Człowiekowi, który właśnie ucierpiał, dobrze byłoby najpierw pozwolić dojść do słowa. W „Wezuwiuszu. Cyklu życia tragedii” Bartosza Kozery musi on jednak poczekać. Dyrekcja ma oświadczenie, artysta pomysł, darczyńca rzeczy, których szkoda wyrzucić. Każdy przychodzi z czymś własnym i liczy na życzliwe przyjęcie. Poszkodowany powinien wykazać się cierpliwością. Jeśli zacznie protestować, jeszcze przeszkodzi w pomaganiu. Kozera przygląda się tej szczególnej sytuacji, w której cudze nieszczęście uruchamia tyle pożytecznych zajęć, że dla samego nieszczęśliwego zaczyna brakować miejsca. Pisze Igor Frender.
Początek jest skromniejszy. Młody przychodzi do pracy w sieciowej restauracji, gdzie kierownik Robert, zwany Kierem, jego zastępczyni Kicha i Pati obsługują codzienność roku 2004. Polska stoi przed wejściem do Unii, bezrobocie pomaga utrzymywać dyscyplinę, a przyszłość powinna być lepsza, bo tak się o niej mówi. Na razie trzeba wdrożyć pracownika. Kiedy Młody prosi o herbatę, Kiero podgrzewa napój Ice Tea w czajniku. Klient usłyszałby zapewne, że firma wychodzi naprzeciw oczekiwaniom. Nowy pracownik dostaje od razu lekcję, co to w praktyce oznacza.
Kozera od pierwszych stron dobrze słyszy język firmowej poufałości. Kicha zapewnia, że będzie miło i bez sztywniactwa, po czym rzuca pod adresem Młodego wulgarny rozkaz. Oczywiście żartuje. Ten żart ustala jednak warunki znajomości skuteczniej niż powitanie. Kiero z kolei chętnie opowiada o sobie jak o człowieku stworzonym do większych zadań. Jego raport kwartalny wygrał nawet konkurs poetycki, choć centrala nadal ma zastrzeżenia do formuł. Absurd wyrasta z całkiem rozpoznawalnej potrzeby: awans powinien potwierdzać wartość człowieka, nawet jeśli arkusz kalkulacyjny odmawia współpracy.
W okolicach frytury pojawiają się niepokojące sygnały. Kierownik każe je ignorować. Zwyczajny zakład pracy zaczyna przyjmować na siebie katastrofy z różnych porządków historii, a współczesne procedury spotykają się z antycznym chórem i wulkanicznymi lapillami. Kozera pozwala czasom i językom nachodzić na siebie, zachowując przy tym czytelny kierunek zdarzeń. Zagrożenie zostaje zlekceważone, potem trzeba poradzić sobie z jego skutkami. Szczególnie celny jest moment, w którym konieczność ucieczki zderza się z faktem, że nowy pracownik nie odbył szkolenia. Procedura potrzebuje jeszcze chwili. Katastrofa najwyraźniej nie zapoznała się z harmonogramem.
Po wypadku rozpoczyna się zasadnicza część tej historii: organizowanie pomocy, pamięci i publicznego obrazu poszkodowanych. Kolejne sceny pokazują, jak łatwo człowiek traci wpływ na własną opowieść. Jego cierpienie można wykorzystać w kampanii, upamiętnić w menu, odpowiednio przetworzyć na potrzeby sztuki. Sam zainteresowany bywa potrzebny przede wszystkim jako potwierdzenie, że przedsięwzięcie ma sens. Warto przy tym zauważyć, że Kozera dopuszcza mieszane intencje. CEO może chcieć poprawić los pracowników, nawet jeśli przede wszystkim dba o wizerunek przedsiębiorstwa. Dobro ludzi zajmuje w jego rachunku drugie miejsce. Wciąż może więc uważać się za przyzwoitego.
Najkrócej ujmuje ten problem rozmowa Pati z chirurgiem, który rekonstruuje twarze według własnej koncepcji:
— Sobie szyjesz czy mi?!
— Już mówiłem, holistycznie.
Pytanie jest konkretne, odpowiedź wygodnie poszerza temat. Im więcej perspektyw uwzględnia specjalista, tym mniej musi liczyć się z osobą leżącą przed nim. Ten mechanizm powraca przy próbach opowiedzenia tragedii: doświadczenie ma właściciela, ale koncepcję posiada już ktoś inny. Autor potrafi umieścić cały ten spór w krótkiej wymianie zdań. Żart działa od razu, a jego nieprzyjemny sens zostaje na dłużej.
