20 lipca 1936 roku urodził się Andrzej Kondratiuk, reżyser filmowy, m.in. twórca „Klubu profesora Tutki”, „Hydrozagadki”, „Wniebowziętych”, „Gwiezdnego pyłu” i „Wrzeciona czasu” – „artysta osobny”, „czuły pesymista, kuglarz, filmowiec skromny i niepoważny”.
„Andrzej Kondratiuk tworzył własny rodzaj kina, w którym łączyły się humor i melancholia” – ocenił Tadeusz Sobolewski. „Podobnie jak jego dwaj zaprzyjaźnieni koledzy z łódzkiej Filmówki, Roman Polański i Jerzy Skolimowski, Kondratiuk szedł własną drogą, skutecznie walczył o swoje kino. Podczas gdy tamci dochodzili do światowej sławy, Kondratiuk szukał dla siebie wolności gdzie indziej. W jakimś sensie pozostał outsiderem” – napisał w artykule pt. „Andrzej Kondratiuk – czuły pesymista, kuglarz, filmowiec skromny i niepoważny” („wyborcza.pl”, 2016).
„Odkąd zamieszkał wraz z żoną, aktorką Igą Cembrzyńską, we własnym domu na wsi, w Gzowie koło Serocka, jego filmy układały się w kształt paraautobiograficznego kina prywatnego, w którym małżonkowie kreują samych siebie (czy ostrożniej: dwoje podobnych do nich artystów), a autor – pełniący większość funkcji realizacyjnych – wypowiada się wprost, we własnym imieniu” – przypomniał prof. Tadeusz Lubelski w eseju pt. „Kino Wolność (1990–2009)”. „Dotyczy to zwłaszcza tzw. tryptyku gzowskiego – »Cztery pory roku« (1984), najbardziej udane »Wrzeciono czasu« (1995), »Słoneczny zegar« (1997); to zapis doświadczenia kilkunastu lat życia, przebrany za filmowy pamiętnik, który można obejrzeć w ciągu kilku godzin” – wyjaśnił.
„Filmy »gzowskie« prezentują kontemplacyjny stosunek do świata, specyficzny sposób przeżywania czasu. Wysmakowane estetycznie, a zarazem nobilitujące codzienność. Kondratiuk znajdował radość w filmowaniu urody świata, ale jego filmy są przepełnione goryczą wypływającą z samej istoty bytu” – napisała Ewa Nawój (culture.pl, 2016). „Jego bohaterowie buntują się przeciwko upływowi czasu, okrucieństwu natury, małości swego istnienia wobec bezmiaru kosmosu, by wreszcie ze stanem tym się pogodzić. Ważnym orężem w tych zmaganiach jest ocalająca, choć ograniczona przecież, moc sztuki” - podkreśliła.
Sam Kondratiuk, pytany, dla kogo robi swoje filmy, powiedział: „Dla ludzi, dla ludzi – tak każdy ci odpowie”. „Ale nie każdy się przyzna, że człowiek realizuje przede wszystkim samego siebie przez to, co robi. Ja się nieśmiało przyznaję” – wyjaśnił Michalinie Ochab, autorce wywiadu pt. „Trochę z boku” („Gazeta Wyborcza” nr 249/2001).
Andrzej Kondratiuk urodził się w Pińsku na Polesiu 20 lipca 1936 roku jako syn Arkadiusza – nadleśniczego i Krystyny – nauczycielki. Po wybuchu wojny rodzina została deportowana przez Sowietów do Ak-Bułaku w Kazachstanie. W 1945 roku trafili do Łodzi – nie było to jednak wcale takie proste.
„Ojciec wrócił do Polski z ludową II Armią, bo do Armii Andersa się spóźnili, a potem nas z Kazachstanu wykradł” – wspominał Janusz Kondratiuk, urodzony 19 września 1943 roku na zesłaniu. „Był sierżantem i pisarzem sztabowym. Miał śliczny charakter pisma. Wypisywał przepustki. Jedną wypisał dla siebie – do Ak-Bułaku i z powrotem. W rubryce »z powrotem« zostawił dużo miejsca. Jakiś generał, po pijaku, mu tę przepustkę podbił. A w to wolne miejsce ojciec wpisał naszą trójkę. Zdobył też pismo, poświadczone przez prezydenta Łodzi, że matka jest niezbędna przy odbudowie tego miasta” – opowiadał młodszy brat Andrzeja Jackowi Szczerbie w wywiadzie pt. „Bracia – i nienawiść, i miłość. Rozmowa z Januszem Kondratiukiem o Andrzeju Kondratiuku” („Gazeta Wyborcza”, 2016). „Z tymi bumagami, w mundurze, przybył do Kazachstanu. Że działa nielegalnie, przyznał się dopiero wówczas, gdy przekroczyliśmy polską granicę. Wtedy zemdlał z emocji. Ryzykowaliśmy przecież ogromnie” – dodał reżyser „Dziewczyn do wzięcia” i „Niedzieli Barabasza”.
