Stroni od czerwonych dywanów i nie udziela się w mediach społecznościowych...Mogę wypowiadać się na temat swojego zawodu, ale opowiadanie o swoim życiu prywatnym nie leży w mojej naturze. Dzielenie się własną intymnością uważam za coś mało stosownego – mówi Krzysztof Dracz (59).
Potencjał wart dostrzeżenia
Nic nie zapowiadało, że jeden z najbardziej zapracowanych, wszechstronnych i charakterystycznych polskich aktorów, którego ekspresja i fizjonomia często jest porównywana do słynnego Louisa de Funesa, swoje życie zwiąże ze sceną i filmem. Wprawdzie jako nastolatek w swoim rodzinnym Brzegu Dolnym brał udział w konkursach recytatorskich i występował w szkolnym kabarecie, ale nie wyobrażał sobie, że będzie aktorem. Dopiero w czwartej klasie liceum, kiedy nauczycielka chemii powiedziała mu, że mógłby nim zostać, w jego głowie zaświta myśl o szkole teatralnej.
– Być może widziała we mnie większy potencjał, niż ja sam w sobie dostrzegałem. W tamtych czasach aktorstwo wydawało mi się na tyle elitarnym i zacnym gremium, że uważałem, iż do niego zupełnie nie pasuję – zwierza się pan Krzysztof, który ostatecznie zdał jednak na Wydział Aktorski we wrocławskiej filii PWST w Krakowie. Dziś twierdzi, że była to najlepsza z możliwych decyzji i kiedy ktoś pyta go, co w życiu sprawiło mu największe szczęście, odpowiada, że bez wątpienia trafność wyboru zawodu.
– Choć zagrałem w wielu fabułach i serialach, które przyniosły mi rozpoznawalność, uważam się przede wszystkim za aktora teatralnego. Najważniejsze role zagrałem właśnie w teatrze, ale ciągle lubię poszerzać swoje doświadczenia i wachlarz możliwości. Zawsze chciałem, by zawód, który uprawiam, pozwolił mi rozwijać się na wielu płaszczyznach, dzięki czemu dobrze się czuję zarówno w komedii, jak i tragedii, lecz nieobca jest mi też pantomima, sam dokonuję wyborów – śpiew, czy dubbing – opowiada aktor. Od ponad dziesięciu lat nie jestem związany z żadnym teatrem, dzięki czemu gram różne gatunkowo role, i bez niczyjej pomocy prowadzę własny kalendarz. To daje mi szersze spojrzenie na moje środowisko oraz dystans, niezbędny w tym zawodzie – twierdzi artysta.
Inne pokolenia, te same uczucia
Od niemal czterdziestu lat jest też wykładowcą Akademii Sztuk Teatralnych we Wrocławiu. Zapytany, czy dzisiejsi adepci aktorstwa różnią się od jego pokolenia mówi, że absolutnie nie.
– Podstawą aktorstwa jest praca na emocjach, polegająca na autentycznym przeżywaniu i oddawaniu uczuć, by poruszyć widza. I w tej kwestii nic się nie zmienia, bo bez względu na to, w jakich czasach żyjemy tak samo kochamy, cierpimy, odczuwamy te same obawy i cieszą nas podobne rzeczy. Zmieniły się jedynie nośniki przekazu, gdyż dziś zamiast wysyłania telegramów piszemy smsy – uśmiecha się nasz rozmówca.
Aktor przygotowuje się właśnie do marcowej premiery spektaklu „Co po Grace?" w warszawskim Teatrze Polonia, w którym wystąpi i który reżyseruje. Gra również w ośmiu innych przedstawieniach, m.in. w Och-Teatrze oraz Teatrze Współczesnym i, jak mówi, nie zamierza zwalniać tempa.
– W tym roku przechodzę oficjalnie na emeryturę i chciałbym już nieco przystopować. Na to się chyba jednak nie zanosi, bo choć nie szukam pracy, ona zawsze jakimś cudem mnie znajduje. Dlatego dopóki starczy mi sił będę więc robił to, co kocham najbardziej i co sprawia mi największą radość oraz satysfakcję – mówi.