Postacie różnią się przede wszystkim sposobem używania języka. Kiero ucieka w literackie skojarzenia i własne ambicje, Kicha pilnuje hierarchii, Pati trafnie rozpoznaje sytuacje, w których ktoś próbuje nią rozporządzać. Młody pyta, zanim nauczy się, jakie pytania utrudniają spokojną zmianę. Zarząd posługuje się mową deklaracji, wyjątków i korzystnych uzasadnień. Wspólny, rozpoznawalny dowcip autora przenika te głosy, lecz ich intencje pozostają różne. Ważne jest zwłaszcza to, że pracownicy także potrafią wywierać nacisk na słabszych. Własna zależność nie chroni przed ochotą, żeby choć przez chwilę kimś pokierować.
Kozera czuje scenę. Pracownicze tablo ożywa jako chór, szpital i narada zarządu mogą istnieć jednocześnie po dwóch stronach sceny, a wręczanie kwiatów staje się czynnością wykonywaną pod dyktando firmowych ustaleń. To daje aktorom konkretne zadania i pozwala widzieć rozdźwięk między gestem a jego intencją. W sekwencjach zbiorowych ważne są nakładające się głosy, tempo reakcji i nagła zmiana tonu. Czytając, ma się poczucie, że autor przewiduje zarówno miejsce na śmiech, jak i moment, w którym ten śmiech powinien się urwać. W połączeniu antycznej katastrofy, języka korporacji i sporów o to, kto ma prawo opowiadać cudze cierpienie, tkwi oryginalność tej sztuki.
Odrobinę zgrzyta mi natomiast rozbudowana parodia filmu o tragedii. Rozpoznanie jest trafne: twórcy dopasowują ludzi do wygodnej dramaturgii, a ich sprzeciw traktują jak brak zrozumienia dla sztuki. Kolejne przykłady i dopowiedzenia chwilami potwierdzają jednak coś, co już dobrze zobaczyliśmy. Być może niewielkie skróty pozwoliłyby mocniej wybrzmieć najlepszym wymianom zdań. Przy tak dużej sprawności językowej pokusą staje się dopisanie jeszcze jednego celnego żartu. Czytelnik docenia jego celność, ale zaczyna czekać na powrót do ludzi, od których wszystko się zaczęło.
Szczególnie przekonuje mnie fragment zatytułowany „Inna estetyka”. Kiero opowiada o synu, który woli, żeby ojciec nie wysiadał przed przedszkolem. Pati mówi o spojrzeniach, które wcześniej uprzedmiotawiały jej ciało, a teraz ją odpychają. Po serii efektownych pomysłów dostajemy proste sytuacje, bez konieczności szukania kolejnego dowcipu. Dzięki nim łatwiej zrozumieć, o co pracownicy walczą, nawet kiedy sami nie umieją tego nazwać. Katastrofa trwa także w drodze do przedszkola, długo po zakończeniu oficjalnych wystąpień.
W dalszych scenach dowcip zaczyna coraz mocniej niepokoić. Podejrzenia krążące po internetowym forum zamieniają się w oskarżenia, a te w agresję wobec poszkodowanych. Kozera pokazuje, jak szybko deklarowana solidarność ustępuje przekonaniu, że ofiary powinny jeszcze udowodnić własne cierpienie. Późniejszy projekt wspólnego symbolu, mającego pogodzić wszystkich, prowadzi do równie przewrotnego rezultatu: zamiast zgody powstaje jednolita, szara masa. Trudno o lepszy obraz jedności osiąganej kosztem różnic. Powraca przy tym mechanizm znany z początku sztuki: wygodniej zignorować ostrzeżenie, niż przyznać, że coś znowu wymyka się spod kontroli. Wezuwiusz okazuje się więc nie jednym wybuchem, lecz zagrożeniem, które stale może wracać.
To jednak pracownicy restauracji decydują o sile „Wezuwiusza”. Groteska pozwala Kozerze pokazać przemoc ukrytą w trosce, uprzejmości i zawodowej kompetencji, a przy tym nie odbiera postaciom drobnych ambicji ani prawa do irytacji. Najbardziej niewygodne pytanie tej sztuki dotyczy chwili, w której pomagający powinien ustąpić. Czy potrafi przyjąć, że ktoś nie chce jego daru, pomnika albo pięknej opowieści? To próba trudniejsza niż wygłoszenie zapewnienia o solidarności. Wymaga uznania, że drugi człowiek może nam zepsuć całkiem udany pomysł.