„Randia… po polsku – drapieżna” Anny Bojarskiej-Urbańskiej wydana przez Fundację Piwnica Poetycka ENS. Pisze Wiesław Kowalski.
Są książki, które się czyta. Są też takie, które się słucha, ogląda i – po zamknięciu – jeszcze długo nosi w sobie. „Randia… po polsku – drapieżna” Anny Bojarskiej-Urbańskiej należy zdecydowanie do tej drugiej kategorii. To książka o pieśniarce Bronisławie Korsun – Randii, jednej z najbardziej znanych romskich artystek polskiej estrady, ale zarazem opowieść o pamięci, odwadze, miłości, kulturze i cenie, jaką czasem płaci artysta za własną niezależność. Autorka wykonała pracę imponującą badawczo. Sięgnęła do wspomnień ludzi z różnych środowisk, do świadectw, dokumentów i bogatej bibliografii. Z tych rozproszonych śladów przeszłości buduje opowieść o kobiecie, która nie mieściła się łatwo w gotowych wyobrażeniach o artystce romskiej. Randia nie jest tutaj jedynie bohaterką dawnej estrady. Jest osobowością, głosem i obecnością, które na długo pozostały w pamięci tych, którzy ją słyszeli i oglądali.
I właśnie dlatego słowo „drapieżna” w tytule nie jest przypadkowe. Jest w nim temperament, siła, niezależność, może także rodzaj niezgody na to, by pozwolić innym decydować, kim ma być artystka i jak ma wyglądać jej życie. Randia pojawia się tutaj nie tylko jako wokalistka, która w 1964 roku została wyróżniona podczas II Festiwalu Piosenki Polskiej w Opolu i dzięki radiu oraz telewizji zyskała ogólnopolską popularność. Jest przede wszystkim kobietą, która swoją obecnością torowała drogę kolejnym romskim wokalistkom. Jej kariera splata się z historią polskiej estrady, ale także z dziejami społeczności romskiej, z jej tradycją, muzyką, językiem i doświadczeniem życia pomiędzy własnym światem a światem większości.
Mam własne wspomnienie koncertu Randii z młodzieńczych lat. I właśnie dlatego ta książka nie jest dla mnie wyłącznie dokumentem dotyczącym artystki z przeszłości. Czytając ją, wracam do tamtego czasu i do doświadczenia słuchania głosu, który kiedyś był po prostu głosem artystki ze sceny. Dziś, po latach, wiem już, że za tym głosem kryła się historia znacznie większa. To jeden z najciekawszych wymiarów książki Bojarskiej-Urbańskiej: przeszłość nie zostaje w niej zamknięta w archiwum. Wraca poprzez pamięć, fotografie, świadectwa, a przede wszystkim poprzez muzykę.
Ważną postacią tej opowieści jest oczywiście Jerzy Ficowski – poeta, tłumacz, znawca kultury romskiej, odkrywca talentu Papuszy, ale także człowiek, który dostrzegł niezwykły potencjał Randii. To jego teksty poetyckie wykonywała artystka. Książka, dedykowana pamięci Ficowskiego, przypomina więc również niezwykłe spotkanie poezji i estrady. I tutaj pojawia się rzecz bezcenna: do publikacji dołączona została płyta z archiwalnymi nagraniami Randii. W materiałach dotyczących książki mowa jest o szesnastu piosenkach, w tym utworach autorstwa Jerzego Ficowskiego i innych kompozytorów. Dzięki temu książka nie kończy się na słowach. Możemy usłyszeć głos bohaterki. Możemy skonfrontować opowieść o niej z tym, co w przypadku każdego artysty pozostaje najważniejsze – z jego obecnością.
A przecież właśnie obecność jest w teatrze i na estradzie czymś, czego nie da się do końca opisać. Można opowiedzieć biografię, przytoczyć wspomnienia, przywołać daty i miejsca. Ale dopiero głos, gest, fotografia, nagranie pozwalają zrozumieć, dlaczego ktoś zostaje w pamięci. Książka Bojarskiej-Urbańskiej jest przy tym czymś więcej niż opowieścią o jednej piosenkarce. W tle pojawia się cała panorama romskiej kultury: tradycja taborów, muzyka, język romani, Romanipen – kodeks honorowy, pamięć o Papuszy, działalność Edwarda Dębickiego i zespołu Terno. Materiały zgromadzone wokół publikacji pokazują, jak silnie historia Randii wiąże się z historią powojennej obecności Romów w Polsce.
