EN

17.08.2020, 16:36 Wersja do druku

Przeciwko stygmatyzacji

Malinowską interesuje temat uprzedzeń, które działają jak błędne koło, samospełniająca się przepowiednia. Trudno czuć się akceptowanym przebywając w otoczeniu upstrzonym rasistowskimi graffiti typu „Europa dla białych” - o "Dzwonię do moich braci" w reż. Marty Malinowskiej w Teatrze WARSawy pisze Marta Żelazowska z Nowej Siły Krytycznej. 

mat. teatru

Terroryzm z niebezpieczeństwa postrzeganego jako zewnętrzne ewoluuje w działania mające źródło wewnątrz cywilizacji europejskiej. Zamachów dokonują zradykalizowani muzułmanie urodzeni i wychowani na Zachodzie (na przykład w Madrycie 11 marca 2004 roku, czy w Paryżu 7 stycznia 2015 roku). To prowadzi do zmiany postrzegania wyznawców islamu przez pozostałych obywateli Europy. Pojawia się niechęć i nieufność.

W „Dzwonię do moich braci” Jonas Hassen Khemiri, jeden z najbardziej uznanych szwedzkich pisarzy młodego pokolenia, o tunezyjskim pochodzeniu, zwraca się przeciwko stereotypom i generalizacji. Zadaje pytanie o to, kto naprawdę jest wrogiem? Genezą wydarzeń czyni atak bombowy w Sztokholmie z 11 grudnia 2010 roku dokonany przez zamachowca-samobójcę Taimoura Abdulwahaba al-Abdalyiego (Szweda pochodzenia irackiego, który zginął tam jako jedyny). To była zemsta za udział szwedzkich żołnierzy w misji w Afganistanie oraz rysunki Larsa Vilksa przedstawiające Mahometa jako psa. To wydarzenie uświadomiło Skandynawom, że są również narażeni na terror islamistów. Zaczątkiem tekstu był felieton Khemiriego opublikowany w dzienniku „Dagens Nyheter” tydzień po zamachu. Dwa lata później powstała powieść, którą zaadaptował na scenę w 2013 roku. W Polsce dramat w przekładzie Haliny Thylwe prezentowany był w październiku 2019 roku na Festiwalu Sztuk Czytanych w Teatrze WARSawy. Inscenizacja Marty Malinowskiej jest jego polską prapremierą i debiutem reżyserskim aktorki w ramach Społecznej Sceny Debiutów.

Amor (Mateusz Trembaczowski), Szwed o tunezyjskim pochodzeniu, dowiedziawszy się o ataku bombowym, zaczyna inaczej patrzeć na świat. Niby wszystko jest jak dawniej, dzwoni Shavi (Jakub Kordas), przyjaciel z dzieciństwa, który niedawno został ojcem i z przejęciem informuje o nowych umiejętnościach latorośli; Karolina (Paulina Fonferek) usiłuje skłonić go do wsparcia finansowego organizacji walczącej o prawa zwierząt; a kuzynka (Katarzyna Kucharska) prosi o przysługę – złożenie reklamacji wiertarki. Chłopaka ogarnia irracjonalny strach, choć z aktem terrorystycznym nie miał nic wspólnego. Doświadcza zatrważającego poczucia, że jest podejrzanym, tak samo jak wszyscy jego „bracia” o podobnej tożsamości etnicznej, równie obcym w rodzimym kraju. Rysopis sprawcy wszak pasować może do każdego z nich. Wychodząc z domu zabiera ze sobą nóż, czego wcześniej nie robił. Chłopak wszak zawsze pragnął jednego – wtopić się w tłum. Ale czy asymilacja jest możliwa, jeśli wciąż postrzeganym jest się przez pryzmat koloru skóry? Czy zmiana wyznania, imienia jest w stanie załatwić sprawę?

Podróż Amora przez miasto jest kolażem scen przeplatanych uporczywym dźwiękiem telefonu i etnicznie brzmiącą muzyką (Dominika Jarosz, Mateusz Trembaczowski), w których przeszłość miesza się z teraźniejszością, imaginacja z rzeczywistością. Powracają wspomnienia szkolnych szykan i stalkowania niedoszłej dziewczyny, Valerii. Pojawia się zmarła babcia jako dwunastoletnia dziewczynka z balonikiem w ręku, pragnąca ukoić rozedrganie wnuka. Fonferek, Kucharska i Kordas subtelnie przeobrażają się w kolejne postacie z opowieści Amora. Wchodzą z nim w dialog, komentują wypowiedzi jakby weryfikując pamięć. Trembaczowski jest w centrum i wywiązuje się z tego zadania znakomicie. Trudno pozbyć się wrażenia, że wchodzimy w umysł Amora, śledząc proces stopniowego pogrążania się w paranoi. Widać, że reżyserka włożyła dużo pracy w skrupulatnie rozczytanie tekstu. Do współpracy zaprosiła młodych aktorów, ale już z doświadczeniem scenicznym.

Malinowską interesuje temat uprzedzeń, które działają jak błędne koło, samospełniająca się przepowiednia. Trudno czuć się akceptowanym przebywając w otoczeniu (doskonała scenografia Igi Koclęgi imitująca slumsy) upstrzonym rasistowskimi graffiti typu „Europa dla białych”. To przestrzeń niesprzyjająca dobremu samopoczuciu, projektująca negatywny przekaz, rzutująca na odbiór przez innych ludzi. W tym kontekście trudno stwierdzić, czy rodzina Europejczyków spotkanych w sklepie faktycznie z pogardą patrzyła na bohatera, czy tak mu się tylko wydawało. Wszak sytuację, w której policjanci wskazują drogę ciemnoskóremu kierowcy, w pierwszej chwili postrzega jako brutalne zatrzymanie. W finale dramatu Amor we własnym odbiciu widzi podejrzanego. Reżyserka wzmacnia przekaz tworząc swoistą pętlę. Słyszymy wybuch, a ostatnią kwestię (wraz z protagonistą) wygłasza po arabsku ciemnoskóry mężczyzna wychodzący z widowni na scenę.

„Dzwonię do moich braci” wymierzone jest przeciwko stygmatyzacji. Wrogiem nie jest tu drugi człowiek, ale mechanizmy projektujące jego lęki na innych. Amorem może być każdy, kto czuje się odmienny, odrzucony, nienormatywny. To ważny i potrzebny spektakl. Konieczność mówienia o konsekwencjach pochopnych sądów i walka z uprzedzeniami dawno nie była w Polsce tak nagląca jak dziś.

***

Jonas Hassen Khemiri
„Dzwonię do moich braci”
przekład: Halina Thylwe
reżyseria: Marta Malinowska
prapremiera: 15 sierpnia 2020 roku, Teatr WARSawy w Warszawie, Społeczna Scena Debiutów (spektakl oglądany)
występują: Paulina Fonferek, Katarzyna Kucharska, Jakub Kordas, Mateusz Trembaczowski

Marta Żelazowska – pedagog, absolwentka studiów podyplomowych Wiedza o teatrze i dramacie z elementami wiedzy o filmie w Instytucie Sztuki Polskiej Akademii Nauk oraz Laboratorium Nowych Praktyk Teatralnych, otrzymała wyróżnienie specjalne w VI edycji Ogólnopolskiego Konkursu im. Andrzeja Żurowskiego na Recenzje Teatralne.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne