„Potok. Ćwiczenia ze wspólnoty” Jolanty Janiczak w reż. Wiktora Rubina w Teatrze im. Stefana Żeromskiego w Kielcach. Pisze Kamil Pycia na blogu Teatralna Kicia.
Kolejny raz udałem się do mojego uniwersum szaleństwa, czyli tego, co może zaproponować mi mój ulubiony duet twórczy Janiczak / Rubin. Znając większość ich teatralnej menażerii spektaklowej, mogłem z grubsza spodziewać się tego, co mogę dostać – o mój Boże, jak bardzo się myliłem. Na ich spektakle raczej nigdy nie szedłem z poczuciem bezpieczeństwa, bo – abstrahując już od tego, czy ich przedstawienia są udane, czy nie – zwykle nie wchodzi się w ich grę bezkarnie. Podobnie ma się sytuacja w przypadku ich najnowszego dziecka, czyli „Potoku. Ćwiczeń ze wspólnoty” z Teatru Żeromskiego w Kielcach.
Tym razem Jolanta Janiczak wzięła się za bary z kolejnym nieoczywistym kobiecym biogramem. Maria Wojdan, młoda mieszkanka wsi Potok, spotkała się w swoim życiu jedynie z upokorzeniem i cierpieniem. Jako jedna z jedenaściorga dzieci nigdy nie miała szansy zaznać ani matczynej czułości, ani ciepła i zrozumienia. Jednocześnie w sytuacji, w której jest pozostawiona samopas, staje się łatwą ofiarą – zwłaszcza w momencie, gdy nawet nie stara się bronić.
Rodzina przez swoje zaniechanie dopuszcza do tego, aby lekko niepełnosprawna intelektualnie dziewczyna stała się miejscowym popychadłem i najbardziej znaną w Potoku kurtyzaną. Zachodząc w ciążę z przypadkowym mężczyzną, staje się dla rodziny wstydem i ten fakt staje się początkiem samonakręcającej się spirali przemocy. Wojdanówna zostaje wyrzucona z domu, chowa się w lesie i zamieszkuje w wykopanej w ziemi jamie razem z czwórką swoich dzieci. Jej spokój i zgoda na swój los budzi w otoczeniu coraz większą złość, bo nie wpisuje się ona w oczekiwane reakcje społeczne. Pomimo bycia na marginesie i w coraz większym poniżeniu i pogardzie, nadal odwiedzana jest przez miejscowych mężczyzn, którzy są zapewne ojcami jej licznej gromady potomstwa. Momentem kulminacyjnym staje się zgon jednego z synków, którego ciało Potoczanie wykradają po upiciu matki, aby je poćwiartować i z żył bękarta stworzyć knoty do magicznych świec mające zapewnić im niewidzialność.
Ta wstrząsająca, oparta na faktach opowieść staje się pretekstem do poruszenia kilku wątków, niekoniecznie związanych jedynie z kwestią wynikającą z fabuły, czyli tytułowej wspólnotowości i stadności ludzi i tego, jak bardzo w przypadku Marii Wojdan ludzie zawiedli, no właśnie, w byciu ludźmi. Janiczak i Rubin dzięki zmyślnej scenografii Łukasza Surowca są w stanie wykreować bardzo sugestywny obraz tego właśnie zawodzenia oraz samonakręcania się ludzkiego okrucieństwa i złości – rzeka płynąca przez scenę, reprezentowana przez stalową rynnę, jest sucha i pusta; dopiero kiedy ludzie naleją do niej wody wiadrem, to zaczyna być prawdziwą rzeką. Mieszkańcy wsi Potok są zaklęci w swoim niekończącym się cyklu lania wody i zbierania jej u ujścia rzeki, aby na nowo wlać ją u źródła, a Maria Wojdan staje się swoistym zatorem w tej sytuacji – a, jak wiadomo, przeszkoda budzi agresję.
