Logo
Recenzje

Powrót do brzegu

22.09.2026, 13:54 Wersja do druku

„Prądy wsteczne” aut. i reż. Magdaleny Drab w Teatrze Układ Formalny we Wrocławiu. Pisze Wiesław Kowalski.

fot. Kazimierz Zdziebło

Magdalena Drab od lat interesuje się ludźmi, którzy nie bardzo mieszczą się w porządku rzeczywistości. Jej bohaterowie bywają słabi, wyobcowani, zawstydzeni własnym ciałem, uwikłani w role społeczne, których nie potrafią odegrać albo których nie chcą już odgrywać. Czasem trafiają do świata groteskowego, czasem do koszmaru, czasem do bardzo konkretnej społecznej sytuacji. Zmieniają się języki, konwencje i punkty wyjścia, ale pozostaje charakterystyczny odruch: nie ufać temu, co zbyt łatwo daje się uznać za normalne, oswojone i oczywiste.

„Prądy wsteczne” są pod tym względem spektaklem znamiennym. Drab bierze historię pozornie dobrze znaną: matka jest ciężko chora, córki przyjeżdżają, by spędzić z nią czas, a wspólna podróż uruchamia dawne konflikty. To materiał na rodzinny dramat psychologiczny, który mógłby bez większego trudu podążyć w stronę wzruszenia, pojednania i terapeutycznej puenty. Drab wybiera jednak rozwiązanie mniej wygodne. Choroba nie staje się cudownym mechanizmem naprawczym, śmierć nie porządkuje automatycznie przeszłości, a rodzina nie okazuje się miejscem, w którym wystarczy wreszcie „szczerze porozmawiać”. I właśnie w tej odmowie łatwego katharsis najlepiej widać ciągłość jej pisania.

Drab mówiła kiedyś o swojej twórczości jako o próbie badania pewnej „nieprzyjemności”: niezgody, podejrzliwości, impulsu, żeby dotknąć miejsca, w którym coś uwiera. W „Słabych. Ilustrowanym banale teatralnym” źródłem tego dyskomfortu są ludzie nieprzystający do świata, w „Historii zapominania” – pamięć i historia, które nie chcą układać się w wygodną opowieść o wspólnocie, w „Dzielnych chłopcach” – próba przyjrzenia się środowisku kibiców bez przyjmowania gotowych stereotypów. W „Hamlecie na sprzedaż” przedmiotem podejrzliwego spojrzenia staje się z kolei sam teatr: jego instytucje, hierarchie, ekonomia, mit aktora i jego miejsce wobec centrum.

„Prądy wsteczne” wykonują ruch w przeciwną stronę: zamiast rozszerzać perspektywę, zawężają ją do rodziny. Nie jest to jednak powrót do czysto prywatnej opowieści. Rodzina staje się tutaj miejscem, w którym Drab sprawdza mechanizmy interesujące ją także wcześniej: co zostaje z człowieka, kiedy rozpadają się konstrukcje pozwalające mu dotąd funkcjonować. Choroba matki jest takim pęknięciem. Nagle kończy się możliwość odkładania spraw na później. Znika wygodna wiara, że jeszcze będzie okazja do rozmowy, wyjaśnienia, przeprosin czy wspólnego wyjazdu. Problem polega jednak na tym, że ograniczenie czasu wcale nie czyni ludzi bardziej racjonalnymi. Przeciwnie: przyspieszenie tylko zwiększa napięcie.

Córki chcą wykorzystać pozostały czas, ale każda rozumie ten czas inaczej. Każda ma inną matkę w pamięci i inną historię własnego dzieciństwa. To jeden z ciekawszych tematów spektaklu: pytanie, czy można powiedzieć, że członkowie jednej rodziny rzeczywiście wychowali się w tym samym domu. Biograficznie – oczywiście. Emocjonalnie – niekoniecznie. Ta sama matka dla jednej córki może być źródłem bezpieczeństwa, dla drugiej – niedostępności, dla trzeciej – ciężaru obowiązku. Wspólna przeszłość okazuje się więc zbiorem konkurujących ze sobą pamięci.

Tytuł „Prądów wstecznych” można potraktować jako obraz takiej sytuacji. Człowiek chce osiągnąć jeden cel, a jednocześnie coś nieustannie spycha go z obranego kursu. Nie pomaga wówczas siłowe forsowanie własnej drogi. Trzeba zmienić kierunek, przyjąć boczny tor, pozwolić sobie na ruch nieoczywisty. Ta metafora dobrze opisuje również sposób budowania przedstawienia. Drab nie prowadzi swoich bohaterek wyłącznie poprzez deklaracje. Temat często pojawia się okrężnie: w żarcie, drobnym konflikcie, wspomnieniu, przemilczeniu albo nagłej zmianie tonu. To właśnie w takich pęknięciach wyłania się więcej niż z bezpośrednich wyznań.

Dlatego ważny jest humor. Nie pełni funkcji wentyla bezpieczeństwa, który pozwala publiczności odpocząć od smutnej historii. Jest raczej częścią jej konstrukcji. Rodzina jest przecież jednym z tych miejsc, w których tragedia i farsowość potrafią istnieć jednocześnie. Najpoważniejszą rozmowę można przerwać uwagą o czymś kompletnie banalnym, a wieloletni konflikt może wybuchnąć z powodu drobiazgu. Śmiech nie neutralizuje bólu. Czasami przeciwnie – sprawia, że staje się on bardziej dotkliwy, bo odbiera mu patos.

