Swój teatr – jak mówi – opiera na dobrej literaturze teatralnej, także niescenicznej, adaptując prozę dla teatru, jak i dla radia. W centrum jego teatru zawsze znajduje się opowieść i aktor. Jarosław Tumidajski, jeden z najciekawszych reżyserów teatralnych, opowiada nam o spektaklu „23 i pół godziny”, którego premiera odbędzie się 25-26 lutego br. w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Mówi, że jest to opowieść o naderwanych relacjach międzyludzkich i zaufaniu. Spektakl ma odniesienie do kondycji człowieka zarówno na płaszczyźnie społecznej, jak i emocjonalnej. Rozmawiał Jarosław Hebel w portalu mojaprzestrzenkultury.pl.
– Chciałbym Panu podziękować za wyreżyserowane przez Pana wspaniałe przedstawienia, które mieliśmy wielką przyjemność obejrzeć na deskach Teatru Współczesnego w Warszawie. Myślę przede wszystkim o spektaklu „Kim jest pan Schmitt?” i „Gdybym cię nie poznał”.
– Dziękuję.
– Są to spektakle, które z jednej strony ogląda się z wielką lekkością i przyjemnością, ale z drugiej strony – niewątpliwie skłaniają one do refleksji i skrywają w sobie na płaszczyźnie fabuły pewną dozę tajemnicy. Kto miał największy wpływ na Pana myślenie o teatrze? Co ukształtowało Pana myślenie o teatrze?
– To trudne pytanie… Myślę, że wpłynęło na to wiele elementów i to pewnie temat na inną rozmowę. Ale w głównej mierze ukształtowała mnie po prostu droga, którą przeszedłem. Przez te wszystkie lata zrozumiałem, co chcę robić w teatrze i jak. Z nikim się nie ścigam i po prostu robię swoje. Punktem wyjścia zawsze jest dla mnie literatura, w centrum mojego teatru są opowieść i aktor.
– Skąd wziął się pomysł na realizację „23 i pół godziny”? Co było dla Pana impulsem do zrealizowania tego spektaklu?
– Jak już wspomniałem, swój teatr opieram na literaturze – dobrej literaturze teatralnej, ale również tej niescenicznej, bo lubię także adaptować prozę, zarówno dla teatru jaki i dla radia. Pierwszym impulsem jest więc zawsze tekst. Uwielbiam te momenty, kiedy czytam jakąś sztukę lub powieść i czuję, że ma w sobie to coś, że mnie uruchamia, że po prostu chcę to zrealizować w teatrze. Tak było w przypadku „Gdybym cię nie poznał” – już podczas pierwszej lektury wiedziałem, że to jest tekst dla mnie. Tak też było z „23 i pół godziny”.
– Gdyby jednym zdaniem miał Pan opisać „23 i pół godziny”, to jakby ono brzmiało?
– To za dobry tekst, żeby go zamykać w jednym zdaniu. Poza tym mam jakiś opór przed definiowaniem naszej wielotygodniowej pracy jednym hasłem. To spektakl jest moją wypowiedzią, a opisanie go to już zadanie dla krytyki. Z „23 i pół godziny” jest jeszcze jedna dodatkowa trudność – jak mówić o tej sztuce, by zbyt wiele nie zdradzić, nie spojlerować.
Starając się jednak odpowiedzieć na pańskie pytanie… Ta sztuka dotyka tematu ruchu #MeToo, ale nie robi tego w sposób publicystyczny. A to tylko – i aż – punkt wyjścia. Na pewno część widzów będzie sobie zadawała pytanie, czy główny bohater zrobił to, o co jest oskarżany. A to pytanie prowadzi nas do tego, czym podstawowo jest dramat Carey Crim – to przede wszystkim poruszająca opowieść o naderwanych relacjach międzyludzkich i zaufaniu. Czy nadwątlone lub utracone zaufanie można odbudować?
– Czy jest coś, co podczas pracy nad spektaklem Pana zaskoczyło – w tekście, w aktorach…?
