„Lisa” Jolanty Janiczak w reż. Wiktora Rubina w Teatrze Powszechnym w Warszawie. Pisze Rafał Turowski na stronie rafalturow.ski.
Rzecz o Lisie M. Montgomery (Karolina Adamczyk), która została skazana na śmierć, spędziła w celi śmierci 14 lat, a wyrok na niej wykonano przed pięcioma laty, już za kadencji Donalda Trumpa – za sprawą AI również się w tym spektaklu pojawiającego. Do zbrodni – dość odrażającej – której Lisa dokonała, dochodzi po latach przemocy, nie tylko fizycznej, której doznawała ze strony swoich najbliższych. Jej kulminacją była sterylizacja, do której dziewczyna (urodziwszy czworo dzieci) została zmuszona przez swoją matkę i pierwszego męża. Tej narastającej spirali przemocy, ale i opuszczeniu tej rodziny przez państwo, temu brakowi jakiejkolwiek pomocy, ciągowi przyczynowo-skutkowemu zbrodni – w tymże spektaklu się przyglądamy.
Historia jest teoretycznie głęboko poruszająca, jednak duet autorsko-reżyserski Janiczak/Rubin wypracował taki sposób opowiadania o swoich bohaterach, który pozostawia mnie wobec nich (bohaterów, a nie duetu) w głębokiej obojętności; wszystko tu bowiem mamy skomentowane, zinterpretowane, gotowe. Skoro więc mam podane, to po co mam się włączać i angażować? Nie lubię teatru, który wymusza empatię i poucza; prosiłbym o więcej zaufania do widza.
Zastanawiam się jedynie, po co aktorzy tak często wychodzili z ról i komentowali poczynania granych przez siebie postaci. Momentami jako żywo przypominało mi to „Sen nocy letniej” i pomysł rzemieślników, którzy na wszelki wypadek uprzedzają damską część widowni, że pojawiający się na scenie lew co prawda ryczy, ale prawdziwy nie jest.