okazuje się, że interesują ją wyłącznie psy rasowe – które może odsprzedać.
Z jednej strony wiem, że właścicielka schroniska nie stanowi dla psów bezpośredniego zagrożenia – musi je przecież utrzymać w dobrej kondycji, by móc je sprzedać. Mimo to obserwuję jej działania w przytłumionym, nieco dusznym świetle sceny, które potęguje napięcie (za reżyserię światła odpowiadała Klaudia Kasperska) i czuję narastający dyskomfort wynikający z zapowiadanej trudnej tematyki spektaklu. Być może to właśnie skłania mnie od początku do gotowości, by postrzegać Liudkę jako potencjalną antagonistkę. Mam wrażenie, że w każdej chwili może dojść do fizycznej przemocy wobec zwierząt i chyba ta gotowość na konfrontację sprawia, że zaczynam uważniej śledzić sposób, w jaki Liudka porusza się po scenie. Jej ruchy jawią mi się jako czysta fizyczna obecność, pozbawiona jednak mentalnego czy emocjonalnego wyobcowania. Jakby nie istniały dla niej nie tylko same psy, lecz także cała przestrzeń wokół.
Po przybyciu do schroniska zwierzęta tulą się do ściany, próbując zajmować sobą jak najmniej miejsca. Anna Andrzejewska, Filip Krupa, Grzegorz Labuda, Krzysztof Rogucki i Anita Szymańska zdają się naprawdę przeżywać swoje role przestraszonych Chihuahua, Labradora, Shih-tzu, Pekińczyka i Długonogiego Jamnika (w rzeczywistości ten ostatni jest kundelkiem). Siedząc dziesięć rzędów od sceny, mogę zobaczyć, jak aktorzy drżą, a w ich spojrzeniach odczytać trudną drogę, którą przeszły ich postaci. Szczególnie wyrazista jest scena, w której Liudka mechanicznie wyciąga karmę z lodówki – zdaje się, że handlarka boi się zahaczyć wzrokiem o podopiecznych i zobaczyć ich cierpienie. Zwierzęta najpierw rzucają się na jedzenie, po czym jedno z nich rozdziela wszystkim podobne porcje. Z jedzeniem w pysku zaczynają tańczyć, krążąc za sobą w kółku. W kontekście zachowań zwierząt można by o tym pomyśleć jak o zabawie. Jednak fakt, że całość odbywa się w precyzyjnie ukształtowanej przestrzeni teatralnej, a aktorzy poruszają się w sposób wyrafinowanie płynny, sprawia, że trudno mi całkowicie abstrahować od scenicznej konwencji i nie widzieć w tym również metaforycznego porządku ukazującego mechanizmy współpracy, które mimowolnie przywołują historie ludzkie.
W tym kontekście nasuwa mi się anonimowa opowieść, która obiegła media w pierwszych miesiącach po rozpoczęciu pełnoskalowej agresji rosyjskiej przeciwko Ukrainie: o kobiecie uciekającej z ruin Mariupola, która dzieliła dwa jajka na piętnaście części między osoby wyjeżdżające z nią. W improwizowanym tańcu w kółku próbuję doszukać się metafory wciąż toczącego się życia albo ujawnienia mechanizmu współpracy. Choć przypuszczam, że mogę to z łatwością nadinterpretować.
Próba dostrzeżenia przez człowieka emocji, które towarzyszą zwierzętom podczas ich odłowienia i przymusowego przemieszczenia, a następnie ukazanie tej próby na scenie w aktorskim przetworzeniu wydaje się bezwarunkowym przejawem empatii – podobnie jak sam fakt powstania sztuki Volkonsky’ego. Z drugiej strony, nasuwa się kwestia nieuniknionej antropomorfizacji przeżycia radykalnie obcego: aby zobaczyć emocje żywych istot, umieszczamy je w dostępnej nam ludzkiej perspektywie, a więc trafiamy w spiralę prób przeżycia doświadczenia, którego w istocie nie da się przeżyć jako człowiek.
