„Dożywocie” Aleksandra Fredry w reż. Michała Chorosińskiego oraz „Damy i huzary” Aleksandra Fredry w reż. Karoliny Labahuy w Teatrze Klasyki Polskiej. Pisze Rafał Turowski na swoim blogu.
Dla uczczenia 150. rocznicy śmierci Hrabiego Fredry Teatr Klasyki Polskiej zorganizował w stołecznych Łazienkach niewielki festiwal poświęcony jego twórczości. Fredrowska fraza wybrzmiała w amfiteatrze urokliwie i dobrze się jej słuchało, mimo skrzeczących pawi, za wszelką cenę chcących się włączyć w bieg obu przedstawień, zresztą w Damach i Huzarach ptaszysko zaznaczyło swoją obecność w miejscu akcji jakby przez dramaturga wskazanym i było z tym dużo ogólnej radości.
Dożywocie (choć sam koncept tego instrumentu ekonomicznego jest dziś dość zawiły i dobrze, że mamy w prologu z grubsza wytłumaczone, o co chodziło), podobało mi się ździebko bardziej, bo - było lepiej słychać niż w DiH, Jarosław Gajewski w roli Łatki (ale i Majora) wprost był do zjedzenia, a - Sebastian Fabijański, znany do niedawna z filmów pełnych przemocy, okazał się świetnym Birbanckim.
W Damach i Huzarach mieliśmy natomiast kilka przerysowanych ról (właściwie wszystkie żeńskie), która to gruba kreska dość bezboleśnie wpisała się w obejrzane przeze mnie zupełnie atrakcyjne plenerowe widowisko, ale – odniosłem wrażenie, że gdyby przerysowane nie były, wpisałyby się równie dobrze, odniosłem więc cień wrażenia, że w tej pogodnej komedii o „odwiecznej walce płci” reżyserka nieco bardziej wspiera mężczyzn.
Ale – szczęśliwie – nie oglądałem DiH ani przez pryzmat genderu ani też feminizmu, więc z grubo niekiedy ciosanych fredrowskich żartów śmiałem się serdecznie i szczerze.