Logo
Recenzje

Teatralna Kicia: Arkadius is dead

5.11.2026, 09:57 Wersja do druku

„Arkadius is dead” Michała Kmiecika w reż. Marcina Libera w Teatrze im. Stefana Jaracza w Łodzi. Pisze Kamil Pycia na swoim blogu.

fot. Dawid Stube

Jak wiadomo jestem ikoną stylu i dobrego smaku, ponieważ łachmany to mój styl. Potwierdzi to każda osoba, która kiedyś widziała mnie na żywo, gdyż skład szmat to moje drugie imię. Dlatego też nie mogłem się doczekać aż w końcu uda mi się zobaczyć „Arkadius is dead” w Teatrze imienia Jaracza w Łodzi. Nie no, żartuję – tak naprawdę chciałem to obejrzeć, ponieważ jest to kolejny spektakl Marcina Libera, którego nie widziałem (spektaklu, nie reżysera – reżysera widziałem ostatnio w Kielcach na festiwalu, ale wstydziłem się zagadać, bo jestem wstydliwy i tajemniczy jak Tajemnicza Monika). Jak wiadomo, od lat zbieram te Libery do mojej prywatnej kolekcji jako największy i najmilusiejszy fan.

Spektakl Libera od samego początku nie daje widzowi złudzeń – na scenie stoi ogromny, pełen ubrań kontener rozcięty na pół, bezpośrednio nawiązując do życiorysu Arkadiusa, który po swojej plajcie zapakował co miał do stalowej puszki i wysłał ją do swoich znajomych w Szkocji. Po jakimś czasie z połówek kontenera wypełzają modele i modelki ubrani w nowe kreacje, a sam spektakl zaczyna się symboliczną śmiercią artysty, więc czujemy, że wszystko może nie skończyć się dobrze. Kmiecik w czasie pisania tekstu tego spektaklu zdecydowanie traktował biografię tytułowego bohatera pretekstowo, na samym starcie już to zaznaczę – nie dowiedziałem się o Arkadiuszu Waremczuku niczego, poza oczywistościami, więc już teraz można „Arkadius is dead” skreślić jako spektakl biograficzny i skupić się na tym, do czego sama postać projektanta została użyta na scenie. Liber do spółki z Kmiecikiem konstruują dość karkołomną budowlę opowiadającą o zderzeniu oczekiwań z rzeczywistością, zachłyśnięciu się wolnością, przemianie ustrojowej i próbie wyrwania się z uzależniającego i toksycznego świata, w który się wkręciło.

Opowieść prowadzi nas przez nagły awans społeczny Arkadiusza do Arkadiusa, kiedy niespodziewanie młody chłopak z Polski odnosi sukces w Londynie i wpada pod skrzydła Isabelli Blow (cudownie przerysowana Katarzyna Cynke), ekscentrycznej patronki nowych młodych talentów. Wprowadza go w świat high fashion, ale i w jego mroczną stronę pełną presji, narkotyków i pogoni za coraz nowszymi doznaniami. Dla młodego chłopaka to zachłyśnięcie popularnością staje się przyczyną popadania w coraz głębsze uzależnienie, ale też coraz większe długi spowodowane powiązaniem swojego biznesu z nieodpowiednimi ludźmi. Szkicuje to również co nieco temat brutalnej rzeczywistości wczesnego kapitalizmu w Polsce i tego szalonego miksu polskiego cwaniactwa lat dziewięćdziesiątych z nową rzeczywistością. To chyba była jedna z ciekawszych dla mnie perspektyw poruszonych w „Arkadius is dead”, szkoda że jedynie leciutko liźnięta.

Ważną kwestią była także próba nakreślenia skąd w Arkadiuszu taki chory pęd do sukcesu – wprowadza się jego szkolnego wuefistę jako katalizator tego wątku (w tej roli najpiękniejszy i super charyzmatyczny Mikołaj Chroboczek), który reprezentuje sobą na scenie typową chłopską logikę i stereotypowy brak ambicji. Waremczuk chce uciec jak najdalej od nauczyciela, który ciągle go karci i prześladuje, a jednocześnie staje się anty-wzorcem, obrazem tego, kim na pewno nie chce się zostać.