Reakcje psów w spektaklu odpowiadają konkretnym zachowaniom ludzi – w codzienności i w sytuacjach katastrofy. Labrador wypiera rzeczywistość: zarówno tę, w której żył, jak i tę, która nadeszła. Długonogi Jamnik przeżywa rozpad świata; ze wzruszeniem wspomina właściciela, a nawet właścicielkę, która biła go kapciem. Pekińczyk agresywnie i z samozadowoleniem odgradza się od każdego kontaktu. Shih-tzu przeżywa wojnę jakby w tle: najbardziej boli ją zdrada właścicieli – jako zwycięzca wielu wystaw rozważa, czy sytuacja, w której się znalazł, nie jest skutkiem jego działań („kazano mi siedzieć i czekać, co oni sobie o mnie pomyślą?”). Chihuahua, której właścicielka była pracowniczką medyczną na froncie, zimno i z dystansem opisuje wojnę, jakby była czymś, co już kiedyś przeżyła i co straciło zdolność ranienia.
Antropomorfizacja w kontekście postrzegania doświadczenia niedostępnego człowiekowi jest nieunikniona. W przypadku spektaklu Psy i ludzie nasuwa się skojarzenie z koncepcją splątanej empatii – stanu, który łączy emocje i poznanie, pozwalając nam uświadomić sobie relację z Innymi oraz własną odpowiedzialność. Filozofka Lori Gruen zauważa, że proces splątanej empatii nigdy nie jest pełny ani całkowicie udany, ale „jeśli celem jest zrozumienie i dobrostan Innego, to właśnie ona [splątana empatia] oferuje najlepsze podejście do sytuacji etycznej”[1]. I choć w samym zamyśle spektaklu widzę wyraźne pragnienie zwrócenia uwagi na zależną pozycję zwierząt, równie trudno mi twierdzić, że tak mocno podkreślone paralelizmy psychologiczne między ludźmi a zwierzętami nie oddalają nas od rzeczywistego zwierzęcego doświadczenia.
To nie jest próba obniżenia rangi wysiłku zrozumienia Innego. Raczej uznanie tej trudności w samej sobie. Dokonanie tej próby według wielu badaczy nie byłoby możliwe bez punktu wyjścia w antropocentryzmie. Ale tak wyraźne ludzkie figury, które w spektaklu widzimy poprzez zwierzęta, prowokują pytanie: czy Psy i ludzie nie są kolejnym przykładem przechwycenia zwierzęcych postaci jako narzędzia badania ludzkich wyzwań i przeżyć? Sztuka Volkonsky’ego to satyryczna tragikomedia i bez tego kontekstu nie sposób jej czytać. Próba przeżycia trudnego doświadczenia poprzez humor także jest częścią tego, co ludzkie.
W rezultacie spektakl uświadamia, że każda warstwa przekazu przechodzi przez pewien filtr: zawsze niepełny, zawsze zabarwiony już istniejącym sposobem widzenia. W aktorach oceniam przede wszystkim ich zdolność zagrania zwierzęcia, z kolei przez tę zdolność dostrzegam w nich psy, lecz wciąż patrzę z ludzkiej perspektywy, świadoma teatralnego gestu. Chwilę później zaczynam widzieć w zwierzętach portrety ludzi, ale od ramy tematycznej spektaklu nie sposób się już odłączyć. Tym właśnie jest przejście od uczłowieczania w kierunku namysłu nad uniwersalnymi mechanizmami władzy. Jedną z wyraźniejszych scen jest ta, w której aktorzy grający zwierzęta siadają z Liudką do stołu i grają w karty, mając na twarzach papierowe maski z jej obliczem. Odczytuję to jako zrównanie ich pozycji z pozycją właścicielki schroniska. To także moment, w którym Liudka wreszcie patrzy na psy i ujawnia się powód wcześniejszego unikania kontaktu wzrokowego: nie chciała konfrontować się z własnymi działaniami, których odbicie dostrzega w oczach zwierząt. Zdaje sobie przecież sprawę z warunków, do jakich je sprowadza. Karty stają się symbolem losowości tych warunków oraz przypomnieniem, że sama Liudka również nie ma pewności, jak „rozegra się” jej własny los.
Sceny z udziałem kupców wzmacniają to wrażenie. Do schroniska przychodzi rodzina, dzieci bez namysłu siadają na psie, matka nie nadąża reagować, a ojciec całkowicie to ignoruje. Łatwo skojarzyć to z możliwością doznania krzywdy lub traumy, na które zwierzę jest narażone, trafiając do takiego domu.