Warstwą, która była dla mnie jednak najbardziej dotkliwa, to skupienie się na badaniu, skąd w ludziach bierze się potrzeba poniżenia innych w celu podbudowania samopoczucia. Co ciekawe w „Potoku…” Wojdan, pomimo wszystkiego co przeżywa, nie jest ostatnim ogniwem – ona również w pewnym momencie staje się oprawcą. Mieszkańcy miejscowości wyżywają się na kobiecie, a w momencie, gdy przychodzi do niej mężczyzna chętny do skorzystania z jej usług, sama Wojdan poniża go, czym doprowadza go niemalże do śmierci samobójczej. Podobnie pobrzękuje ta kwestia w wątku współczesnym, w którym syn głównej bohaterki jako dorosły mężczyzna odnajduje poczucie przyjemności w poniżaniu słabszych od siebie jedynie po to, by choć przez chwilę poczuć się dobrze ze sobą. W całym obrazie okrucieństwa ten motyw jest na tyle uwierający, że zacząłem zastanawiać się, jak często jestem niemiły i wstrętny dla samego poprawienia sobie humoru i czemu tak naprawdę pozycja siły i dominacji może dawać aż tak wielką satysfakcję. Czemu to zezwierzęcenie staje się aż tak gratyfikujące?
Ważna jest także prosta kwestia nieprzystawania do normy, ale także wściekłość, jaką budzi u innych życie na własnych warunkach. Główna bohaterka tak realnie nikomu nie wchodziła w drogę swoim sposobem życia, jednak swoista wolność i jej kroczenie własną ścieżką sprowadziło na nią ogrom zła. Ludzie nienawidzą, kiedy słabsi od nich mają to, czego oni sami pragną, czyli samostanowienie i wolność wyboru. Boli ich, że ktoś, kogo o to nie podejrzewali, sięga po to, co tak bardzo ich pociąga. Sami jednak boją się wyprowadzić to poza sferę marzeń.
Wątek przeszłości splata się ze współczesnością, w której syn Marii przybywa do znikającej z powierzchni ziemi wsi Potok. Nie chce pozwolić na to, by historia o jego matce zniknęła z powierzchni ziemi razem ze zniknięciem wsi zagarnianej coraz bardziej przez pobliskie zakłady cementowe. Jednocześnie jest to swego rodzaju badanie kwestii tego, na ile tak traumatyczne biografie stapiają się z lokalną historią i zostają dłużej w DNA miejsca. Pozwala to popatrzeć, jakie piętno (i czy jakiekolwiek) odcisnął los Marii Wojdan na miejscowości. Okazuje się, że jeden z mieszkańców przypomina sobie opowieść babki o kobiecie mieszkającej w lepiance w lesie ze swoimi dziećmi; jest ewidentnie poruszony, ale nie wiem czy losem kobiety, wspomnieniem własnej babki, czy tym, że czuje się poniekąd winny przez genetyczne zakotwiczenie w miejscu, które wydało z siebie tyle zła.
Dzięki tym kilku płaszczyznom pojawia się też wątek dziedziczenia strachu i mechanizmów radzenia sobie z nim, ale także: schematów, w których ludzie pozbawieni celu w swoim życiu i żyjący w niekończącym się tunelu takich samych, szarych dni, sięgają po te same rozpraszacze – alkohol, przygodny seks czy też właśnie przemoc.
