„Masażystka” Martyny Krzysztofik w reż. autorki w Teatrze im. Juliusza Słowackiego w Krakowie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Przy okazji Masażystki mamy do czynienia z dość nowatorską formą – mianowicie sit-up’u, gdyż Martyna Krzysztofik (w tej roli świetna Martyna Krzysztofik) performuje siedząc, a nie – stojąc, czego (naturalnie) wymagałaby forma stand-up’u. A siedzi, gdyż zgodnie z tytułem - masuje i jest to masowanie zupełnie niemetaforyczne, masowanie, na które aktorka ma potrzebne papiery, do wglądu przez widownię, i ów masaż jest również jednym z bohaterów naszego spektaklu, bardzo ciekawym, gdyż przez naszą podmiot liryczną masowane były największe obecnie nazwiska polskich scen i ekranów, a ongiś - koleżanki i koledzy ze szkoły teatralnej naszej bohaterki.
No więc na stole pojawiła się p. Małgosia, która miała urodziny i którą córki zabrały z tej okazji do teatru, a teatr uświetnił ten prezent masażem kobito (w cenie biletu) i było to zaiste bycze. Chętnych do bycia wymasowaną/-ym było zresztą wielu, nie dziwię się, kto by nie chciał wystąpić w teatrze, w roli co prawda jakby rekwizytu, ale jednak. No więc p. Małgosia jest masowana, a my słuchamy rozmaitych opowieści - trochę o sobie jako o masażystce, o aktorce, kobiecie, i o córce; trochę o ździebko stukniętym świecie, w jakim nam przyszło żyć trochę o teatrze, o aktorach, o graniu… I tak nam mija te 90 minut w tej relaksującej, niezobowiązującej atmosferze.
A że jesteśmy w teatrze, to donoszę, że pod tym płaszczykiem leciuchnej jak piórko rozrywki autorka przemyca w swoim sit-up’ie zupełnie szczerą refleksję - o tym, jak zaskakujące bywa życie, o ludziach, których poznajemy przez przypadek albo z wyboru, o aktorstwie jako zawodzie paradoksów i o… intymności, która rodzi się w nieoczywistych niekiedy sytuacjach. Takich jak przyjście do teatru, czy takich jak bycie wymasowanym kobido.
I z grubsza o tym był ten beztroski sobotni wieczór, jaki miałem ogromną przyjemność spędzić w MOSinych podziemiach.