To jednak dopiero początek. Spektakl testuje wytrzymałość widza, wprowadzając motywy sugerujące zoofilię oraz zabijanie zwierząt dla mięsa lub skórzanych wyrobów. Aktorzy kolejno zamieniają się rolami: ze zwierząt w kupców. Warto docenić tu sprawność warsztatową Anity Szymańskiej i Filipa Krupy. Ich role pozwalały na budowanie postaci o najciekawszych portretach emocjonalnych.
Gitarowy akompaniament Michała Lazara i Aleksandra Pankowskiego vel Jankowskiego buduje poczucie ciągłego napięcia, które w pewnym momencie udziela się widowni. W miarę jak muzycy szarpią struny, moje ciało staje się coraz bardziej wrażliwe na bodźce – jakby w reakcji na dźwięk syreny lub głośny dziecięcy płacz. Dźwięk, niczym migoczący kineskop telewizora, rysuje bezkres doświadczenia ucieczki, zapętla je w czasie. I wtedy czuję, jakbym ustawiała się na czworakach i patrzyła na te sytuacje z innej perspektywy. Z punktu widzenia zwierząt codzienność składa się z nieuniknionego zagrożenia, które nie znika nawet poza strefą działań wojennych. W tym kontekście wraca zdanie Chihuahua z początku spektaklu: „na froncie nie ma syren”. Alarmy milkną, ale lęk zostaje. Niebezpieczeństwo może przyjść w każdej chwili i z dowolnej strony, bez ostrzeżenia, jako decyzja podjęta za nich. Jak na froncie.
Po spotkaniu z kolejnymi kupcami Liudka jest kompletnie wyczerpana. Z bezsilności i zmęczenia rozrzuca pieniądze skrupulatnie trzymane dotąd w saszetce na piersi. W ostatniej scenie znów rozmawia przez telefon – tym razem z synem, który jest na froncie. Obiecuje mu kupić potrzebny sprzęt i drony, przekonuje, że pieniądze są.
W przeciwieństwie do wielu spektakli o rosyjskiej agresji w Ukrainie czy o wojnie w ogóle, Psy i ludzie nie dają widzowi możliwości wypłakania się, zanurzenia w żałobie czy współczuciu. Twórcy badają poczucie grozy – i ono pozostaje po spektaklu. Uczucie, jakby wszystko się ścisnęło: za obiecującą „Ostatnią Iskrą Nadziei” nie stoi żadna nadzieja. Działalność Liudki rozpaczliwie świadczy o nieuniknionym mnożeniu tragedii docierającym do miejsc, które miałyby służyć schronieniu. Żadnej iskry – tylko brać, sprzedawać i nie myśleć. Nie spotykać wzroku ofiar i uciekać od siebie tak długo, jak się da. Bo może ta ucieczka zadziała – a może nie; ale to już nie jest najważniejsze. Najważniejszy jest wybór, którego nikt nie powinien dokonywać, a który mimo wszystko się pojawia. Ktoś z kolei nie ma go w ogóle – i to właśnie ta asymetria powinna w nas wybrzmieć najgłośniej.
Psy i ludzie
Reżyseria i dramaturgia | РЕЖИСУРА І ДРАМАТУРГІЯ
Greta Oto (Anita Szymańska/Wiktor Stypa)
Scenografia i kostiumy | СЦЕНОГРАФІЯ І КОСТЮМИ
Maks Mac
Reżyseria światła | СВІТЛОРЕЖИСУРА
Klaudia Kasperska
Muzyka (kompozycja i wykonanie) | МУЗИКА (композиція і виконання)
Michał Lazar, Aleksander Pankowski vel Jankowski
Choreografia | ХОРЕОГРАФІЯ
Daniela Komędera
Asystentka choreografki | АСИСТЕНТКА ХОРЕОГРАФКИ
Justyna Taborska
Produkcja | ПРОДЮСЕРКА
Maria A. Jakubowska
Występują | АКТОРСЬКИЙ СКЛАД
Anna Andrzejewska, Karina Grabowska-Fiałek, Filip Krupa, Grzegorz Łabuda, Krzysztof Rogucki, Anita Szymańska, Aleksander Kaźmierczak (głos)
Na podstawie dramatu Vyacheslav’a Volkonsky’ego.
[1] Carlo Salzani, Animals, Empathy, and Anthropomorphism: The Limits of Imagination, Palgrave Macmillan, Vienna, Austria 2025, dostęp do e-booka z dnia 17.11.2025.