Janiczak i Rubin tworzą na scenie kolaż utkany na kanwie realnej historii, ale dotykają również kwestii bagatelizowania nadużyć; uwydatniają to w segmencie pod tytułem „Podcast dzieci z lepianki”, gdzie we współczesnym tonie córki aktorów opowiadają w niby to zabawny sposób historie z życia w rodzinie artystycznej. Śmiechu co nie miara, bo jest to poprowadzone w sposób pełen ironii i dystansu, jednak w samej treści rysują się obrazy nie mniej skandalizujące co te, których bohaterką była Maria Wojdan: dzieci głodne, porzucane przez matkę na długie tygodnie. Odbieram to dwuwątkowo: po pierwsze, jakże łatwo jest zbagatelizować przemoc i wyciągnąć z niej jedynie komizm słabej jednostki, która poddaje się kolejny raz ciosom figury dominującej, a po drugie: jak bardzo krzywdzenie innych stało się obojętne – historia Wojdan szokuje, jednak wyznanie córek aktorów już niekoniecznie; stają się jedynie śmieszną anegdotką opowiadaną w ramach żartobliwego podcastu – przemoc w szokujący sposób powszednieje. Może dokładnie to działo się w Potoku, ale też na przykład w Dogville u von Triera.
Twórcy kreują wiele sugestywnych scen, które są na wskroś nieprzyjemne i powodują ciarki na plecach. Na pewno zostanie we mnie na długi, długi czas moment, w którym Anna Antoniewicz (grająca Wojdan) pociąga wisielczy powróz i rozlegają się dzwony kościelne; bezwiednie przywołało mi to z pamięci niemalże identyczną sekwencję z filmu „Przełamując fale”, który opowiadał o bardzo podobnej historii jak ta, z którą mierzymy się w „Potoku. Ćwiczeniach ze wspólnoty”.
Jeszcze jedną sceną, która wzbudziła u mnie ciarki, był finał – w którym ogromny palec wskazuje na widownię, niczym nieme oskarżenie o to, kto jest winny tego wszystkiego, co widzieliśmy i tego, co dzieje się naokoło nas teraz. Jest to prawda; sami sobie jesteśmy winni takiego świata, na który się godzimy.
Aktorzy grają tutaj zespołowo; organizm, który tworzą, jest niezdrową naroślą na zdrowej tkance ludzkiej, której niestety nie ma w Potoku. Wszyscy są obrzydliwi w tym, jacy są i są unurzani po uszy w tej strasznej zbrodni, której największą winą jest zaniechanie i niezaspokojenie. Antoniewicz w roli Wojdan jest rozbrajająco dobra i świetnie oddaje nieporadność, ale też szalone skupienie jej bohaterki. Doskonale gra to z rolą Klaudii Janas, która odgrywa na scenie siostrę Marii – niepokojące zestawienie energii; nie do końca jesteśmy w stanie określić czy to, co popycha siostry przeciwko sobie to zazdrość, nienawiść czy może zwykła próba walidacji swojej pozycji. Ciekawa chemia na scenie.
Dawno nie czułem się tak wstrętnie brudny po spektaklu i jednocześnie walczyły we mnie dwa wilki: jeden cieszył się, że już po wszystkim, a drugi chciałby jeszcze. Obrzydliwie dobry spektakl, nie jest to na pewno mój ulubiony tekst Janiczak, ale dotyka i przeszywa. Był bardzo podobny do „I tak nikt mi nie uwierzy” z Teatru Fredry w Gnieźnie, bo epatował podobnym poziomem przemocy i bólu, ale uważam, że tak brutalne świadectwa są potrzebne i czasem o nadużyciach nie sposób mówić delikatnie. Pewne rzeczy trzeba opowiadać tak, jak są robione, czyli brutalnie i bez patrzenia na trigger warningi. Jest to spektakl z serii: nie poleciłbym go nikomu z powodu jego duszącego ciężaru, ale cieszę się, że go zobaczyłem i mogłem wpaść po uszy w to śmierdzące bagno bycia człowiekiem. Obrzydliwie być człowiekiem, jak, do diabła, możemy żyć wiedząc, że dzieją się takie rzeczy – zwłaszcza, że jak mantra przewija się przez cały spektakl stwierdzenie „jestem jedną z tysiąca takich biografii”, co dobitnie podkreśla moment, kiedy aktorzy proszą widzów o podanie imion ich krzywdzicieli. Niemożliwie niewygodny spektakl.