21.08.2021, 12:28 Wersja do druku

Protesty uliczne, czyli jak się to zaczęło

Artykuł Anny Sergijuk z niezależnej Białoruskiej Wspólnoty Teatralnej powstał w ramach cyklu "Listy z Białorusi"


Po wyborach w 2020 roku ludzie białoruskiego teatru zamarli w oczekiwaniu. Wydawało nam się, że teatr nie jest potrzebny, podobnie jak sztuka w ogóle. Nikt nie wiedział, co wystawiać, jak grać, o czym rozmawiać z widzem. Niedługo przed wyborami wybuchła pandemia, i już jej pierwsza fala pokazała, że państwo nie potrzebuje sztuki. Stało się jasne, że nikt nie będzie wspierał teatrów, niech się ratują na własną rękę. Kultura wstrzymała oddech. Ludzie teatru wegetowali za minimalne wynagrodzenie. Aktorzy dorabiali rozklejając po mieście plakaty, dobrze zarabiający pracownicy sfery IT fundowali ludziom kultury paczki żywnościowe, i tak dalej...

Teatry prywatne odwoływały zaplanowane spektakle i traciły pieniądze. Teatry państwowe traciły publiczność, lecz musiały pracować, aby zrealizować „plan”. W teatrach białoruskich nadal panuje „gospodarka planowa”: odgórny „plan liczby widzów” określa, ile osób musi odwiedzić instytucję przez określony czas, a „plan liczby wydarzeń” — ilość eventów. Podczas pandemii planowana liczba widzów została zmniejszona, lecz nadal był do wyrobienia plan określający liczbę wydarzeń. W czasie pierwszej fali pandemii dyrekcje teatrów za zgodą Ministerstwa Kultury szukały nowych form funkcjonowania teatrów (np. internetowe pokazy spektakli i innych wydarzeń kulturalnych). Druga fala pokazała lekceważący stosunek władzy do ludzi teatru i artystów: większość instytucji nadal musiała działać, nawet po wykryciu wirusa wśród pracowników.

Po pierwszej fali pandemii przyszła pierwsza fala protestów. Przyniosła rozkwit performatywnego teatru ulicznego, w który włączyli się ludzi protestujący przeciwko sfałszowanym wyborom i torturom.

Chcieliśmy pokonać zło miłością, muzyką, tańcem, perfomansem i uśmiechem. Powstało coś w rodzaju nowego ruchu hipisowskiego. Wśród ludzi którzy wybrali tę formę walki z przemocą byli też zawodowcy. Na przykład Wolny Chór, składający się z muzyków, którzy wykonywali pieśni protestu („Magutny Boża”, „Pagonia”, „Pożegnanie z Ojczyzną”, „Gdzie jest mój kraj”, „Mury” i inne) obok Filharmonii, w centrach handlowych, metrze i innych miejscach. Piosenkarka i skrzypaczka Tatiana Griniewicz-Motofonowa co wieczór grała muzykę ludową na Placu Niepodległości, gromadząc wokół siebie śpiewających i tańczących ludzi.

Przede wszystkim jednak performerami stawali się zwykli ludzie, przedstawiciele najróżniejszych zawodów, którzy wykazali się niesamowitą kreatywnością, poczynając od tworzenia dowcipnych plakatów, a kończąc na odegraniu mini-spektakli na placach i ulicach. Społeczność queerowa organizowała taneczne imprezy rave na Placu Niepodległości, kreując pozytywną atmosferę. Pamiętam na przykład dwie dziewczyny, które zdobyły staroświecki telefon obrotowy i odegrały przedstawienie „Nick and Mike”, wyśmiewając nagranie audio rozmowy między Berlinem a Warszawą, rzekomo przechwycone i przekazane białoruskim służbom specjalnym, w którym omawiano absurdalne teorie, w tym fałszowanie wyników otrucia rosyjskiego opozycjonisty Aleksieja Nawalnego.

Moja studentka (teraz już była) zrobiła hełm astronauty i plakat „Houston, mamy problem. Sania przechwycił śmigłowce!”[1] W tym przebraniu spacerowała podczas niedzielnego marszu (nawet na chwile pożyczyłam od niej ten strój). Sama natomiast zrobiłam sobie maskę Bruce'a Willisa i chodziłam z plakatem „Jestem twardym orzeszkiem” (w „przechwyconym” nagraniu Nick i Mike z Berlina i Warszawy nazwali Łukaszenkę twardym orzechem, co strasznie wszystkich rozbawiło).[2]

Byliśmy pełni nadziei. Tworzyliśmy wokół siebie atmosferę zabawy, święta i twórczości, śmiech bronił nas przed strachem. Nic lepszego nie mogliśmy wtedy wymyślić.

Dziś mówi się często, że nie wywarliśmy wtedy dostatecznej presji, że walczyliśmy wstążkami i kwiatami przeciwko uzbrojonym bandytom, a priori stawiając się na słabszej pozycji. Że zachowywaliśmy się naiwnie, jak dzieci. Cóż, właśnie byliśmy dziećmi, których samoświadomość karmiła się może infantylnymi, lecz jasnymi nadziejami. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie było. Marzyliśmy o tym, że w dniu zwycięstwa cały kraj wyjdzie na ulice i będzie świętował przez tydzień. Wiadomo, że każdy człowiek w danym momencie swojego życia robi tylko to, co może. Jeśli ktoś nie mógł działać bardziej zdecydowanie i odważnie, oznacza tylko to, że nie był do tego zdolny. Nie byliśmy gotowi.

Teraz, po tak długim czasie, już nie marzymy o szampanie w dniu zwycięstwa, lecz o wybuchu długo wstrzymywanego płaczu, który wstrząśnie całą Białorusią, kiedy wreszcie nam się uda.

Zabójstwa, tortury, cierpienia więźniów politycznych, aresztowania, grzywny, ucieczki, włamania do mieszkań, przeszukania i Bóg wie co jeszcze — wszystko to pogrążyło kraj w ciągłym, przewlekłym PTSD [3].

Tłumaczenie – Irina Lappo


1. Sania to zdrobnienie od imienia Aleksandr. „Przechwycenie śmigłowców” nawiązywało do emitowanej przez państwową telewizję relacji z przelotu uzbrojonego Łukaszenki helikopterem nad Mińskiem w trakcie rozpędzania protestów, a jednocześnie oznaczało ‘dostał kręćka’.

2. W krajach byłego ZSSR film „Szklana pułapka” (w wersji oryginalnej Die Hard) dystrybuowano pt. „Twardy orzeszek” (Kriepkij orieszek), co stworzyło szerokie pole do żartów nad męskością zagranej przez Brusa Willisa postaci twardziela (w dowcipach tytułu filmu używano w liczbie mnogiej).

3. PTSD (posttraumatic stress disorder ‘zespół stresu pourazowego’) — ciężki stan psychiczny wynikający z traumatycznych wydarzeń. Jest ściśle związany z poczuciem własnej bezradności wynikającej z niemożności skutecznego działania w sytuacji zagrożenia.

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne