Logo
Recenzje

Sceny z życia

10.06.2026, 15:47 Wersja do druku

„Lubiewo” Michała Witkowskiego w reż. Jędrzeja Piaskowskiego we Wrocławskim Teatrze Współczesnym. Pisze Dominik Gac, przewodniczący Komisji Artystycznej 32. Ogólnopolskiego Konkursu na Wystawienie Polskiej Sztuki Współczesnej.

fot. Filip Wierzbicki/ mat. teatru

Do mieszkania wchodzi trzech mężczyzn. W alkoholowej są komitywie i bawią się świetnie. Poznali się we więźniu, a to prawie jak w wojsku. Im są weselsi, tym pewniejsze jest, że to wszystko źle się skończy. Reżyser Jędrzej Piaskowski i dramaturg Hubert Sulima, adaptując we Wrocławskim Teatrze Współczesnym słynną powieść Michała Witkowskiego, proponują thriller, komedię i dramat w jednym. Emocjonalna i gatunkowa karuzela to dla tego duetu nic nowego, jednak w Lubiewie kręci się ona wyjątkowo płynnie. Podobny efekt twórcy osiągnęli w katowickim Strach zżera duszę. Dwa bardzo dobre przedstawienia w niespełna pół roku? Powinszować.

Gospodarzem wspomnianego mieszkania oraz ofiarą przemocy jest Łucja Kąpielowa (Miłosz Pietruski). Gośćmi i oprawcami są Luj Marek (Krzysztof Zych) i Luj Grzegorz (Rafał Cieluch). Ich pomysł na zamordowanie i obrabowanie właściciela zdaje się spontaniczny, ale Łucja zaprosiła ich do siebie zgodnie ze sprawdzoną metodą uwodzenia znajomych z półświatka. Kulminacją nietrafionych awansów jest przerażający i groteskowy gwałt lokówką.

To tylko jedna ze scen z życia grzesznych mieszkańców Wrocławia, którym poświęcił swoją powieść Witkowski. Portret gejowskiego środowiska (nienajlepiej radzącego sobie z konsekwencjami transformacji ustrojowej i tęsknie wspominającego niegdysiejsze śniegi) odmalowany w Lubiewie twórcy teatralni przedstawiają dość wiernie, gdzieniegdzie dopisując aktualizacje i uzupełnienia. Choćby wprowadzając na scenę postać samego Witkowskiego, czyli Michaśki.

Pisarza gra Mariusz Bąkowski. Spotykamy go już na początku przedstawienia, gdy odwiedza legendarną knajpę Orbisu, którą zarządza Pani Jola, zwana też Matką Joanną od Pedałów. Ewelina Paszke-Lowitzsch mieści w roli stereotyp PRL-owskiej ekspedientki, co stoi za kontuarem jak dyktator za mównicą oraz wrażliwą powierniczkę miłosnych sekretów. To w toalecie tego lokalu odbędzie się inicjacja seksualna Michaśki. I w tym zderzeniu początkowych dowcipów, które stroją sobie Jola i goście, z brutalnością przygodnego seksu młodego chłopaka z dużo starszym partnerem, mieści się prawda o świecie Lubiewa. „Tyle masz z życia, co wyciśniesz z chuja” – mówi sentencjonalnie Lukrecja (Tadeusz Ratuszniak). I nie o chuja tu chodzi, a o wyciskanie.

Bodaj najzabawniejszy appendix przygotowany przez realizatorów to spotkanie gejowskiej starszyzny z młodymi aktywistami LGBTQ+, którzy służą zestawem porad dotyczących bezpiecznego seksu. Problem w tym, że bezpieczeństwo jest ostatnią rzeczą, której w seksie szukają wspomniana Lukrecja i jej przyjaciel, czyli Patrycja (Krzysztof Boczkowski). Duet ten początkowo zdaje się tandemem głównych bohaterów, ale ich centralna rola w drugim akcie ulega arbitralnemu zawieszeniu. To jednocześnie dramaturgiczny zgrzyt, jak i komunikat – Lubiewo jest portretem zbiorowym. Skoro już o zgrzytach mowa. Na wstępie drugiej części przedstawienie na chwilę się rozpada i rozkwita chaos. Aktorzy biegają, latają sztuczne kończyny. Cały ten bałagan przygotowano z premedytacją, ale jaki jest jego sens? I dlaczego mimo zintensyfikowania działań scenicznych całość nie przyspiesza, przeciwnie – zaczyna nużyć? Na szczęście po chwili artyści odzyskują kontrolę i wracają do opowiadania epizodów z książki, która, choć na przemian przerażająca i wzruszająca, nie roztkliwia jak Anioły w Ameryce. Nad bohaterami Lubiewa nie wisi żadne fatum w rodzaju nieuleczalnej i tajemniczej choroby. Oczywiście, warunki poza lokalem Orbisu są generalnie niesprzyjające i niebezpieczne, ale w ich stosunku do rzeczywistości dominuje kwaśna akceptacja świata i gorzka niezgoda na jego przemijanie.

