„Juliusz Cezar” Williama Shakespeare'a w reż. Kuby Zubrzyckiego z Teatru Nowego im. Izabelli Cywińskiej w Poznaniu na 30. Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku. Pisze Tomasz Domagała na stronie Festiwalu.
„Juliusz Cezar” opowiada o spisku rzymskich senatorów przeciwko Cezarowi, którego rosnąca władza budzi obawy o przyszłość republiki. Kasjusz przekonuje prawego i uczciwego Brutusa, że dla dobra państwa należy go zabić. Po zamachu Marek Antoniusz wygłasza mowę pogrzebową, która podburza lud przeciw spiskowcom i prowadzi do wojny domowej. W finale Brutus i Kasjusz ponoszą klęskę i popełniają samobójstwo. Antoniusz zaś, nieco paradoksalnie, oddaje Brutusowi najwyższy hołd, nazywając go „najszlachetniejszym z Rzymian” i podkreślając, że działał nie z osobistej ambicji, lecz z troski o republikę. Tyle Shakespeare.
Choć dramat nosi tytuł „Juliusz Cezar”, jego właściwym bohaterem pozostaje Brutus. Cezar ginie już w trzecim akcie, zamordowany przez spiskowców, ale powraca w akcie czwartym jako duch. Ukazuje się nocą Brutusowi w jego namiocie w Sardes i zapowiada: „Ujrzysz mnie pod Filippi”. W tekście Shakespeare’a zjawa nie pojawia się już ponownie – jej przepowiednia spełnia się bowiem symbolicznie wraz z klęską i śmiercią Brutusa. Wielu reżyserów decyduje się jednak przedłużyć sceniczną obecność ducha Cezara, chcąc wykorzystać potencjał dramaturgiczny tkwiący w tej postaci.
Taką właśnie drogę wybiera Kuba Zubrzycki w szkicu scenicznym przygotowanym z zespołem Teatru Nowego w Poznaniu, zaprezentowanym w ramach Konkursu Nowy Yorick. Dokłada do tego pomysł, by role Cezara i Brutusa powierzyć aktorkom, oraz interesująco uwspółcześnia całą historię. O tym jednak za chwilę, bo należy tu jeszcze powiedzieć kilka słów o samej idei Nowego Yoricka. Organizowany przez Gdański Teatr Szekspirowski konkurs adresowany jest do początkujących reżyserek i reżyserów, którzy wraz z zespołami teatrów partnerskich przygotowują szkice sceniczne przyszłych spektakli. Pokazywane podczas festiwalu formy work in progress nie są więc gotowymi przedstawieniami, lecz próbą sprawdzenia potencjału wybranej koncepcji inscenizacyjnej. Ponieważ dostrzegam w tym projekcie duży potencjał, chciałbym przyjrzeć mu się krytycznie. Nie sądzę bowiem, by doraźne peany mogły wnieść do rozmowy o nim cokolwiek wartościowego.
Po pierwsze – adaptacja. To ona daje najwięcej do myślenia. Kuba Zubrzycki nie radzi sobie na razie z zasadniczym problemem dramaturgii „Juliusza Cezara”. Sztuka jest głęboko pęknięta: z dramaturgicznego punktu widzenia najlepiej byłoby, gdyby śmierć tytułowego bohatera stanowiła jej finał. Tymczasem następuje już w połowie utworu. Kiedy więc po zabójstwie Cezara zapadła na scenie ciemność, miałem ochotę bić brawo i wyjść z teatru (zwłaszcza że pauza między obiema częściami trwała o kilka sekund za długo). Z tej perspektywy druga połowa sprawia wrażenie dopisanej na siłę. Nie jest to oczywiście problem Zubrzyckiego, lecz tekstu Shakespeare’a. Zadaniem adaptacji jest jednak znalezienie rozwiązania dla tego dramaturgicznego niuansu. Doceniam więc pomysł z pozostawieniem na scenie ducha Cezara, bo ma on rozwiązać problem, który pojawia się wraz ze śmiercią granego przez Antoninę Choroszy bohatera. Na razie jednak zabieg ten nie wystarcza, by przezwyciężyć dramaturgiczne pęknięcie tekstu.
Po drugie – uwspółcześnienie. Bardzo podoba mi się pomysł, żeby wrzucić całą tę opowieść w rzeczywistość medialną, ale jego wykonanie – niekoniecznie. Po pierwsze scenografia, wykorzystująca ohydną sklejkę, za którą niby znajduje się telewizyjne studio. Zamiast opowiadać o mediach, opowiada przede wszystkim o ograniczonym budżecie spektaklu. Transmisje live, skoro potrafią zamienić szlachetnych ludzi w okropnych morderców, też powinny być bardziej wyeksponowane, i to nie na takim badziewiu. Jeśli z kolei jesteśmy już w telewizyjnym studiu w prime time, warto zastanowić się również nad zróżnicowaniem sposobu zachowania się i języka bohaterów na wizji i prywatnie. Tego absolutnie zabrakło. Aktorzy podawali tekst pięknie, nie przeczę, ale wszystko było w nim jednakowo ważne i ostateczne.
O ile ciekawym zabiegiem wydaje się konstrukcja Juliusza Cezara, zamienionego jeszcze za życia w żywy pomnik (także za sprawą używanego przez niego języka i tonu), o tyle jego towarzysze, pomagając mu wyróżnić się na ich tle, mogliby mieć w sobie więcej życia i autentycznej, ludzkiej potoczności (napięcie między narracjami – ludzką i tą, z której wyłania się boska). Brakuje momentów dystansu do sytuacji, zwłaszcza „za kulisami”. Z kolei scena rozgrywana w studiu telewizyjnym między Antoniuszem a Brutusem pokazała, że Zubrzycki na razie za bardzo ufa tekstowi, a za mało sytuacji i aktorskiemu działaniu. Po części to zapewne wina regulaminowego limitu czasu – szkic musi zmieścić się w godzinie – ale mam przeczucie, że problem sięga tu nieco głębiej.
Po trzecie – kobiety w głównych rolach. To zdecydowanie najmocniejszy wątek, bo role Cezara i Brutusa są jakby skrojone pod Antoninę Choroszy i Julię Rybakowską. Świetnie wypada też połączenie Kalpurni z młodym Oktawiuszem (Weronika Asińska). Zastanowiłbym się jedynie, czy pomysł, by Cezar/Duch pomagał w finale Kasjuszowi i Brutusowi, nie jest zbyt łopatologiczny. Zwłaszcza że samo to rozwiązanie na razie niczego nie wnosi, a jego reżyserskiej podbudowy jeszcze nie widać. Bardzo podoba mi się również pomysł relacji Brutusa z tradycją jego przodków, realizowany poprzez pomnik/grobowiec, ale także temu wątkowi należałoby poświęcić więcej czasu i zbudować go z większą precyzją.
Praca ta ma duży potencjał, zarówno jako propozycja przeniesienia tego dramatu na scenę, jak i w sferze aktorskiej. Widać, że Choroszy, Rybakowska, Asińska, Kocurek i Romanowski znakomicie wyczuwają język Shakespeare’a oraz zapisane w jego dramacie emocje. Teraz trzeba jednak potraktować to jako bazę i zderzyć z reżyserską koncepcją oraz współczesną wrażliwością. I świetny spektakl gotowy. Wiem, łatwo powiedzieć „wiśta wio”, niemniej czekam na Was.