Nie sposób opowiadać o tej historii bez wspomnienia roku 1964. Był to czas przymusowego osiedlenia Romów, który w przywoływanych materiałach określany jest jako jeden z najtrudniejszych momentów ich historii. I nagle historia jednej wokalistki przestaje być historią wyłącznie estradową. Zaczyna być historią miejsca, w którym spotykają się kultura większości i kultura mniejszości, wolność i przymus, tradycja i nowoczesność, pamięć prywatna i pamięć zbiorowa. To także książka o tym, jak wiele polska kultura zawdzięcza twórcom romskim, których obecność przez lata była traktowana bardziej jako ciekawostka niż jako pełnoprawna część naszej wspólnej historii artystycznej. Randia, Papusza, Edward Dębicki i Terno tworzą w tej opowieści pewną ciągłość – różne artystyczne osobowości, różne drogi, ale wspólne doświadczenie walki o miejsce dla własnego głosu.
Szczególne znaczenie ma tu Jerzy Ficowski. Jego zainteresowanie kulturą romską miało charakter wieloletni i osobisty. Jak przypominają materiały towarzyszące książce, po wojnie jeździł wraz z taborem Krzyżanowskich-Wajsów-Dębickich, a jego nazwisko na trwałe zapisało się w historii dokumentowania i popularyzowania kultury romskiej. Nieprzypadkowo więc pamięć o Ficowskim i pamięć o Randii spotykają się w tej publikacji. Jest w tym również coś bardzo symbolicznego. Poeta, który pisał teksty dla śpiewającej kobiety, i artystka, która te teksty zamieniała w głos, spotykają się po latach ponownie – tym razem w książce i na płycie.
Na osobne uznanie zasługuje samo wydanie. To pięknie przygotowana, bogato ilustrowana publikacja, której forma ma znaczenie nie tylko estetyczne. Fotografie i materiały dokumentacyjne budują drugi, wizualny nurt opowieści. Płyta natomiast otwiera trzeci – muzyczny. W efekcie otrzymujemy nie tylko książkę o Randii, ale rodzaj małego archiwum pamięci. To szczególnie ważne w przypadku artystów estradowych. Ich sztuka jest przecież ulotna. Spektakl się kończy. Koncert się kończy. Głos cichnie. Publiczność wychodzi z sali. Pozostaje pamięć – często fragmentaryczna, prywatna, zależna od tego, kto jeszcze pamięta.
Bojarska-Urbańska próbuje tę pamięć ocalić. I robi to poprzez ogromny materiał dokumentacyjny, ale nie zamienia książki w suchą kronikę. Jej bohaterka pozostaje człowiekiem, kobietą i artystką. Możemy zobaczyć nie tylko publiczną Randię, lecz także ślady jej prywatnego świata, relacji i doświadczeń. Właśnie dlatego ważne są wspomnienia ludzi z różnych środowisk. Każdy świadek pamięta przecież trochę inną Randię. Z tych wielu perspektyw powstaje portret bardziej wielowymiarowy niż klasyczna biografia oparta wyłącznie na chronologii wydarzeń. Książka ma więc swoją wartość dokumentalną, ale jej największa siła leży chyba gdzie indziej: przywraca emocjonalny wymiar pamięci.
Nie czytamy o kimś, kto po prostu „kiedyś był sławny”. Spotykamy kobietę, która śpiewała, kochała, pracowała, podejmowała ryzyko, funkcjonowała pomiędzy różnymi światami i pozostawiła po sobie głos. W teatrze i na estradzie wiemy, że czasem wystarczy jedna osoba, żeby zmienić temperaturę całej sali. Randia była właśnie taką artystką. Dlatego „Randia… po polsku – drapieżna” jest dla mnie nie tylko książką biograficzną. Jest książką o odzyskiwaniu pamięci. O tym, że kultura nie składa się wyłącznie z nazwisk, które przetrwały w podręcznikach. Składa się także z tych, których pamiętają widzowie. Z głosów, które kiedyś rozbrzmiewały ze sceny. Z piosenek, które zostały w czyjejś pamięci. Z przypadkowego koncertu, na który poszło się jako młody człowiek i którego znaczenie rozumie się dopiero po wielu latach.
Dlatego osobiste wspomnienie koncertu Randii jest dla mnie czymś więcej niż anegdotą. Jest dowodem na to, że sztuka naprawdę potrafi przeżyć moment swojego wykonania. Może wrócić po latach – czasem za sprawą książki, czasem fotografii, czasem starego nagrania. A czasem za sprawą czyjejś determinacji, żeby tę pamięć zapisać. Anna Bojarska-Urbańska wykonała właśnie taką pracę. I warto jej za to podziękować.
„Randia… po polsku – drapieżna” jest publikacją szczególną również dlatego, że nie pozostawia czytelnika wyłącznie z tekstem. Książkę można czytać, oglądać i słuchać. Piękne, bogato ilustrowane wydanie oraz dołączona płyta sprawiają, że przeszłość nie jest tutaj tylko opisana. Ona zostaje przywrócona w konkretnym, niemal namacalnym kształcie. A kiedy po lekturze włączamy nagranie Randii, wydarza się coś najważniejszego.
Nagle nie czytamy już o niej. Ona znowu śpiewa.
I może właśnie dlatego ta książka jest potrzebna. Bo nie pozwala, by głos Randii pozostał tylko wspomnieniem.