W tym sensie „Prądy wsteczne” są bliskie „Słabym”. Tam również Drab interesowała się ludźmi, których nie da się łatwo wpisać w model poprawnego, szczęśliwego życia. Tam także ironia nie była przeciwieństwem czułości. Przeciwnie: pozwalała patrzeć na bohaterów bez protekcjonalności. W „Prądach wstecznych” podobna zasada zostaje przeniesiona na rodzinę. Drab nie idealizuje więzi między matką a córkami. Miłość nie zostaje tu przedstawiona jako magiczna substancja zdolna unicestwić wszystkie urazy. Można kogoś kochać i jednocześnie nie umieć z nim być. Można potrzebować bliskości i reagować na nią obronnie. Można chcieć przebaczenia, a zarazem nie być gotowym na to, co przebaczenie miałoby oznaczać.

Właśnie dlatego choroba matki nie jest w tym spektaklu wyłącznie tematem medycznym czy nawet egzystencjalnym. Jest narzędziem demontażu rodzinnego porządku. Zmusza bohaterki do wejścia w sytuację, w której nie można już tak łatwo zarządzać własnym wizerunkiem. Dorosłe córki na powrót stają się córkami. Dawne hierarchie uruchamiają się niemal automatycznie. Ktoś znów jest tą odpowiedzialną, ktoś inną tą trudną, ktoś tą, która zawsze potrzebuje więcej uwagi. Rodzina ma tę nieprzyjemną właściwość, że potrafi w kilka minut cofnąć człowieka o kilkadziesiąt lat.

Warto zauważyć, że Drab, która w „Hamlecie na sprzedaż” przyglądała się aktorom uwikłanym w role zawodowe i społeczne, tutaj również buduje opowieść o rolach. Tyle że tym razem są to role rodzinne. Każda z bohaterek wie, czego mniej więcej oczekuje od niej reszta. Trudność polega na tym, że żadna nie chce już być wyłącznie tym, kim rodzina nauczyła ją być. To sprawia, że „Prądy wsteczne” można czytać jako kolejny etap zainteresowania Drab tożsamością. W jej „Wyzwoleniach”, inspirowanych dramatem Stanisława Wyspiańskiego, pytanie o to, kim jesteśmy, miało wymiar znacznie szerszy: dotyczyło jednostki uwikłanej w zbiorowe wyobrażenia o polskości, płci, wspólnocie i własnej historii. Tutaj skala jest mniejsza, ale mechanizm podobny. Kim jesteś wobec matki, kiedy nie chcesz już być jej dzieckiem? Kim jesteś wobec sióstr, jeśli każda pamięta cię inaczej? Kim jesteś, kiedy rodzinna narracja, którą przez lata przyjmowałaś za własną, okazuje się tylko jedną z możliwych wersji wydarzeń?

Jest w tym także istotne przesunięcie względem wcześniejszej twórczości Drab. W jej dramatach często pojawiało się poczucie obcości wobec świata, pewien rodzaj dyskomfortu prowadzący ku grotesce, deformacji czy surrealizmowi. „Prądy wsteczne” są znacznie bardziej realistyczne. Nie oznacza to jednak, że są mniej charakterystyczne. Drab nie potrzebuje już niezwykłej sytuacji, żeby podważyć poczucie bezpieczeństwa. Wystarczą cztery kobiety zamknięte razem w samochodzie.

Ta prostota jest zarazem siłą i ryzykiem przedstawienia. Z jednej strony pozwala aktorkom budować postaci poprzez relacje, a nie poprzez efektowne formalne chwyty. Alicja Czerniewicz, Wiktoria Czubaszek-Górska, Paulina Mikuśkiewicz i Grażyna Misiorowska tworzą układ, w którym znaczenie ma nie tylko to, co każda z nich mówi, ale także sposób, w jaki reaguje na pozostałe. Rodzina nie jest tu sumą czterech monologów. Jest systemem napięć. Jedno spojrzenie może przywrócić dawną hierarchię, jedno słowo uruchomić pamięć konfliktu, jeden żart ujawnić więcej niż długa deklaracja.

„Prądy wsteczne” są w kontekście całej twórczości Drab ciekawym przypadkiem: Drab wybiera temat bardziej konwencjonalny niż wiele wcześniejszych prac, ale właśnie na jego konwencjonalności przeprowadza eksperyment. Czy da się zrobić rodzinny dramat bez obietnicy uzdrowienia? Czy można mówić o śmierci bez sentymentalnego uświęcania ostatnich chwil? Czy cztery kobiety mogą nie dojść do pojednania, a mimo to wykonać pewien krok ku sobie?

W „Prądach wstecznych” to, co wygląda jak klasyczny dramat o matce i córkach, stopniowo okazuje się opowieścią o pamięci, dziedziczeniu emocji i trudności w uwolnieniu się od własnej historii. A więc także o teatrze – choć nie wprost. O jego podstawowym zadaniu, które Drab wielokrotnie podejmowała: stworzeniu sytuacji, w której można coś zobaczyć inaczej, zanim jeszcze znajdzie się dla tego odpowiednią nazwę. Nie chodzi o rozwiązanie problemu. Raczej o chwilowe przesunięcie perspektywy.

I może właśnie dlatego spektakl nie potrzebuje jednoznacznego pojednania. Nie każdą relację da się naprawić, nie każdą przeszłość można uporządkować, a nie każda rozmowa prowadzi do zgody. Czasem wystarczy, że bohaterowie po raz pierwszy zobaczą siebie nawzajem poza rolami, które przez lata wydawały się niezmienne.

„Prądy wsteczne” pozostawiają po sobie właśnie takie wrażenie: że powrót do przeszłości nie musi oznaczać jej naprawiania. Czasem chodzi tylko o to, by zobaczyć, jak silnie nadal wpływa na kierunek, w którym próbujemy płynąć.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także