„Hamlet” Williama Shakespeare'a w reż. Jacka Jabrzyka z Teatru Zagłębia w Sosnowcu na 30. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku. Pisze Tomasz Domagała na blogu festiwalowym.
Śmierć starego Hamleta kończy pewną epokę, nazwijmy ją medialną. Jej ostatnim śladem są pojawiające się na początku spektaklu zdjęcia pierwszych stron gazet i portali informujących o tyleż nagłej, co tajemniczej śmierci starego króla. Zaraz potem zauważamy młodego Hamleta siedzącego w goglach VR. Duch Ojca pojawia się jako hackerskie wtargnięcie do przestrzeni tajnej grupy księcia i jego kolegów, Horacjo zaś okazuje się wykreowanym przez sztuczną inteligencję botem o kobiecej tożsamości. Jesteśmy już więc w totalnej epoce postprawdy, w której niezwykle trudno odróżnić prawdę od fake newsów. Nawet Duch Ojca nie daje tu jej gwarancji, w naturalny sposób utrudniając Hamletowi odpowiedź na kluczowe pytanie szekspirowskiego arcydzieła: czy jego ojciec został zabity, a jeśli tak się rzeczywiście stało, to kto go zabił?
Tej odpowiedzi będziemy wraz z tytułowym bohaterem szukać przez cały spektakl, ale jej nie znajdziemy. Wszystko bowiem bez przerwy się tu komplikuje, mieniąc się tysiącem możliwości, z których żadna nie wydaje się prawdziwa. Jakoś jednak trzeba ten świat odczytać. Skoro nie można zaufać faktom ani obrazom, pozostaje zaufać temu, co one w nas uruchamiają. Dlatego spróbuję się nad tym zastanowić, uznając, że problemy bohatera są także moimi, co w obrębie tej opowieści, po szelmowsku mistyfikowanej przez Jabrzyka, wydaje się całkiem uzasadnione. Przewodnikiem po tym „ciemnym lesie”, w którym niczym Dante „w życia wędrówce, na połowie czasu, straciwszy z oczu szlak niemylnej drogi” znaleźliśmy się wraz z Hamletem, będą emocje – ostatnia chyba niekwestionowana przez nikogo instancja ludzkiego uniwersum.
W spektaklu Jabrzyka odnalazłem trzy takie momenty, w których zarówno tytułowy bohater, jak i ja – świadek jego historii – zostaliśmy zmuszeni do zmierzenia się z czymś realnym, czego nie da się wyjaśnić w żaden wirtualny sposób. Łączy je to, że każdy z nich wyprowadza Hamleta poza świat symulacji i zmusza do konfrontacji z doświadczeniem, którego nie da się ani zaprogramować, ani podważyć. Owe trzy momenty to: spotkanie Hamleta (Paweł Charyton) z żywym teatrem, olśniewająco powołanym do życia przez Starego Aktora (Wojciech Leśniak), doświadczenie odebrania komuś życia oraz chwila, w której seks doprowadzony do granicy tego, co dozwolone, okazuje się jednocześnie narzędziem manipulacji (wewnątrz relacji) i inwigilacji (na zewnątrz).
Ponieważ Hamlet w interpretacji Pawła Charytona jest dużym, kompletnie pogubionym w świecie dzieciakiem, ukrywającym się przed jego otchłanią pod maską pociesznego bohatera memów, słuszną decyzją wydaje się odebranie mu kluczowego monologu – „Być albo nie być”. Po pierwsze, w wykreowanej na scenie rzeczywistości nie ma miejsca na opowiedzenie się po którejkolwiek ze stron, bo taka decyzja wymagałaby przynajmniej kilku twardych danych, a tych nie da się już dziś zweryfikować. Po drugie wydaje się, że Hamlet – jako reprezentatywne dziecko swojej epoki – nie tylko nie byłby w stanie takiego dylematu rozważać, ale wręcz nawet go sformułować. Monolog przestaje więc należeć do Hamleta, przechodząc do historii teatru.
Można więc powiedzieć, że przenikliwy reżyser Jabrzyk odkłada go na półkę sztuki i literatury, czyniąc z niego w spektaklu to, czym prawdopodobnie stał się dziś w rzeczywistości: efektowny materiał literacki do aktorskich popisów. I tu następuje kolejny zwrot. Maestria jego wykonania, zaprezentowana naprędce przez Starego Aktora, odkrywa przed nami to, na co po cichu liczyliśmy: że ten na pierwszy rzut oka uschnięty krzew wciąż żyje i nadal wydaje owoce, których potrzebujemy, być może bardziej niż kiedykolwiek. To piękny wyraz wiary w teatr i w sztukę aktorską. Właśnie dlatego scena z monologiem działa tak mocno – na chwilę odzyskujemy wiarę, że teatr potrafi jeszcze porządkować świat.
Pojawia się jednak również kropla goryczy. Stary monolog, Stary Aktor, stary teatr – za chwilę wszystko to, co reprezentują, prawdopodobnie odejdzie w niebyt. Zostanie nam wtedy spektakl, który właśnie oglądamy, wymyślony prawdopodobnie przez Horację bądź innego bota. Każda kolejna scena sprawia wrażenie, jakby została wygenerowana niezależnie od poprzedniej. Razem układają się wprawdzie w linearną opowieść o Hamlecie, ale nie tworzą konsekwentnej interpretacji – chwilami wręcz sobie zaprzeczają. To bardzo ciekawy pomysł: pozostawiony sam sobie bot nie jest w stanie wykreować konsekwentnie prowadzonej narracji ani utrzymać jednego stylu czy tematu. Generuje więc spektakl, który rozwija się scena po scenie, za każdym razem opowiadając „Hamleta” według innych reguł.
Dwie pozostałe sceny również opierają się logice świata postprawdy wykreowanego przez Jabrzyka, bo przypominają o doświadczeniach, których nie da się ani unieważnić, ani zamienić w kolejną wersję rzeczywistości. Są nimi doświadczenie zabójstwa i doświadczenie gwałtu. W historii Hamleta pierwszy przypadek jest aż nadto widoczny. Wielu zresztą reżyserów tej opowieści traktuje śmierć Poloniusza jako moment jej przesilenia, słusznie zakładając, że w niezwykle szybkim procesie przymusowego dorastania, jaki staje się udziałem młodego księcia, doświadczenie zabójstwa jest przekroczeniem granicy, zza której nie ma już powrotu. W tej jednej chwili Hamlet przestaje już tylko interpretować rzeczywistość – zaczyna ją nieodwracalnie współtworzyć.
Dużo ciekawsza z tej perspektywy wydaje się scena gwałtu Hamleta na Ofelii, dopisana przez Jabrzyka. Z jednej strony stanowi ona twórcze rozwinięcie istniejącej już sceny „Idź do klasztoru”, z drugiej – pracuje mocniej na finałowe szaleństwo bohaterki. Fabularnie wygląda to tak, że Hamlet, orientując się, iż spotkanie z Ofelią jest wyreżyserowane i transmitowane na żywo przez kamery do pokoju, w którym znajdują się Król i Poloniusz, całkowicie zmienia strategię prowadzenia tej rozmowy. W jednej chwili pojawiają się szok, strach, wreszcie gniew, który przeradza się w przemoc wobec ukochanej. Myliłby się jednak ten, kto uważa, że Ofelia jest tu bierną i wykorzystaną ofiarą. Ona bowiem również próbuje odzyskać sprawczość, zwłaszcza wobec ojca, który kupczył jej osobą i ciałem, nie zważając na konsekwencje. Moment, w którym Poloniusz zostaje zmuszony do uczestniczenia w gwałcie na córce, będącym w istocie konsekwencją jego własnych ambicji i politycznych kalkulacji, wydaje się najdotkliwszą karą, jaka może go spotkać. Jabrzyk zamienia go bowiem z reżysera całej sytuacji w jej bezradnego świadka. Polecam każdemu, kto będzie oglądał ten spektakl, zwrócić uwagę, jak świetnie jest to skonstruowane i zagrane.
Istotą tej sceny wydaje się jednak coś jeszcze. Dopiero jej konsekwencje uświadamiają Ofelii, że miłość, w którą wierzyła, nie istnieje. Szokuje ją nie tylko sam gwałt, lecz przede wszystkim odkrycie, że w jednej chwili przestała być dla Hamleta ukochaną, a stała się narzędziem jego zemsty. Ponieważ jednak nie jest – a może raczej nie chce być – materiałem na ofiarę, natychmiast wykorzystuje tę sytuację, by uratować własną godność, a przy okazji wyrównać rachunki z ojcem. I wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że to wydarzenie zapisuje się w ciałach obojga, zwłaszcza w ciele kobiety, i nie da się go łatwo wymazać. Przemoc nie jest bowiem fake newsem – jest realna i traumatyczna. Podobnie jak śmierć człowieka.
