04.05.2021, 09:44 Wersja do druku

Rozliczenie z mglistą przeszłością

„Stolp. Dzień kobiet” Olgi Żukowicz w reż. Julii Mark w Nowym Teatrze w Słupsku. Pisze Paweł Kluszczyński z Nowej Siły Krytycznej.

fot. mat. teatru

„Stolp. Dzień kobiet”, spektakl wyreżyserowany przez Julię Mark w Nowym Teatrze w Słupsku, to próba rozliczenia się z niewyraźną przeszłością dawnej mieszkanki Stolpu (Słupska), ale i nie tylko. Jej losy to lustrzane odbicie sporów wokół historii Pomorza Zachodniego. W końcu dopiero od niedawna ten obszar należy do Polski.

Olga Żukowicz, autorka sztuki, stawia trudne pytania, pozwala widzom zdecydować, jakie rozwiązanie zobaczą. Przedstawienie poprowadzone zostało w konwencji programu telewizyjnego. Uczestniczką „Finde mich” jest Adela Sparr (Monika Bubniak), robotnica huty szkła w Magdeburgu, wychowanka domu dziecka. Jako osoba dorosła próbuje zderzyć wspomnienia o rodzicach z prawdą. Pomocą służy jej charyzmatyczny konferansjer (Igor Chmielnik). Medialny eksperyment tylko pozornie jest altruistyczny. Pogram jak łakome zwierzę pożera wszystko, co pamięta Adela, żeby nasycić głodną ludzkiego cierpienia opinię publiczną, po czym zostawia kobietę samą sobie. Czyż nie przypomina to działań reporterów programów interwencyjno-społecznych, po czasie zaliczanych do kaczek dziennikarskich?

fot. Tomasz Schaefer/mat. teatru

Spektakl przyszło mi oglądać w onlajnie, ale podobnie jak widz w teatrze na żywo postawiony zostałem przed dziesięcioma wersjami zdarzeń – punkty zwrotne akcji determinują kolejność scen. Dzięki Internetowi mam szansę zobaczyć wszystkie opcje, postanowiłem jednak nie psuć sobie zabawy, jaką zafundowała mi reżyserka. Idę za torem akcji, który wybrałem. To jak w życiu, z pozoru drobna decyzja determinuje masę skutków, tylko że w realu nie da się przewinąć filmiku i dokonać innej decyzji. Taka forma teatru wydaje się bardzo na czasie, ludzie są znudzeni monotonią pandemicznej codzienności, szukają czegoś unikalnego, co pozwoli wyróżnić się w globalnym tłumie. Wystarczy spojrzeć na ulice – w ilu kształtach i deseniach zobaczymy maseczki.

Adela opuściła miasto przed laty. Obcobrzmiące nazwy ulic, skwerów, które pamięta, ich mieszkańcy, wszystko to wydaje się być jak równoległy świat do współczesnego Słupska. Rzeczywistość wojenna, wkroczenie czerwonoarmistów, szpaler wisielców w centrum miasta, czy ogromny pożar to zdarzenia… dziś ciężko sobie to wyobrazić. Powrót do tego świata budzi niepokój i lęk, jaki towarzyszyć może wystraszonemu dziecku, które znajdzie się w niezrozumiałym świecie. Adela tego uczucia nie pozbyła się i w dorosłości. Nie tylko jej wygląd jest dziecięcy (wełniany sweterek, błękitna spódniczka do kolan i kokardy we włosach w tym samym kolorze), ale i to, jak pamięta rodziców. Wspomina drobne rzeczy: chusteczkę ojca, smak korniszonów, czy dotyk matki czeszącej jej włosy. Pozostaje mentalnie tą samą zagubioną dziewczynką. 

fot. mat. teatru

Głębokie poczucie strachu, niepewność, zagubienie i pozbawienie przeszłości to uczucia, które towarzyszą nie tylko Adeli, ale i w pewnym sensie regionowi. Być może dziś jest inaczej, ale te rejony jeszcze długo po wojnie były niestabilne. Dziadek opowiadał mi, że jako repatrianci ze wschodu całą rodziną trafili na Pomorze, zrobili wszystko, żeby przenieść się do Zagłębia, gdzie panował względny spokój. Słupski Nowy Teatr to dobre miejsce do prowadzenia dyskusji o tożsamości tak zwanych ziem odzyskanych.

Pokolenie pamiętające czasy okołowojenne powoli odchodzi. Być może to szansa, żeby z dystansem spojrzeć na przeszłość? Zbudować własną tożsamość tu i teraz.
Nie byłoby tego niespokojnego nastroju na scenie, gdyby nie scenografia i kostiumy Katarzyny Sobolewskiej. Warstwa wizualna przedstawienia to też kontrasty: śnieżnobiałe studio telewizyjne i ponury dom małej Adeli; perfekcyjnie zaczesana fryzura niemieckiego oficera, jej ojca (Wojciech Marcinkowski), i megalomański gospodarz „Finde mich”.

Opowieść o Adeli nie jest biografią a pretekstem do dyskusji o nie tak dawnych losach Polski, które często bywają pokazywane z wygodniejszej dla nas strony. Nie pamiętam, żebyśmy kiedykolwiek doszli w szkole do tego etapu historii, a ukończyłem szkołę średnią trochę ponad dziesięć lat temu. Ciekawe czego szkoła będzie uczyć w kolejnej dekadzie…?

---

Paweł Kluszczyński – rzemieślnik kultury, z wykształcenia technolog chemik, z pasji autor recenzji, felietonów, dramatów, poezji, bajek, bloga ijestemspelniony.pl; zawodowo od zawsze związany z teatrem, finalista VII Edycji Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego dla młodych krytyków teatralnych.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne