Logo
Recenzje

Czysta zabawa

25.02.2026, 14:54 Wersja do druku

„Pippi” na podstawie książki Astrid Lindgren w reż. Agnieszki Błaszczak w Teatrze Rampa w Warszawie. Pisze Marek Zajdler na stronie Nasz Teatr.

fot. Marek Zimakiewicz

Na wstępie wyznać muszę rzecz kłopotliwą. Od zawsze uważałem twórczość Astrid Lindgren za dziewczyńską. Brzdącem będąc zachwycałem się przygodami Pana Soczewki, połykałem kolejne części loftingowskiego Doktora Dolittle, przełknąłem nawet Rogasia z Doliny Roztoki i pochyliłem się nad niedolą Naszej Szkapy, ale bohaterowie Lindgren ani mnie grzali, ani ziębili. Inna sprawa, że zaważyły na tym „Dzieci z Bullerbyn”, a lektura Fizi Pończoszanki, bo tak zwano wówczas Pippi, zwyczajnie nie odcisnęła swego piętna w mej pamięci, pobłyskując co najwyżej telewizyjnym serialem. Odżegnując się jednak od dziecięcych wspomnień, wyruszyłem z nadzieją na spotkanie ze słynną, piegowatą, rudowłosą dziewczynką do kończącego obchody 50-lecia Teatru Rampa. Tu bowiem, korzystając z adaptacji Zdzisława Jaskuły i równie okrągłej rocznicy, czyli osiemdziesiątych urodzin panienki Långstrump, wystawiono właśnie „Pippi” w reżyserii Agi Błaszczak.

Spektakl rozpoczyna choreograficzna sekwencja prezentująca pozatytułowych bohaterów opowieści, postaci współczesnego, zunifikowanego w strojach i sformalizowanego w społecznych rolach świata. Wszyscy robią co do nich należy, jak roboty powtarzają wciąż te same czynności w ustalonym porządku rzeczy: dzieci pilnie się uczą, nauczycielka odpytuje przy tablicy, policjant kieruje ruchem, a rodzice… ha, sam musiałem się przez chwilę zastanowić co takiego porabiają, bo w dobie wszechobecnych zmywarek oddawali się wspólnie czynności rzadko już oglądanej. Ruch zaprojektowany przez Alisę Makarenko jest tu zresztą obecny bezustannie, dynamizując, bądź celowo spowalniając sceny, wnosząc ciekawość, zaskoczenie i nie pozwalając na jakąkolwiek stagnację. Dzieciaki zobaczą i długiego na 8+4 metry węża, i baletowo-operową lekcję w szkole, i trzymający w napięciu pojedynek z siłaczem Adolfem i kilka towarzyszących piosenkom czy skandowaniu typowo rampowskich przemarszy wśród publiczności zachęcających do wspólnej zabawy.

Bo jeśli zmylił Was początek poprzedniego akapitu i zasugerował jakieś poważniejsze tony, to proszę o tym zapomnieć. Wraz z pojawieniem się na scenie Pippi spektakl zamienia się bowiem w „pure fun”, czy raczej „rent nöje”, a po naszemu w czystą zabawę. Olbrzymia w tym zasługa fantastycznej w tytułowej roli Anny Mierzwy, która sięgając do najgłębszych pokładów wewnętrznego dziecka, fika i bryka w ogromnych buciskach, staje na rękach, szczerzy zębiska, chicha, śmicha i peroruje ze swadą biorąc się pod boki czy machając sterczącymi warkoczami. Niespożytą energią obdarowuje nie tylko publikę czy latające naleśniki, ale także zaburza dotychczasowe postrzeganie rzeczywistości u nowo poznanych Tommy’ego i Anniki. Nad wiek poważni i zdyscyplinowani przyjaciele Pippi doznają poznawczego szoku beztroski, radosnego chaosu i przekraczającej granice wyobraźni fantazji, która porywa ich w wir niesamowitych przygód. Towarzysząc Pippi odnajdują w sobie samych spontaniczną dziecięcą naturę, skłonność do szaleństw i łamania zasad. Odkrywają prawo do bycia dzieckiem. Agata Łabno i Karol Wnuk z wyczuciem oddają tę przemianę, z błyskiem w oku i nowych anarchistycznych ciuchach gotowi na kolejne awanturnicze hece. Oni także wraz z Anną Mierzwą dźwigają na sobie wokalny ciężar piosenek Joanny Kowalskiej zilustrowanych muzyką Michała Lazara, które dodane do oryginału wzbogacają narrację i często dają okazję do wspólnego imprezowania, klaskania i śpiewania wpadających w ucho fraz. Pippi wzrusza sentymentalnym songiem – wyrazem tęsknoty za nieobecnym tatą, a Tommy i Annika zapewniają, że dobrze jest „nosić skarpetki z wielkimi dziurami, na obiad (jeść) lody, a na deser cukierków kosz”, bo odrobina luzu jeszcze nikomu nie zaszkodziła.

To właśnie chyba uderzyło mnie w „Pippi” najbardziej. W czasach, gdy teatr dla dzieci poważnieje, stara się przemycać współczesne treści o potrzebie empatii, problemie samotności czy cyfrowych zagrożeniach, w Rampie mamy pochwałę nieskrępowanej wolności, nieograniczonej dziecięcej ciekawości i więcej nawet niż odrobiny szaleństwa. Z drugiej strony widać, że Lindgren pisała swą książkę w innych czasach. Przebodźcowanym i zestresowanym silnie rywalizacyjnym systemem edukacji dzieciakom teatr coraz częściej mówi, że bycie drugim też jest w porządku. Że czwórka w dzienniczku nie jest katastrofą i nie oznacza bycia przegrywem. Tymczasem opowiadająca niestworzone historie Pippi jest tu permanentną „zwyciężczynią”, debeściarą i mimo całkowicie odjechanych pomysłów najwzorem do naśladowania. Widać żem tetryk, bo dzielę włosa na czworo, na szczęście dzieciaki nie mają takich problemów i wychodzą zachwycone. „Najbardziej mi się podobało jak Pippi tupnęła i powiedziała »Tak być nie może, ja też chcę wakacje«” mówiła z ekscytacją w głosie dziewczynka do mamy wcinając premierowo przygotowanego w Rampie naleśnika. I to jest po prawdzie najrzetelniejsza recenzja.

Scenografia i kostiumy Marty Kodeniec, tak sterylne u lindgrenowskich mugoli, czarują barwnym światem wagabundów zmotoryzowanej Willi Śmiesznotki, sprytnie wykorzystując elementy dekoracji do perkusyjnego akompaniamentu. Pojawiają się także uroczy zwierzęcy przyjaciele Pippi, czyli KOŃrad Marszałek i Pan Nilsson – szczęśliwie pomna grania w przedstawieniu dla dzieci Agnieszka Makowska nie pomyliła go z inną animowaną w Rampie małpką, a nawet powstrzymała się od przejęcia kontroli kuratorskiej z Targówka nad aktorskim wcieleniem nie dającej sobie rady z pociechami szwedzkiej nauczycielki. Dużo radości wzbudza też pojawienie się na scenie siłacza Juliana Mere, cyrkowe popisy „wielkiego krojczego” Roberta Tondery w dość przerażającym oświetleniowo tle czy poszukiwania rzeczy patelnianymi wykrywaczami przy żartobliwie skojarzonych z imieniem głównej bohaterki dźwiękach. Cały zresztą zespół aktorski, czy to przepoławiany, czy osmalany płomieniami pożaru, bawi się w Rampie znakomicie, a nastrój ten udziela się nie tylko najmłodszej publiczności.

„Pippi” Agi Błaszczak nie rości sobie prawa do bycia niczym więcej niż rozśpiewaną, rozbrykaną i zwariowaną opowieścią o sile wyobraźni i potrzebie odnalezienia w sobie niepokornej dziecięcej radości odkrywania świata. Jak to w Rampie – jest energicznie, radośnie i na wysokich muzycznych obrotach, a oglądanie pochwiścielowatego wcielenia Anny Mierzwy to dodatkowa wisienka na torcie. Czy to spektakl familijny? Tu mam wątpliwość, chyba że rolę łącznika mają odgrywać sentymenty. To raczej przedstawienie adresowane stricte do dzieci i moim zdaniem nawet młodszych, niż szacuje sam teatr. Jeśli więc Wasze pociechy zanurzą się za bardzo w podręcznikach, (przed)szkolnym stresie i nawale zajęć dodatkowych, zabierzcie je na Targówek, by odzyskały nieco dziecięcego uśmiechu i swawolności. Reklamacji względem zmian zachowania milusińskich po wyjściu z teatru nie uwzględnia się.

Tytuł oryginalny

Czysta zabawa - "Pippi" w Teatrze Rampa, recenzja

Źródło:

NaszTeatr

Link do źródła

Autor:

Marek Zajdler

Sprawdź także