Wszystkie te sytuacje przyniosły niespodziewane emocje, które dzięki znakomitej pracy sosnowieckich aktorów natychmiast stały się również naszym – widzów – udziałem. To z kolei daje nadzieję, że są jeszcze w naszym świecie rzeczy, których przynajmniej na razie nie da się zastąpić wytworami sztucznej inteligencji czy, szerzej, technologii. To najpiękniejszy wniosek płynący ze spektaklu Jacka Jabrzyka, ale zarazem całkowicie naturalny. Jesteśmy przecież w teatrze, który swojej międzyludzkiej potęgi dowiódł choćby podczas niedawnej pandemii, przypominając nam, jak ważny jest realny kontakt z drugim człowiekiem. Jest oczywiście i łyżka dziegciu – a może raczej gorzkiej ironii. Teatr, zabójstwo i gwałt to dość osobliwy zestaw, mający nam przypomnieć o wartości realnego kontaktu z drugim człowiekiem. Jeśli jednak dopiero takie doświadczenia pozwalają nam odróżnić rzeczywistość od jej kolejnych wersji, to znaczy, że świat postprawdy sięga znacznie głębiej, niż chcielibyśmy przyznać. Ważne jednak, żeby otrzeźwieć.
Jedynym poważniejszym mankamentem spektaklu wydaje mi się jego tempo. Zbyt długie techniczne zmiany dekoracji wyraźnie osłabiają rytm przedstawienia, podobnie jak przeciągnięte piosenki Ofelii w pierwszej części spektaklu. Po pierwszej zwrotce zapowiadają się znakomicie, ale zamiast budować napięcie, toną w śpiewie dla śpiewu. To drobiazgi, które nie podważają wartości przedstawienia, ale sprawiają, że w kilku momentach wyraźnie traci ono impet.
„Hamlet” to kolejny aktorski popis znakomitej Mirosławy Żak w roli chłodnej, nieco już zmęczonej sytuacją, a przez to wycofanej Gertrudy oraz Tomasza Kocuja, który znakomicie broni Klaudiusza jako stosunkowo młodego, być może biseksualnego chłopaka, boleśnie osamotnionego przede wszystkim w relacji z tymi, na których najbardziej mu zależy. Paweł Charyton prowadzi Hamleta na granicy tego, co w tej postaci śmieszne, i tego, co straszne. Raz mam wrażenie, że jest bohaterem memów, innym razem przeraża mnie jego bierność i chaotyczność. Po kilku dniach myślenia o tej kreacji ogarnęło mnie jednak współczucie – i podejrzewam, że właśnie o taki efekt twórcom chodziło. Opisywanie tych kreacji w ten sposób jest zresztą o tyle ryzykowne, że w świecie Jabrzyka postaci nie sprawiają wrażenia z góry określonych. Przeciwnie – każda kolejna scena zdaje się budować je od nowa, czasem nawet wbrew temu, co wydarzyło się wcześniej. Paradoks teatru polega jednak na tym, że ta pozorna przypadkowość wcale nie rozbija obrazu postaci, który próbuję sobie z tych fragmentów zbudować. Przeciwnie – dzięki stuprocentowej obecności i znakomitej pracy aktorów kolejne, niekiedy sprzeczne wcielenia tych samych bohaterów układają się w portrety ludzi o rozszczepionych osobowościach. Odwróceniem tego pomysłu jest podwójna rola Wojciecha Leśniaka. Tym razem nie jedna postać przybiera wiele wcieleń, lecz jeden aktor wciela się w dwie zupełnie różne postaci. Najpierw pojawia się jako Stary Aktor, później jako Grabarz. Genialne jest samo połączenie tych dwóch postaci – artysta u progu śmierci zamienia się nagle w grabarza, kogoś, kto pochowa bohaterów dramatu, teatr, jego wielkość i całą naszą epokę.
Spektakl Jacka Jabrzyka jest niezwykle interesujący, ponieważ próbuje w technologii odnaleźć nie tylko jej sens, lecz przede wszystkim zrozumieć mechanizmy, dzięki którym człowiek może przetrwać w świecie postprawdy. Sosnowiecki „Hamlet” nie daje prostych odpowiedzi ani nie proponuje ucieczki od technologii. Przeciwnie – uczy, jak pozostać człowiekiem także w kontakcie z nią. Teatr, będący laboratorium kontrolowanego fałszu, wydaje się do takich poszukiwań miejscem idealnym, bo prawda nie rodzi się tu z faktów, lecz z emocji. A tych żadna sztuczna inteligencja nie potrafi przeżyć. Przynajmniej na razie.
Tomasz Domagała, domagalasiekultury.pl