Logo
Recenzje

Portret rodzinny (we wnętrzu)

5.11.2026, 11:54 Wersja do druku

„Kto w płomieniach” w reż. Krzysztofa Prusa w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Pisze Małgorzata Jęczmyk-Głodkowska na blogu „Z pierwszego rzędu”.

fot. Artur Wacławek

Punktowe światło na chwilę wydobywa z mroku twarze – poważne, skupione, nieruchome. „Kto w płomieniach, kto w odmętach, kto w blasku słońca, kto w ciemnościach…” – płyną kolejne wersy pieśni „Who by Fire” Leonarda Cohena. Kontrastowe gry blasku i cieni, jak na obrazach barokowych mistrzów: Caravaggia, Rembrandta, będą współtworzyć dynamikę opowiadanej historii.

Cała rodzina – matka, ojciec, córka i syn – ustawia się do wspólnego portretu. Zastygają w wystudiowanych, niewygodnych pozach, ze sztucznymi uśmiechami przyklejonymi do twarzy. Po chwili uśmiechy znikają, a oni rozchodzą się, każde w swoją stronę, jakby wcześniej trzymała ich razem tylko rama obrazu.

Skupiony na karierze Ojciec (powracający do Teatru Rozrywki po trzyletniej przerwie Dariusz Niebudek) jest daleki i nieobecny. Sukces stał się organiczną częścią jego samego, zbudował na nim swoją tożsamość. Kiedy nagle karta się odwraca, czuje się zagubiony i całkiem bezradny. Nie umie już rozmawiać z bliskimi; dotychczas stanowili tylko ładną dekorację w tle życia tego wytrawnego gracza.

Matka (Marta Tadla) to kobieta z klasą; zawsze à propos, elegancka i… opuszczona. Mąż pracuje, dorosłe dzieci mają swój świat, do którego ona nie ma wstępu. Nawet będąc sama ze sobą, próbuje zachować pozory. Przecież nie wypada inaczej. Kiedy jednak siada przed lustrem biedermeierowskiej toaletki i zaczyna się w nie wpatrywać, trudno uciec od pytania, co pragnie dostrzec w jego tafli. Poczucie sensu? Lepsze dni, które może nadejdą? Moment, w którym wszystko zaczęło pękać?

Córka (Sofiia Popova) skrywa emocje za zasłoną milczenia. Tylko spojrzenia i gesty ujawniają ogrom żalu i samotności. Wszystkie uczucia skupiają się w jej pieśni „Oto jest”, by wybuchnąć na koniec poruszającą miniaturą taneczną, opowiadającą nagromadzony ból, niezrozumienie i kruchość.

Syn (Hubert Waljewski) najpierw podąża śladami ojca, który chce, by ten zajął jego miejsce. Kiedy ponosi porażkę, próbuje szukać własnej drogi w opozycji do wartości rodziców – w kontrkulturowym mistycyzmie, a potem w radykalizmie myślenia i czynów. Nigdzie nie znajduje ukojenia.

Każdy z bohaterów przychodzi ze swoją historią, ujętą w strofy poezji Leonarda Cohena (w tłumaczeniach Macieja Karpińskiego i Macieja Zembatego). Każdy ma własny rytm i ekspresję, wynikające z osobowości aktora, który się w niego wciela. Ale dzięki wyczuciu i skupieniu fantastyczny kwartet wykonawców współbrzmi nawet w dysonansach.

Po raz pierwszy na Małej Scenie Teatru Rozrywki została zbudowana konstrukcja tworząca swego rodzaju antresolę. Zajmuje ją zespół muzyczny pod kierownictwem Radosława Michalika (autora rewelacyjnych aranżacji utworów Cohena), ale staje się ona także sferą metaforyczną opowieści. Scenografia zyskuje pełnię w połączeniu ze wspomnianym już światłem (za oba elementy odpowiada Marek Mikulski). Zamyka ono lub otwiera poszczególne części przestrzeni, uwypukla działania i słowa bohaterów, wydobywa subtelnie kreślone relacje między nimi.
Wyświetlane na ekranie projekcje (autorstwa Macieja Mikulskiego), ukazujące pełne ukrytych odniesień barokowe martwe natury i wizerunki danse macabre, poszerzają pola interpretacyjne o kwestie poszukiwania duchowości, przemijania, godzenia się z losem, śmierci.

Przed tymi, którzy zachwycili się stylistyką „Piekła i raju”, wcześniejszej realizacji Krzysztofa Prusa dla Teatru Rozrywki, „Kto w płomieniach” odkryje tę samą nastrojowość, paralelne obrazy i motywy. Reżyser konsekwentnie buduje sceniczny świat na własnych zasadach. Poszczególne elementy zakomponowuje tak, by nie tworzyły wrażenia nadmiaru, ale harmonijnie uzupełniały się w ramach założonej formy.

„Kto w płomieniach” to precyzyjna w konstrukcji muzyczna przypowieść. Jej symbolika i alegorie kryją sensy, które zachęcają do wielokrotnych powrotów i odkrywania na nowo tego swoistego studium ludzkiej kondycji.

Pieśń pierwsza i ostatnia stanowią klamrę. „Chociaż wszystko poszło źle”, to, co się rozpadło, można z mozołem poskładać. Blizny nie znikną, ale może z czasem zblakną. A na końcu niełatwej drogi, wiele razy prowadzącej na manowce, tli się światełko… Jak je odnaleźć? Być może za każdym razem odpowiedź będzie inna. Ale warto próbować jej szukać – pomiędzy słowami, dźwiękami i obrazami.

Tytuł oryginalny

Portret rodzinny (we wnętrzu)

Źródło:

Z pierwszego rzędu
Link do źródła

Autor:

Małgorzata Jęczmyk-Głodkowska

Data publikacji oryginału:

02.11.2026

Sprawdź także