„bar.okowa uczta” w reż. Cezarego Tomaszewskiego i wykonaniu Capelli Cracoviensis w barze mlecznym Żaczek na Festiwalu Opera Rara w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.
bar.okową ucztę wypremierowano szesnaście lat temu. Legendarny wykon i nawet Ruda Maruda, moja ukochana recenzentka teatralna, tym razem nie marudziła. Spektakl zainscenizował choreograf Tomaszewski. Chciałbym dopisać: „nie ten”, ale gdy się zastanowić, wychodzi, że ten, a jakże. Zależy, jak spojrzeć. Madrygały w barze mlecznym „zrobiły Tomaszewskiego”; rozszerzyły to nazwisko, by było zdolne pomieścić dwóch znanych panów od ruchu. Tak należy debiutować.
Właśnie ów artysta imieniem Cezary wymyślił chorełkę do Bitwy warszawskiej Strzępki, co się dobrze składa, no bo przecież byłbym chory, gdybym w którymkolwiek tekście chociaż raz nie wspomniał tego przedstawienia.
bar.okowa uczta ma w sobie coś z Misia: jest swojska, urocza i cudownie konweniuje z przestrzenią zakładu żywienia zbiorowego. Dotąd, przy pierwszych dwóch setach (2010 i 2012), grali w Temidzie na Grodzkiej. Dawno tam nie byłem, trudno mi powiedzieć, jak tam dziś wygląda, przypuszczam jednak, że Żaczek wyłożony boazerią lepiej pasuje wnętrzarsko do dzieła Tomaszewskiego. bar.okowa uczta domaga się PRL-u, i to zastanego, a nie stylizacji. Śpieszmy się nawiedzać bary, tak szybko padają: bratni Żak spod Biprostalu, też pod szyldem Jubilata, już od dwóch lat nie istnieje.
Nie wiem, jaki typ recenzji napisać z tego wieczoru: operową, teatralną czy też kulinarną. Barszcz czerwony bardzo fajny, a ruskie nie gorsze, w cenie biletu pół porcji. Mężczyzna towarzyszący wyszedł nasycony i cieleśnie, i duchowo. Nawet najbardziej nadęta krytysia muzyczna w mieście królów polskich nieco się wyluzowała, kiedy wjechały pierogi.
Idea założycielska bar.okowej uczty: granie do kotleta. Operowa biesiada przy barszczu i śpiewie łączy dwa porządki, niski i wysoki, ale powstaje pytanie, właściwie który jest który. Barokowe madrygały w zakładzie gastronomicznym; muzyka Monteverdiego jako tło dansingu; krakowska socjeta w lokalu dla wszystkich. Bar mleczny wessał śmietankę.
Miałem przyjemność zatańczyć z Antoniną Rudą, której jestem wiernym fanem. Byłem pod wrażeniem umiejętności aktorskich Marzeny Lubaszki w roli bufetowej. Bas, tenor i kontratenor odstawili taniec brzucha, unaoczniając zaplecze wykonu operowego, który jest tańcem przepony. Bas nosi Calviny Kleiny i potrafi śpiewać z pełnymi ustami.
Impreza Tomaszewskiego, koncert między stolikami z elementami baletu, przypomina nieco Kabaret Sama Mendesa, ale ma też w sobie coś z drogi krzyżowej: spiritus movens wieczoru, skromnie przycupnięty za ladą chłodniczą, odczytuje rozważania do kolejnych stacji. Tłumaczenia madrygałów są do wglądu na stolikach. Tegoroczny secik celnie osadzono w czasie, między końcem karnawału a początkiem postu.
Wyszło przaśnie i poczciwie jak w późniejszych przedstawieniach tego reżysera. Chciałbym, by poprzednie zdanie nie brzmiało oceniająco, jednak odbiór tekstu leży po stronie odbiorców, tak więc sami się z tym jebcie. Osobiście wolę ostrzejsze klimaty i bezpardonowsze śmieszki niźli u Tomaszewskiego, lecz to kwestia gustu i przyzwyczajenia. Twórczość tego twórcy staje frontem do klienta, jest miła, klarowna i niesnobistyczna. Od klienteli zależy, czy będzie wzajemna dziełu, czy jego spoufalanie uzna za mezalians.
Utwór ma przesłanie, podane otwartym tekstem i przepięknie podkreślone głównym składnikiem dekoru, czyli stolikami: w bar.okowej uczcie chodzi o wspólnotę, przebywanie razem, bliskość z niebliskimi. Cała sztuka wypływa, jak u Wilde’a i Czechowa, z towarzyskiej posiadówki. Zasiadanie pośród obcych to w sumie sedno teatru.
Było super. Dziękuję Capelli Cracoviensis, że jest.