– Może zabrzmi to odrobinę nieskromnie, ale… nic mnie nie zaskoczyło. W tej pracy od samego początku wszystko układało się wzorcowo, pracowaliśmy w sprawdzonym teamie. Aktorzy weszli w ten świat z ogromnym zaufaniem. Nie ma też co ukrywać, że dobrze się znamy, więc było to równocześnie bardzo miłe spotkanie. Kiedy spotykamy się w pracy ponownie, to możemy pójść w jakiś sposób dalej – bo ufamy sobie, rozumiemy się, mamy już wypracowany wspólny język… Nie było to więc dla mnie zaskoczenie, a raczej potwierdzenie tego, z jak świetnymi aktorami mam przyjemność pracować.
Dodam przy tej okazji, że poza aktorami ze stałego zespołu Teatru Współczesnego w „23 i pół godziny” grają też gościnnie – w dublerze – Janek Scardina (jeszcze student AT w Warszawie) i Maciek Bisorek (kończy łódzką filmówkę). Było to nasze pierwsze spotkanie w pracy, ale podejrzewam, że nie ostatnie.
– Na ile Pan daje aktorom swobodę interpretacyjną w tym spektaklu?
– Ta proporcja jest zawsze zbliżona… Jak już powiedziałem, realizujemy fantastyczny tekst ze świetnie napisanymi rolami – aktorzy doskonale wiedzą, jaki jest kierunek, co jest do zagrania. Ale równocześnie ma dla mnie ogromne znaczenie, że te role są grane właśnie przez tych aktorów. Chcę, żeby to był taki palimpsest, miks postaci zapisanych przez autorkę z osobowościami, temperamentami aktorów.
– A czy w treści spektaklu „23 i pół godziny” widzi Pan odniesienie do współczesnej kondycji człowieka?
– Oczywiście, że tak – zarówno na płaszczyźnie społecznej, jak i tej emocjonalnej. O temacie #MeToo już wspomniałem. W tle tej historii jest także temat coraz łatwiej dostępnych narkotyków – wszyscy widzieliśmy obrazy epidemii opioidowej w Stanach, ale ulice polskich miast też nie są od tego wolne. Jest w tym tekście również echo tego, jak ogromny wpływ na rzeczywistość mają dziś media społecznościowe. Z tym wszystkim mierzą się bohaterowie sztuki.
– Czy dla Pana jako dla reżysera ważniejsze jest zdanie krytyków teatralnych, czy jednak bardziej liczy się Pan z opinią publiczności?
– Rozumiem, że to pytanie jest odrobinę podchwytliwe… (śmiech) To oczywiście bardzo miłe, jeżeli spektakl ma dobre recenzje. To coś w rodzaju poświadczenia, że zrobiliśmy wartościową rzecz, ale równocześnie…
– Bo czasami jest tak, że spektakl może spodobać się publiczności, ale nie musi spodobać się krytykom… Tak samo jest np. z literaturą, muzyką, malarstwem itd. itp.
– No tak… Recenzje pojawiają się zaraz po premierze. Jednak prawdziwe życie spektaklu to te wszystkie niepremierowe wieczory… I jeśli przedstawienie ma długą eksploatację przy pełnych salach, to jest to dla nas – twórców – komplement szczególny. Tak więc – recenzje są ważne, ale najważniejszy jest kontakt z widzem, spotkanie z nim.
– Bardzo dziękuję za rozmowę.
***
Teatr Współczesny w Warszawie (Scena w Baraku) – Carey Crim, „23 i pół godziny” (przekł. Bogusława Plisz-Góral). Reżyseria i opracowanie muzyczne – Jarosław Tumidajski. Scenografia – Katarzyna Kornelia Kowalczyk. Kostiumy – Krystian Szymczak. Reżyseria światła – Katarzyna Łuszczyk. Obsada: Katarzyna Dąbrowska, Szymon Mysłakowski, Monika Pikuła, Szymon Roszak, Maciej Bisiorek (PWSFTviT)/ Jan Scardina (AT).
Premiera – 25.02 i 26.02.2026, godz.19:00, a następnie spektakl będzie można obejrzeć 27.02 i 28.02.2026 o godz. 19:00, a także 01.03 i 03.03.2026 o godz. 19:00.
Szczegóły w repertuarze na stronie Teatru Współczesnego w Warszawie – https://www.wspolczesny.pl/repertuar/biezacy