Logo
Magazyn

Wojtek

28.10.2026, 14:14 Wersja do druku

Wojtek. Albo jak go czasem nazywaliśmy Woś, bo podobno takie było młodzieńcze zdrobnienie jego imiennika Wojciecha Bogusławskiego. Żart, w którym tkwiła też szczypta respektu dla tej pasji i miłości do teatru jaką żywił Wojtek.            

fot. mat. Filmu Polskiego

Z pierwszego wykształcenia ekonomista po SGPiS, z dużymi sukcesami w tym zawodzie, z pozycją, której w czasach PRL-u wielu mogło mu pozazdrościć, marzył o teatrze i z uporem tych marzeń nie porzucał. Początkowo spełniał się jako aktor w amatorskim teatrze Akt-69, aby po 5 latach pracy w Centrali Handlu Zagranicznego zacząć studia reżyserskie w warszawskiej PWST.

Tam się poznaliśmy. A dokładniej w nieistniejącej już kawiarni „Gwiazdeczka” na Piwnej, gdzie my 'starszaki” czyli studenci drugiego roku reżyserii udzielaliśmy rad „pierwszakom”. Potem były codzienne spotkania, wspólne doświadczenia teatralne, wielogodzinne dyskusje, żarty, plotkowania w bufecie szkoły na Miodowej, czy w którejś z pobliskich kawiarni.                               

Lata studiów minęły i zaczęła się praca każdego z nas na własny rachunek. Ale choć reżyserskie przygody rzucały nas po różnych teatrach w Polsce nie traciliśmy kontaktu ze sobą. Kiedy była ku temu sposobność spotykaliśmy się, aby oczywiście gadać o teatrze i snuć projekty jakiegoś wspólnego przedsięwzięcia.                                                                                                             

Ziściło się to dzięki Wojtkowi, który w 1989 roku, wraz z nastaniem nowej popeerelowskiej rzeczywistości, został dyrektorem Teatru Popularnego. Jego teatr wystartował w sezonie1990/1991 pod nową nazwą Szwedzka 2/4 i funkcjonował do maja 1994 roku. Otworzyła go Wojtkowa inscenizacja „Historii” Gombrowicza. I nie mogło być inaczej, bo przecież dyrektor Szwedzkiej był zaciekłym wielbicielem Gombra.                                                     

Pytany w jednym z wywiadów o to, jaki teatr będzie robił, żartobliwie odpowiadał, że „koteryjny”, bo chce zgromadzić w nim „pokrewne dusze”. I był to żart na serio, bowiem całą naszą czwórkę zaangażował do pracy na Szwedzkiej. Każdego w innej roli, ale po to, by wspólnie tworzyć jedyną w swoim rodzaju grupę twórczą. W jedynym w swoim rodzaju miejscu. Najbardziej szalonym i otwartym na zwariowane pomysły. Tam zasypywano widownię piaskiem i zalewano wodą, a dyrektorzy nie wstydzili się chwytać za pędzel i malować ściany oraz pomagać przy zmianach dekoracji.                     

Początek lat 90. nie był łaskawy dla teatrów miejskich, do których zaliczony został Teatr Szwedzka 2/4. Bywało biednie, więc nie udawało się zrobić tego wszystkiego co planowaliśmy, mimo to dla nas był to okres niezwykle twórczy i szczęśliwy.   

Powstały wtedy doceniane przez krytykę i publiczność takie przedstawienia jak: „Wesele krwi” Lorki i „Pokojówki” Geneta w reżyserii Krzysztofa Kelma, „tak, chcę tak” Joyce'a i „Zamek” Kafki w reżyserii Henryka Baranowskiego, „Do Damaszku” Strindberga w reżyserii Marcina Jarnuszkiewicza czy „Woyzeck” Büchnera w reżyserii Wojtka. Otwarci na nowe oryginalne zjawiska gościliśmy Video-Teatr Joli Lothe i Piotra Lachmanna i „Teatr Papierowy” Zbyszka Micha. Konsekwetnie realizowaliśmy programowe założenie Szwedzkiej2/4 wystawiając teksty autorów „nieopatrzonych” na polskich scenach takich jak Botho Strauss, Robert Walser, Tom Stoppard czy Susan Sontag.   

Jak ważnym miejscem dla Wojtka był ten teatr i ten czas pisał po latach w tekście „Przystanek Szwedzka”: 

„Dziś myślę sobie, że powodem mojego pojawienia się na świecie, oprócz kilku mniej spektakularnych spraw, które przydarzyło mi się dokonać, była misja, tak to dzisiaj postrzegam. Misja zorganizowania tego, dziś trochę zapomnianego, ale istotnego, nie tylko z mojego punktu widzenia, teatru. Teatru, którego byłem jedynym szefem od dnia pierwszego po ostatni. Szwedzka 2/4.(...) Zostawiłem tam olbrzymi kawał mojego serca. Mojej duszy i wszystkiego, co miałem w sobie najlepszego. Nie tylko ja. Podkreślam to z całą mocą. Wszyscy, którzy współtworzyli to miejsce, także zostawili cząstkę samych siebie. I nie dotyczy to tylko twórców. Dotyczy wszystkich. To elektrycy, maszyniści sceny, inspicjenci, stolarz pan Janek i wszystkie przemiłe panie z kasy czy księgowości, które może swoją funkcję pojmowały inaczej niż twórcy, ale starały się za wszelką cenę pomóc nam, byśmy nie poginęli w gąszczu przepisów i paragrafów. One także wiedziały, że to wszystko, co ci szaleńcy tam wyprawiają, dzieje się po coś.”                           

Znamienne i prawdziwe w odniesieniu do Wojtka było motto jakim poprzedził ten tekst, cytat z „Czekając na Godota: „Wszyscy rodzimy się szaleni. Niektórym zostaje to na całe życie.”

Wojtek Maryański zmarł po długiej i ciężkiej chorobie 16 września 2026 roku.


Sprawdź także