Teatr im. Wandy Siemaszkowej w Rzeszowie w sobotę 13 czerwca pokaże światową prapremierę „Inferna” Augusta Strindberga w reżyserii Radosława Stępnia. Twórcy zapowiadają przejmującą opowieść o psychicznym kryzysie, przebodźcowaniu i próbie odzyskania wewnętrznego ładu.
Choć powieść Strindberga powstała 130 lat temu, twórcy podkreślają, że jej opis przeciążenia bodźcami, lęku przed cywilizacyjnym przełomem i rozpadu wewnętrznej równowagi brzmi dziś wyjątkowo aktualnie. I właśnie ta aktualność była powodem do sięgnięcia po tekst, który nigdy wcześniej nie został wystawiony.
Stępień zaznaczył, że rzeszowska realizacja jest pierwszym w historii teatralnym przełożeniem „Inferna”. Wyjaśnił, że wcześniejsze projekty jedynie korzystały z tytułu - francuski spektakl z 2007 r. był kompilacją Ibsena, a nie adaptacją książki, podobnie jak studencki dyplom oparty na Dantem czy performatywny wykład w Intima Teater. - My mierzymy się z powieścią tak, jak została zapisana – dodał, podkreślając, że rzeszowski spektakl jako pierwszy oddaje treść „Inferna” w całości.
Reżyser zwrócił uwagę, że Strindberg pisał „Inferno” w momencie gwałtownej zmiany technologicznej, którą porównał do dzisiejszego tempa życia i informacyjnego nadmiaru. - Strindberg był boleśnie doświadczony czymś, co my chyba dzisiaj sami też czujemy. Momentem, kiedy wchodzimy w kolejny wybuch technologiczny i świat zaczyna nam się wymykać – mówił Stępień. Jego zdaniem „Inferno” to zapis „nacisku, który prowadzi do pęknięcia osobowości i próby jej ponownego złożenia”. Dodał, że autor wyszedł z kryzysu dzięki dojrzewającej wierze, dlatego spektakl – mimo tytułu – niesie optymistyczny finał.
Przeniesienie na scenę brutalistycznej, rwanej narracji Strindberga było dla zespołu dużym wyzwaniem. Oryginał uchodzi za tekst hermetyczny, ale – jak ujawnił reżyser – rzeszowska produkcja pobudziła także rynek wydawniczy. - Książka jest praktycznie niedostępna, została wydana w 1999 roku, ale dostałem wiadomość od tłumacza, że nasza produkcja spowodowała zainteresowanie i Państwowy Instytut Wydawniczy wkrótce ją wznowi – dodał.
W spektaklu Strindberg został rozpisany na dwa plany. Autora gra Paweł Gładyś, a bohatera – Stanisław Twaróg. Ten drugi określił swoją rolę jako opowieść o przemianie człowieka, „który przechodzi przez ciężkie momenty w życiu, próbuje z nimi walczyć i zrozumieć samego siebie”. Jak dodał, jego bohater „staje wobec tego, co go przytłacza”, a droga, którą przechodzi, polega nie tyle na upadku, ile na stopniowym oswajaniu własnego kryzysu i patrzeniu na niego z innej perspektywy.
Ważną i niejednoznaczną postacią jest żona pisarza, Frida Uhl, grana przez Anielę Kowalską. Aktorka przyznała, że jej zadaniem było balansowanie między biografią a projekcją lęków autora. - Szukałam niejednoznaczności. Ona jest realną Fridą, ale jednocześnie istnieje w świecie wyobrażeń Strindberga – jego lęków, pragnień i obsesji – powiedziała.
Za scenografię, światło i ruch sceniczny odpowiada Milena Czarnik. Jak wyjaśniła, punktem wyjścia była jej pierwsza, intuicyjna koncepcja, która pojawiła się zaraz po lekturze fragmentów adaptacji. - Zawsze staram się inspirować miejscem, w którym powstaje spektakl – podkreśliła, dodając, że tym razem od razu uruchomiły się dwa główne tropy: otchłań, rozumiana jako osobiste piekło, w które „każdy czasem wpada”, oraz inspiracja Pomnikiem Czynu Rewolucyjnego i brutalizmem, od lat obecnym w jej myśleniu o architekturze i scenografii.
Stępień podkreślił, że spektakl ma być dla widzów sygnałem wspólnoty doświadczenia. „Chciałbym, żeby mówił: hej, nie jesteś sam, jeśli czujesz, że przerasta cię to, co cię spotyka. Istnieje pewna noc duszy, pewne inferno, po którym przechodzi się przez purgatorio aż do paradiso” – zaznaczył.
Dla reżysera „Inferno” jest także powrotem do twórczości Strindberga, ponieważ debiutował głośną inscenizacją „Panny Julii” w Teatrze Ludowym w Krakowie.
Premiera spektaklu „Inferno” odbędzie się w sobotę, 13 czerwca, na Dużej Scenie Teatru im. Wandy Siemaszkowej.