Same całościowe wnioski spektaklu można skrócić do: „uważaj czego chcesz, bo możesz to osiągnąć” – po wpakowaniu się w sukces zdobyty niemożliwymi kosztami zdrowia fizycznego i psychicznego trudno się z niego wyrwać. Okazuje się wtedy, że początkowa śmierć Arkadiusa, której byliśmy świadkami, nie jest wcale momentem tragedii, a tak realnie staje się punktem wyzwolenia i ucieczki od niezdrowego sukcesu; staje się oddaniem sprawczości i kontroli tytułowemu bohaterowi i pokazuje, że sukcesem można nazwać czasem też wycofanie się i poświęcenie się temu, co daje przyjemność, a nie poklask, bo blichtr nie zawsze jest tym, czym się wydaje.

Jak widać z punktu widzenia treści spektakl w teatrze Jaracza nie jest specjalnie odkrywczy, ale dowozi na poziomie formy – nieustająco pulsujące światło, muzyka HIROSZYMY, dynamiczna choreografia Hashimotowiksy (kolejny raz współpracują z Liberem i ewidentnie super się dogadują, bo znowu prezentują mega robotę) przykrywają brak błyskotliwości teksu Michała Kmiecika (zrozummy się dobrze – to nie jest zły tekst, bo niesie nas do przodu, ale wychodziły od tego faceta teksty o wiele lepsze. „Arkadius is dead” to strumyczek, a Kmiecik miewał już u siebie Niagary).

Trafiają się także momenty przesadnie krindżowe, których nie jestem sobie w stanie w żaden sposób wyjaśnić, jak na przykład cała sekwencja tańczących Szkotów z ogromnymi kindybałami wystającymi spod kiltów. Jasne, czaję, raz, że to nawiązanie do wysłania kontenera ze składem szmat do Szkocji, a dwa: odniesienie do stereotypowego myślenia o Szkotach i ich nienoszeniu bielizny pod kiltami (do tego wpisanie całości w queerowe ramy). Mimo wszystko nie czuję zasadności; ani to śmieszne, ani to błyskotliwe, ani w sumie żadne, ot, żarty o kutasach (Sarmacja się intensyfikuje). Podobnego zabiegu Liber użył w „Baśni o wężowym sercu” w Kielcach, jednak tam czarcia pała działała, bo była zasadnie wpisana w historię. Tutaj miałem poczucie doklejenia tego na siłę.

Poza wcześniej wspomnianą Katarzyną Cynke zauroczyła mnie swoją grą Natalia Klepacka jako Matka Boska (plus kilka innych wcieleń); majestatyczna, zaczepna i z takim hultajowskim błyskiem w oku. Jednocześnie posągowa, ale bez problemu wchodząca w estetykę bardziej kloaczną. Super szerokie spektrum możliwości aktorskich – dopisuje ją do listy postaci, które chcę śledzić.

Liber w łódzkim Teatrze im. Jaracza stworzył widowiskowy spektakl, który utyka na jedną nogę, bo nie do końca ma tyle treści, ile powinien mieć, ale zgrabnie to ukrywa dzięki wybuchom i wystrzałom, fajerwerkom i wodotryskom. Finalnie daje nadzieję, że śmierć artysty to wcale nie koniec, bo przecież zawsze można odrodzić się w ciutkę innej formie i być troszkę bardziej wolnym. Plus chyba dawno nie widziałem piękniejszego finału spektaklu niż Mikołaj Chroboczek śpiewający „Wonderful life”- ciary.

Źródło:

teatralna-kicia.tumblr.com
Link do źródła

Autor:

Kamil Pycia

Data publikacji oryginału:

04.11.2026

Sprawdź także