Krystyna Kondratiuk (1913–99), rodowita łodzianka, skończyła w 1952 roku historię sztuki, osiem lat później założyła w Łodzi Centralne Muzeum Włókiennictwa i przez kolejnych 16 lat była jego dyrektorem.
Arkadiusz Kondratiuk w Łodzi „zrezygnował z lasu”. „Pracował w jakimś urzędzie. Zaproponowano mu prowadzenie nadleśnictwa w Łagiewnikach koło Łodzi, ale matka powiedziała »nie«, bo w okolicy grasowali jeszcze »żołnierze wyklęci«” – wspominał Janusz Kondratiuk. „Tata miał las we krwi. Jego pradziadek, dziadek i ojciec też byli leśnikami. Opowiadał mi o drzewach i to była wiedza magiczna. Pamiętam z tego tylko tyle, że za nieprzychylne człowiekowi uważał tuję i osikę, od których trzeba się trzymać jak najdalej, a za przychylne – brzozę, sosnę i dąb” – opowiadał. „Był ekologiem, gdy nie było jeszcze ekologii. Robił straszliwe awantury z powodu choinki. Jest Wigilia, ozdabiamy choinkę, wpada ojciec i krzyczy: »Jak możecie zdobić kolorowymi błyskotkami zabitą istotę, trupka właściwie? Wyrzućcie to!«” – relacjonował młodszy Kondratiuk Jackowi Szczerbie.
W latach 1955–60 Andrzej Kondratiuk studiował na wydziale operatorskim łódzkiej PWSTiF, a przez krótki czas (1962–63) również na wydziale reżyserii. Początkowo realizował etiudy, filmy krótkometrażowe, okolicznościowe wydania Polskiej Kroniki Filmowej. Był autorem drukowanego w tygodniku „Przekrój” bazującego na abstrakcyjnym humorze komiksu fotograficznego. Współtworzył m.in. scenariusz do „Ssaków” (1962) Romana Polańskiego – nagrodzonych w Krakowie i Oberhausen. Zrealizował krótkometrażową, absurdalną komedię pt. „Kobiela na plaży” (1963) i serial telewizyjny „Klub profesora Tutki” (1966) na podstawie opowiadań Jerzego Szaniawskiego, z Gustawem Holoubkiem w roli głównej. Jego makabreska „Chciałbym się ogolić” (1966) również zdobyła wyróżnienie na Międzynarodowym Festiwalu Filmów Krótkometrażowych w Oberhausen.
Debiutem fabularnym Andrzeja Kondratiuka jest „Dziura w ziemi” (1970) – film, który był niczym innym jak nieco „podrasowanym” produkcyjniakiem. „Młodemu twórcy udało się stworzyć specyficzny klimat i oprzeć dialogi na aktorskiej improwizacji, mimo schematyzmu postaci ukazał kawałek rzeczywistości” – napisała Ewa Nawój. „Po latach reżyser mógł wyznać, że choć musiał na zamówienie zrobić film »słuszny ideowo«, to zależało mu, by nie był »zawstydzający artystycznie«” – przypomniała. „Dziurę w ziemi” wyróżniono Nagrodą Specjalną na festiwalu w Karlovych Varach (1970).
Następnym filmem Kondratiuka była „Hydrozagadka” (1970), która ideowo okazała się całkiem niesłuszna. „Film nawiązywał do poetyki zachodnich komiksów – z Supermanem i Batmanem, które w tym czasie nie były jeszcze znane w Polsce” – wyjaśnił prof. Tadeusz Lubelski na stronie Akademii Filmu Polskiego. „As, grany przez Józefa Nowaka, utożsamianego przez publiczność z postacią poczciwego proletariusza, był w istocie parodią polskiego wariantu zachodniego komiksu: serialu telewizyjnego »Kapitan Sowa na tropie« czy wydawanej od 1967 roku serii zeszytowej »Kapitan Żbik«. Strój i technika tego bohatera importowane były wprost z Zachodu, jego mentalność (»Na przyszłość radzę zachować czujność i przestrzegać przepisów BHP«) była jednak wschodnioeuropejska” – ocenił prof. Lubelski.
„Toż to był kompletny odlot. Po nagrodzie za »Dziurę w ziemi« kompletnie nam odbiło. Razem ze scenarzystą filmu, Andrzejem Bonarskim, wykorzystaliśmy otrzymane zaufanie, żeby zrobić sobie totalne jaja” – zacytował Kondratiuka Maciej Łuczak, autor książki „Wniebowzięci, czyli jak to się robi Hydrozagadkę” (Warszawa, 2004). „Pisząc scenariusz, świetnie się bawiliśmy, co chwila zaśmiewając się do łez. Byliśmy młodzi, niepoważni, nie interesowała nas ponura rzeczywistość, ale mimo to w filmie jest wiele podtekstów. No, choćby postać kwiaciarki grana przez manieryczną aktorkę Wiesławę Mazurkiewicz. Sprzedaje tu i tam kwiaty. Wie wszystko. Wiadomo więc, że reprezentuje określony resort” – opowiadał reżyser.