Świat jest, jaki jest. I taki trzeba wyciskać. Na przykład chodząc pod radzieckie koszary na seks z żołnierzami, co jest jednym z milszych wspomnień bohaterów przedstawienia. A Ukraina? „O Boże… O to się modlę! Codziennie. Żeby ci nasi Ruscy tam nie zginęli. Te nasze chłopaki kochane. Te wnuki Dimy. Te krzywe ryje i te piękne ryje. I się teraz pomódlmy, żeby oni… żeby oni tu może wrócili” – mówi Patrycja i jest w tym coś więcej niż prowokacja. Bo czym jest ta prorosyjskość? Zdradą polskich interesów? Czy może aktem oporu wobec ojczyzny, w której gejom nie żyje się najlepiej? W Rosji żyłoby się im prawdopodobnie jeszcze gorzej, ale to nie ma znaczenia. Sympatia do radzieckich żołnierzy jest w istocie aktem anarchicznym. Nic nas nie obchodzi geopolityka – zdają się mówić bohaterowie – obchodzi nas tylko nasze życie, a życie to, tyle co przyjemność, którą można zapamiętać.

„Kolekcjonuję w pamięci każdy dotyk dłoni męskiej i skatalogowane trzymam w archiwum mego serca” – mówi jeżdżący na wózku Astrofizyk (Magdalena Taranta), który wdaje się w korespondencyjny romans z Michaśką, a następnie rozczarowuje pisarza swoją fizycznością. I można by poprzestać na współczuciu wobec osoby z niepełnosprawnością, ale kilka scen później Astrofizyk dotyka martwej dłoni Łucji Kąpielowej. Zapisuje ją w archiwum, a to znaczy, że przedłuża jej życie. Tak jak i powieść, i spektakl, przedłużają istnienie wrocławskich bohaterów, nawet jeśli Witkowski nakłamał i nazmyślał a Sulima i Piaskowski dołożyli swoje.

Scena dotyku jest piękna i poruszająca, jak piękny jest później duch Łucji, gdy siada na łóżku, milczący, w białym prześcieradle. Ale piękna również dlatego, że rozegrana jakby ukradkiem, jak przypis na marginesie sceny pogrzebu – wieńczący myśl rozpoczętą kilkadziesiąt minut wcześniej. Tego rodzaju zaszyte w spektaklu wewnętrzne rymy dostarczają bardzo wiele widzowskiej przyjemności. Dowodzą też przemyślanej i pieczołowicie wykonanej roboty.

To wrażenie potęguje także warstwa wizualna. Scenografia Anny Marii Karczmarskiej i Mikołaja Małka zdaje się szkicowa i jednocześnie wysmakowana. Obiekty wjeżdżają i wyjeżdżają, zgodnie z aktualnym miejscem akcji. Od hopperowskiego kontuaru w lokalu Orbisu, przez neonową rajską jabłoń, aż po całkiem realistyczny wystrój mieszkania Łucji Kąpielowej z wersalką i meblościanką. Świat Lubiewa jest wiarygodny, choć jego bohaterowie zdają się kolekcją wyjątkowo rzadkich kolorowych ptaków. Jest w tym spektaklu coś ze składania hołdu – im i miastu, którego są częścią.


Michał Witkowski LUBIEWO. Reżyseria: Jędrzej Piaskowski, adaptacja, dramaturgia: Hubert Sulima, koncepcja: Jędrzej Piaskowski, Hubert Sulima, scenografia: Anna Maria Karczmarska, Mikołaj Małek, kostiumy: Rafał Domagała, światło: Klaudia Kasperska, muzyka: Jacek Sotomski. Premiera we Wrocławskim Teatrze Współczesnym 24 stycznia 2026.

 

Tytuł oryginalny

Sceny z życia

Źródło:

Materiał nadesłany

Autor:

Dominik Gac

Sprawdź także