„Lubiewo” Michała Witkowskiego w reż. Jędrzeja Piaskowskiego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Pisze Dominik Gac, przewodniczący Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.
Do mieszkania wchodzi trzech mężczyzn. W alkoholowej są komitywie i bawią się świetnie. Poznali się we więźniu, a to prawie jak w wojsku. Im są weselsi, tym pewniejsze jest, że to wszystko źle się skończy. Reżyser Jędrzej Piaskowski i dramaturg Hubert Sulima, adaptując we Wrocławskim Teatrze Współczesnym słynną powieść Michała Witkowskiego, proponują thriller, komedię i dramat w jednym. Emocjonalna i gatunkowa karuzela to dla tego duetu nic nowego, jednak w Lubiewie kręci się ona wyjątkowo płynnie. Podobny efekt twórcy osiągnęli w katowickim Strach zżera duszę. Dwa bardzo dobre przedstawienia w niespełna pół roku? Powinszować.
Gospodarzem wspomnianego
mieszkania oraz ofiarą przemocy jest Łucja Kąpielowa (Miłosz Pietruski). Gośćmi
i oprawcami są Luj Marek (Krzysztof Zych) i Luj Grzegorz (Rafał Cieluch). Ich
pomysł na zamordowanie i obrabowanie właściciela zdaje się spontaniczny, ale Łucja
zaprosiła ich do siebie zgodnie ze sprawdzoną metodą uwodzenia znajomych z
półświatka. Kulminacją nietrafionych awansów jest przerażający i groteskowy gwałt
lokówką.
To tylko jedna ze scen z życia
grzesznych mieszkańców Wrocławia, którym poświęcił swoją powieść Witkowski.
Portret gejowskiego środowiska (nienajlepiej radzącego sobie z konsekwencjami
transformacji ustrojowej i tęsknie wspominającego niegdysiejsze śniegi)
odmalowany w Lubiewie twórcy teatralni przedstawiają dość wiernie,
gdzieniegdzie dopisując aktualizacje i uzupełnienia. Choćby wprowadzając
na scenę postać samego Witkowskiego, czyli Michaśki.
Pisarza gra Mariusz Bąkowski.
Spotykamy go już na początku przedstawienia, gdy odwiedza
legendarną knajpę Orbisu, którą zarządza Pani Jola, zwana też Matką Joanną
od Pedałów. Ewelina Paszke-Lowitzsch mieści w roli stereotyp PRL-owskiej
ekspedientki, co stoi za kontuarem jak dyktator za mównicą oraz wrażliwą
powierniczkę miłosnych sekretów. To w toalecie tego lokalu odbędzie się
inicjacja seksualna Michaśki. I w tym zderzeniu początkowych dowcipów, które
stroją sobie Jola i goście, z brutalnością przygodnego seksu młodego
chłopaka z dużo starszym partnerem, mieści się prawda o świecie Lubiewa.
„Tyle masz z życia, co wyciśniesz z chuja” – mówi sentencjonalnie Lukrecja
(Tadeusz Ratuszniak). I nie o chuja tu chodzi, a o wyciskanie.
Bodaj najzabawniejszy appendix
przygotowany przez realizatorów to spotkanie gejowskiej starszyzny z młodymi
aktywistami LGBTQ+, którzy służą zestawem porad dotyczących bezpiecznego seksu.
Problem w tym, że bezpieczeństwo jest ostatnią rzeczą, której w seksie
szukają wspomniana Lukrecja i jej przyjaciel, czyli Patrycja (Krzysztof
Boczkowski). Duet ten początkowo zdaje się tandemem głównych bohaterów, ale ich
centralna rola w drugim akcie ulega arbitralnemu zawieszeniu. To jednocześnie
dramaturgiczny zgrzyt, jak i komunikat – Lubiewo jest portretem
zbiorowym. Skoro już o zgrzytach mowa. Na wstępie drugiej części przedstawienie
na chwilę się rozpada i rozkwita chaos. Aktorzy biegają, latają sztuczne
kończyny. Cały ten bałagan przygotowano z premedytacją, ale jaki jest jego
sens? I dlaczego mimo zintensyfikowania działań scenicznych całość nie
przyspiesza, przeciwnie – zaczyna nużyć? Na szczęście po chwili artyści
odzyskują kontrolę i wracają do opowiadania epizodów z książki, która, choć na
przemian przerażająca i wzruszająca, nie roztkliwia jak Anioły w Ameryce.
