Logo
Recenzje

Praktykowanie nadziei

22.12.2025, 15:10 Wersja do druku

„IMMUNOKRACJA” w chor. Pauliny Jaksim, Kasi Kulmińskiej i Izabeli Orzełowskiej z Hashimotowiksa & WÆXE w ramach programu OFF Polska. Pisze Barbara Michalczyk.

Z ciemności, trochę jak w boskim akcie tworzenia, wyłaniają się trzy ciała. Poruszają się w półmroku, oddalone od siebie, choć zespolone wydawaniem niskiego pomruku. Tak brzmi wspólny, medytacyjny oddech, zapisany w kolejnych sekwencjach. Performerki zbliżają się do siebie w powolnym rytmie, który wydobywa je z mroku. 

fot. Maria Boińska

Ich ciała, twarze, włosy zostały pokryte białą farbą lub glinką, co upodabnia je do antycznych posągów, a skojarzenie jeszcze mocniej podbijają stroje – przypominające rozchełstane giezła, a trochę imitujące baletowe kostiumy. Jasnym staje się, że jesteśmy u początków ludzkiej wspólnoty – ale także tańca, ponieważ jego kondycja (a właściwie kondycja tancerzy i tancerek) wydaje się być drugim, utajonym i nieopowiadanym w zapowiedziach tematem. Jest w tej sekwencji coś niezwykle pięknego, możemy podziwiać wyćwiczone ciała, które wydają się poruszać lekko, niemalże bez wysiłku, w harmonijnym zespoleniu. W trakcie ruchu obsypuje się z nich drobny pył, który do końca spektaklu zaścieli całą scenę – trochę jak ciężar historii, kurz który opada na polu bitwy.

Bo ta sekwencja płynnie przechodzi w kolejną, a ręce, które jeszcze chwilę temu łączyły się w uścisku i znaku nieskończoności, teraz odpychają, zgniatają, tłamszą i niszczą. Mit założycielski, który leży u początku opowieści o wspólnocie zostaje zanegowany – starożytni wymyślili demokrację, a my po raz kolejny odrzucamy możliwość bycia wspólnotą. By oddać tę współczesność, performerki zmieniają stroje na robocze drelichy: czerwony, zielony i niebieski, barwy RGB, które emitują wszystkie ekrany, którymi na co dzień się otaczamy. Dzięki kolorystycznemu rozróżnieniu kostiumów można łatwiej rozpoznać, czyj ruch znalazł swoje odbicie w projekcjach kodowanych na żywo. Technologia wpływa na immersyjność doświadczenia, każdy ruch zostaje zwielokrotniony w wizualizacjach, które częściowo odbijają to, co dzieje się na scenie, a częściowo stają się bezcielesnym performansem ruchu. Intymność i skupienie początku spektaklu, zostaje zastąpione mnogością bodźców, często równie agresywnych, jak ruchy samych performerek. 

Czy samo ciało, bez słów byłoby w stanie udźwignąć tę opowieść? Twórcy i twórczynie  stawiają to pod znakiem zapytania, dlatego publiczność otrzymuje także komunikaty płynące z offu – nagrane z wyprzedzeniem słowa jednej z performerek. Szczególnie poruszające w scenie, gdy nad unieruchomionym ciałem toczy się opowieść o wykluczeniu, braku nadziei i Polsce (a może świecie?), gdzie dyskryminuje się i wyrzuca poza obręb wspólnoty kolejne osoby. Opowiadanemu z offu życiu towarzyszy lęk, a ciało staje się kruche i chore. Przypomina to epizod depresyjny, w którym najmniejszy ruch wydaje się być poza możliwościami chorującej osoby, już i tak przygniecionej lawiną własnych, galopujących myśli. Co może nas jeszcze uratować? Czy cokolwiek będzie w stanie?

Kontynuację tej sceny, choć mniej dosłowną, możemy znaleźć w sekwencji z mechanicznymi, pluszowymi pieskami, które performerki wprawiają w ruch na scenie. To moment wytrącenia z dotychczasowej logiki spektaklu opartego na ciele – tym razem otrzymujemy metaforę społeczeństwa, które najpierw otoczono opieką (pieski zostają uruchomione i rozłożone na całej scenie, po której zaczynają się poruszać na tyle, na ile pozwala im wewnętrzny mechanizm – kilka kroczków i kilka szczeknięć później te, które były na jej obrzeżach, są już niemal w kulisach, wyłączone z dalszej akcji), a następnie przetoczył się po nim jakiegoś rodzaju koniec świata (światło staje się czerwone, a jedna z performerek tańcząc rozrzuca je po scenie, pieski padają i bezradnie poruszają łapkami w powietrzu). Myślę, że performerka, której bezruchowi towarzyszył monolog o niemożliwości odnalezienia się w świecie, odczuwała coś podobnego do tych piesków – także nie miała wpływu na to, co się z nią dzieje i mogła jedynie poddawać się temu, co inni jej robili – być może tak czuły się niektóre osoby na widowni. I właśnie dlatego sposobem na przełamanie tego stanu był akt troski. Pieski, jeden po drugim, były przekazywane widzom, którzy mogli otoczyć je opieką, przytulić i znaleźć w nich chwilę pocieszenia. Kiedy uczestniczyłam w tej scenie, wydała mi się niepotrzebna, bo zupełnie wytrącała z opowieści – zamiast skupić się na tym, co się dzieje, mimowolnie wodziłam wzrokiem za osobą, która rozdawała zabawki, krążąc wśród widzów. Ale właśnie to wytrącenie mogło być nam wszystkim potrzebne jako przeciwwaga dla trudnych i bolesnych emocji, o których tańczyły performerki. Puchaty okruch nadziei, dowód na to, że wzajemna troska może być jedynym ratunkiem.