„Hydrozagadka” była pierwszym w Polsce filmem kampowym – Kondratiuk demonstracyjnie akcentował sztuczność i kiczowatość opowiadanej historii zarówno w fabule, jak i w dialogach żywcem powtarzających slogany ówczesnej propagandy, co nie uszło uwadze czujnych strażników socjalistycznej moralności.
„Po »Hydrozagadce«, dziś uważanej za kultową, krytyka go zmiażdżyła. Daniel Passent napisał, żeby Andrzej więcej nie dotykał kamery. Nazwał film »Hydrowpadką«” – wspominał Janusz Kondratiuk. „Warszawka nie chciała wpuszczać nowych. Andrzej bardzo to przeżył, wyprowadził się do Gzowa” – dodał.
Zdzisława Maklakiewicza i Jana Himilsbacha „połączył” siłą przypadkowej improwizacji „Rejs” Marka Piwowskiego (1970). Ale to Andrzej Kondratiuk pierwszy dostrzegł prawdziwy potencjał tego niezwykłego aktorskiego duetu. I wykorzystał w filmach „Wniebowzięci” i „Jak to się robi?” (1973) – obydwa są traktowane dziś przez widzów jako „kultowe”, choć w momencie premiery przyjęto je raczej obojętnie.
Andrzej Kondratiuk konsekwentnie i coraz śmielej „przyznawał się”, że „przez to, co robi, realizuje samego siebie”. „Odpowiednia dawka seksu, mordobicia, łez – sądzę, że takie filmy też potrafiłbym zrobić” – powiedział reżyser Michalinie Ochab. „Tylko po co? Schlebiać niewybrednym gustom – to upokarzające. Trzeba być naprawdę w biedzie, żeby takie filmy realizować” - dodał. „Ja zawsze byłem inny, trochę z boku. Jestem jak podróżnik z opowiadania Tołstoja, który bardzo tęsknił za ojczyzną. A na pytanie, gdzie się urodził, odpowiedział: na statku, tylko nikt nie pamiętał, dokąd płynął. A dokąd ja płynę? Do kina, do filmu, który jest niepodobny do innych. Nie wiadomo, do jakiej szuflady mnie włożyć” – wyjaśnił Andrzej Kondratiuk. „Najlepiej wziąć oryginał i skremować, wpakować do szuflady z wygrawerowanym napisem: »artysta osobny«. To będzie wielka ulga dla krytyków” – dodał.
W kwietniu 2005 roku Andrzej Kondratiuk doznał ciężkiego udaru mózgu – wcześniej zdiagnozowano u niego chorobę nowotworową węzłów chłonnych. Historię schyłku jego życia przedstawił Janusz Kondratiuk w poruszającym filmie fabularnym pt. „Jak pies z kotem” (2018).
„Kondratiuk opowiada o różnych obliczach miłości. O szorstkiej miłości starzejących się braci, o miłości odrzucanej i upragnionej, miłości milczącej i miłości bezradnej” – napisał Bartosz Staszczyszyn (culture.pl, 2018). „Upostaciowaniem tej ostatniej jest filmowa Iga Cembrzyńska (grana przez Aleksandrę Konieczną) – żona Andrzeja i jego bratnia dusza, aktorka i wokalistka, kolorowy ptak, który nie do końca potrafi poradzić sobie z prozą życia. Kondratiuk portretuje ją bez znieczulenia – pokazuje jej alkoholizm, zagubienie i bezradność” - dodał. „Ale w sposobie, w jaki jego kamera patrzy na filmową Igę, widać miłość i wyrozumiałość. Bo Kondratiuk daje swoim bohaterom prawo do słabości. Nie ocenia ich, nie krytykuje, po prostu stara się zrozumieć. Może właśnie dlatego jego film tak szybko zdobył serca publiczności” – podkreślił krytyk.
Andrzej Kondratiuk zmarł dziesięć lat temu, 22 czerwca 2016 roku – miał 79 lat.
„Odszedł artysta niezwykle oryginalny. Czasami jest taka łatka, którą się komuś przyczepia, że »on jest oryginalny«. A potem nie wiadomo już, kto jest oryginalny. Jednak w przypadku Andrzeja Kondratiuka określenie to nawet w najmniejszym stopniu nie jest frazesem” – powiedział PAP po śmierci reżysera, krytyk filmowy Andrzej Bukowiecki. „Co ciekawe, Kondratiuk potrafił przebić się ze swoimi filmami nawet w trudnych pod względem rynkowym latach 90. Kiedy trend był inny – na kino sensacyjne, komediowe – on konsekwentnie robił swoje rzeczy” – przypomniał. „Zachłyśnięcie się człowiekiem, miłością do człowieka, miłością do natury i do Arkadii – tego w filmach Kondratiuka jest bardzo wiele” – podkreślił Bukowiecki.
„Przez 30 lat udało się Andrzejowi Kondratiukowi pokonać długą drogę: od śmieszności i groteski, przez rozpoznanie swojego miejsca, aż do rozpoznania siebie samego. W ten sposób powiedział wszystko” – ocenił Tadeusz Sobolewski.