Nad bohaterami Lubiewa nie wisi żadne fatum w rodzaju nieuleczalnej i
tajemniczej choroby. Oczywiście, warunki poza lokalem Orbisu są generalnie
niesprzyjające i niebezpieczne, ale w ich stosunku do rzeczywistości dominuje
kwaśna akceptacja świata i gorzka niezgoda na jego przemijanie.
Świat jest, jaki jest. I taki
trzeba wyciskać. Na przykład chodząc pod radzieckie koszary na seks z
żołnierzami, co jest jednym z milszych wspomnień bohaterów przedstawienia. A
Ukraina? „O Boże… O to się modlę! Codziennie. Żeby ci nasi Ruscy tam nie
zginęli. Te nasze chłopaki kochane. Te wnuki Dimy. Te krzywe ryje i te piękne
ryje. I się teraz pomódlmy, żeby oni… żeby oni tu może wrócili” – mówi Patrycja
i jest w tym coś więcej niż prowokacja. Bo czym jest ta prorosyjskość?
Zdradą polskich interesów? Czy może aktem oporu wobec ojczyzny, w której gejom
nie żyje się najlepiej? W Rosji żyłoby się im prawdopodobnie jeszcze gorzej,
ale to nie ma znaczenia. Sympatia do radzieckich żołnierzy jest w istocie aktem
anarchicznym. Nic nas nie obchodzi geopolityka – zdają się mówić bohaterowie –
obchodzi nas tylko nasze życie, a życie to, tyle co przyjemność, którą można
zapamiętać.
„Kolekcjonuję w pamięci każdy
dotyk dłoni męskiej i skatalogowane trzymam w archiwum mego serca” – mówi
jeżdżący na wózku Astrofizyk (Magdalena Taranta), który wdaje się w
korespondencyjny romans z Michaśką, a następnie rozczarowuje pisarza swoją
fizycznością. I można by poprzestać na współczuciu wobec osoby z
niepełnosprawnością, ale kilka scen później Astrofizyk dotyka martwej dłoni
Łucji Kąpielowej. Zapisuje ją w archiwum, a to znaczy, że przedłuża jej życie.
Tak jak i powieść, i spektakl, przedłużają istnienie wrocławskich bohaterów,
nawet jeśli Witkowski nakłamał i nazmyślał a Sulima i Piaskowski dołożyli
swoje.
Scena dotyku jest piękna i
poruszająca, jak piękny jest później duch Łucji, gdy siada na łóżku, milczący,
w białym prześcieradle. Ale piękna również dlatego, że rozegrana jakby
ukradkiem, jak przypis na marginesie sceny pogrzebu – wieńczący myśl rozpoczętą
kilkadziesiąt minut wcześniej. Tego rodzaju zaszyte w spektaklu wewnętrzne rymy
dostarczają bardzo wiele widzowskiej przyjemności. Dowodzą też przemyślanej i
pieczołowicie wykonanej roboty.
To wrażenie potęguje także
warstwa wizualna. Scenografia Anny Marii Karczmarskiej i Mikołaja Małka zdaje
się szkicowa i jednocześnie wysmakowana. Obiekty wjeżdżają i wyjeżdżają,
zgodnie z aktualnym miejscem akcji. Od hopperowskiego kontuaru w lokalu Orbisu,
przez neonową rajską jabłoń, aż po całkiem realistyczny wystrój mieszkania
Łucji Kąpielowej z wersalką i meblościanką. Świat Lubiewa jest
wiarygodny, choć jego bohaterowie zdają się kolekcją wyjątkowo rzadkich
kolorowych ptaków. Jest w tym spektaklu coś ze składania hołdu – im i
miastu, którego są częścią.
Michał Witkowski LUBIEWO. Reżyseria: Jędrzej Piaskowski, adaptacja,
dramaturgia: Hubert Sulima, koncepcja: Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima, scenografia:
Anna Maria Karczmarska, Mikołaj Małek, kostiumy: Rafał Domagała, światło:
Klaudia Kasperska, muzyka: Jacek Sotomski. Premiera we Wrocławskim Teatrze
Współczesnym 24 stycznia 2026.