„Pacyfiści” Marka Modzelewskiego w reż. Jacka Braciaka, koprodukcja Teatru Współczesnego w Warszawie i Teatru STU w Krakowie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Mamy oto dwa małżeństwa, których przyjaźń łączy także ich nastoletnią progeniturę. Aldona i Mariusz przyjeżdżają do Justyny i Juliana, żeby jakoś oględnie (niezbyt się to udaje) poinformować, że ich syn nie przyjdzie na urodziny syna gospodarzy. I mogę zdradzić, że to dlatego, że ów jubileusz ma się odbyć na strzelnicy, a oni się deklarują jako tytułowi pacyfiści. Problemy zaczynają się w momencie, gdy Julian dokładniej przygląda się słowu „deklarują”…
Modzelewskiego nie da się grać onirycznie ani postdramatycznie. Tu trzeba realizmu aż do bólu, ale z głęboką świadomością, gdzie leży TA granica (widziałem kiedyś spektakl, w którym ją przekroczono – trzeba było uciekać z sali z krzykiem). Aktorzy Teatru Współczesnego poruszają się w bezpośrednim sąsiedztwie tejże granicy, nigdy jej jednak nie przekraczając. Dzięki temu ich bohaterowie budzą w nas dokładnie to, co powinni: mieszankę obrzydzenia i litości. Ale nie pogardę.
Pacyfiści zostawiają widownię ździebko zakacowaną (autor nie bierze jeńców), zachwycają aktorstwem – Aldona Agnieszki Suchory to majstersztyk a Wojciech Malajkat jako Julian nadaje słowu „precyzja” nowe sensy. Całość – mówiąc najkrócej – daje zadowolenie artystyczne, do tego spektakl jest całkiem krótki oraz posiada antrakt.
Wszystko to razem wzięte bardzo mi się podoba.