Wszystko to popycha do rozważań nad przesłaniem, które proponują nam twórcy i twórczynie spektaklu. Sam tytuł to wymyślone słowo, zbitka przedrostka immuno-, który, jak usłużnie podpowiada Słownik Języka Polskiego, wskazuje na powiązanie słowa z odpornością lub uodpornieniem organizmu oraz końcówki -kracja, która wskazuje na typ rządów. W efekcie otrzymujemy neologizm, który ma się kojarzyć z odpornością na kryzys, wypracowaniem nowego sposobu na radzenie sobie z rzeczywistością. Trudno zaprzeczyć, że właśnie tego potrzebujemy w świecie, który od pewnego czasu wydaje się zmierzać w przeciwnym kierunku do tego, o którym marzę ja i moi bliscy – ale także twórcy i twórczynie tego spektaklu. 

Strategie, które proponuje zespół, wiążą się z jednej strony z wyrażaniem emocji, nietłamszeniem ich w sobie – gniew staje się tutaj radykalną praktyką nadziei – co przywodzi na myśl protesty, zintensyfikowane formy tworzenia wspólnoty, która manifestuje swój gniew i niezadowolenie publicznie, kontestując zastany porządek. Z drugiej strony to zwrot ku estetyce i pięknu. Finalna sekwencja ruchów została w spektaklu (który oglądałam w Domu Kultury Kadr w Warszawie) poprzedzona krótką dedykacją dla pracowniczek i pracowników Polskiego Teatru Tańca w Poznaniu – a także nazwana Atlantydą. 

Wspomniana scena była czymś w rodzaju klamry, pewnym powrotem do piękna ruchu z początku, tym razem dodatkowo podbitego przez wizualizację, która przywodziła na myśl odbicie ciała w wodzie i momentów jego zanurzenia i wynurzania. Była w tym radość bycia na scenie i występowania, trudniejszą do dostrzeżenia w trudnych, emocjonalnie ciężkich scenach, w większości wypełniających ten spektakl. Atlantydę, poza jasnym nawiązaniem do bycia podmorską krainą, można także odczytywać jako opowieść o tym, co utraciliśmy – ale co być może jest do odzyskania?

Właśnie ta ostatnia sekwencja w połączeniu ze specjalną dedykacją, jest dla mnie wskazówką, że ten spektakl można odczytywać przez dodatkową soczewkę auto-tematyczności. Towarzyszące im słowa otuchy, to dla mnie wyznacznik tego, że kryzys w środowisku polskiego teatru tańca dotyka podobnie wszystkie osoby twórcze, a radykalną praktyką nadziei jest w tym wypadku głośne mówienie o tych trudnościach, a co za tym idzie budowanie środowiskowej solidarności. Jak wspomniałam na początku, już pierwszą scenę można odczytywać jako opowieść nie tylko o utraconej wspólnocie, ale także mit założycielski związany z tańcem. Podobną optykę można zastosować także w innych scenach, nie tracąc jednak przy tym uniwersalnego przekazu, którzy zakodowali w tym spektaklu jego twórcy i twórczynie. 

Z dna morza zaś przeszliśmy płynnie do budowania wspólnoty dosłownie. Tańczące performerki zapraszały na scenę kolejne osoby – nie wiem, czy wcześniej umówione, czy losowe. Skoro opowiadamy o szukaniu wsparcia w innych, to nic dziwnego, że pojawiają się interakcje z publicznością, a czwarta ściana jest wielokrotnie burzona. Spektakl realizuje w lokalnej, małej porcji to, co proponuje w większej perspektywie. Pewne sekwencje ruchów pojawiają się wielokrotnie, potęgowane i zwiększane w toku opowiadanej historii, a sceny przeglądają się w sobie jak misterna kompozycja. I tak jak w otwierającej sekwencji performerki były od siebie oddalone, tak w finale trzymały się za ręce, tańcząc.

Pomimo trudnego tematu i wydawałoby się kompletnego braku nadziei w pierwszej połowie wieczoru, wyszłam z teatru z poczuciem, że nie wszystko zostało stracone. Wyszłam wdzięczna, z pomysłem na to, co dalej.

***

IMMUNOKRACJA 

Hashimotowiksa & WÆXE we współpracy:

Performans, choreografia: Paulina Jaksim, Kasia Kulmińska, Izabela Orzełowska
Koncept: Paulina Jaksim, Kasia Kulmińska, Izabela Orzełowska, Gonzague Rebetez
Motion-detection, światło: Gonzague Rebetez
Konsultacje dramaturgiczne: Magda Koryntczyk
Konsultacja techniczne: Mikołaj Jaksim, Michał Mądroszyk
Muzyka: MANOID
Kostiumy: Maria Kompf
Zdjęcia: Maria Boińska
Grafika: Malwina Mosiejczuk

Źródło:

Materiał własny

Wątki tematyczne

Sprawdź także