Logo
Recenzje

Pół godziny wątpliwości

26.03.2026, 12:41 Wersja do druku

„23 i pół godziny” Carey Crim w reż. Jarosława Tumidajskiego w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.

fot. Karolina Jóźwiak/mat. teatru



Polska prapremiera „23 i pół godziny” amerykańskiej dramatopisarki Carey Crim w Teatrze Współczesnym w Warszawie zapowiadana była jako opowieść o pęknięciu zaufania i o chwili, w której w stabilny świat bohaterów wdziera się rysa nie do zignorowania. Jarosław Tumidajski podkreślał w rozmowach, że interesuje go proces rodzenia się wątpliwości, a nie publicystyczny sąd nad bohaterem. Problem w tym, że na premierze więcej było deklaracji niż rzeczywistego napięcia, a rysa – zamiast boleśnie rozszerzać się z każdą sceną – zostaje od początku estetycznie uporządkowana.

Punkt wyjścia jest nośny. Tom – charyzmatyczny nauczyciel i opiekun szkolnego teatru – w momencie zawodowego spełnienia zostaje oskarżony o molestowanie uczennicy. Po odbyciu kary wraca do domu, gdzie czeka na niego żona, syn i przyjaciele próbujący odbudować dawny porządek. Już sama scena powrotu – która mogłaby stać się dramaturgicznym detonatorem – rozgrywana jest jednak w tonacji powściągliwej, niemal zachowawczej. Emocje zostają nazwane, ale już nie wybrzmiewają w ciszy i napięciu pomiędzy bohaterami. Pytanie o winę Toma nie zostaje jednoznacznie rozstrzygnięte, lecz zamiast pulsować podskórnie, funkcjonuje bardziej jako temat rozmowy niż realne zagrożenie dla relacji.

W tle pobrzmiewają echa kampanii przeciw nadużyciom władzy, mechanizm społecznego ostracyzmu, a także temat uzależnień, który najmocniej dotyka syna bohatera. To materiał na gęsty dramat psychologiczny. I rzeczywiście – tekst Crim bywa momentami precyzyjny w budowaniu konfliktu racji. Jednak w warszawskiej realizacji zbyt często osuwa się w dosłowność. Dialogi, które mogłyby operować pauzą i niedopowiedzeniem, są wypowiadane wprost, jakby twórcy nie ufali sile przemilczenia. W scenach konfrontacji – zwłaszcza między Leigh a Jayne – napięcie bywa rozładowywane zbyt szybko, jakby każda emocja musiała zostać doprowadzona do czytelnej puenty.

Tumidajski deklaruje, że centrum jego teatru stanowi aktor. Tym razem jednak zespół sprawia wrażenie, jakby wciąż pozostawał na etapie konstruowania postaci, nie wchodząc jeszcze w ich wewnętrzny ciężar. Szymon Mysłakowski jako Tom prowadzi rolę konsekwentnie, lecz dość jednowymiarowo – pomiędzy skruchą a urażoną ambicją. Brakuje w tej roli momentu niepokoju, drobnego gestu czy zawahania, które naruszyłoby zbyt szczelnie domkniętą konstrukcję postaci. Nawet w scenach, w których pojawia się cień agresji, jego postać pozostaje jakby wciąż pod kontrolą.

Katarzyna Dąbrowska jako Leigh ma kilka mocnych momentów, zwłaszcza gdy jej pewność zaczyna się chwiać i w głosie pojawia się ledwie uchwytne drżenie. Jednak jej rozdarcie robi wrażenie przeżywanego powierzchownie – jakby aktorka stała o pół kroku obok własnej postaci.”

Nieco wyraźniej zaznacza swoją obecność zwłaszcza w drugiej części Monika Pikuła jako Jayne. Jej postać – początkowo wpisana w konwencję lojalnej przyjaciółki – stopniowo odsłania wewnętrzny sprzeciw. Pikuła buduje tę przemianę subtelnie, bez podnoszenia emocji, operując spojrzeniem i drobnym przesunięciem akcentu w dialogu. W scenie, w której Jayne po raz pierwszy wyraźniej artykułuje swoje wątpliwości, napięcie staje się realne, bo nie wynika z retoryki, lecz z autentycznego konfliktu sumienia. To jeden z nielicznych momentów, gdy spektakl zbliża się do granicy moralnego dyskomfortu.

Najciekawszy okazuje się jednak najmłodszy na scenie – Nicholas w interpretacji Jana Scardiny. To nie chłopak pogrążony w odrętwieniu, lecz przeciwnie – stale pobudzony, jakby funkcjonował na granicy wytrzymałości. Jego ruchliwość, gwałtowne reakcje, niecierpliwość w ciele budują obraz kogoś, kto nie potrafi unieść ciężaru sytuacji. W jednej ze scen rodzinnej konfrontacji jego energia niemal rozsadza kameralną przestrzeń salonu – i wtedy po raz pierwszy czuć, że stawka jest wysoka. Scardina naprawdę „jest” w sytuacji, nie referuje jej. W jego obecności dramat przestaje być konstrukcją, a zaczyna być doświadczeniem, staje się czymś namacalnym, napiętym, pełnym niepewności i emocji.

Reszta zespołu – choć warsztatowo sprawna – pozostaje w bezpiecznym rejestrze znanych środków. I tu pojawia się zasadniczy problem: spektakl nie zaskakuje. Znając wcześniejsze realizacje Tumidajskiego w tym teatrze – dopracowane formalnie, oparte na precyzyjnie prowadzonych rolach – można było oczekiwać przesunięcia akcentów, może nawet ryzyka w rozbiciu realistycznej konwencji. Tymczasem całość utrzymuje się w estetyce psychologicznego realizmu, który nie zostaje podważony ani formalnie, ani interpretacyjnie.

Największy niedosyt dotyczy jednak napięcia moralnego. Sztuka stawia pytanie o granice zaufania – o to, czy można wierzyć niemal bez reszty, pozostawiając sobie jedynie margines wątpliwości. Teatr jednak powinien sprawić, by ta wątpliwość była doświadczeniem, a nie tylko tematem rozmowy. Tu pozostaje ona w granicach komfortu. Oskarżenie nie dotyka, społeczny osąd nie boli wystarczająco mocno, relacje nie rozpadają się na naszych oczach – jedynie przesuwają się o kilka bezpiecznych centymetrów.

Być może to spektakl, który z czasem nabierze temperatury. Być może aktorzy, grając kolejne przedstawienia, pozwolą sobie na większe ryzyko i pęknięcie. Mogłoby to pogłębić napięcie i wprowadzić widza w niepewność wobec świata przedstawionego. Na razie jednak „23 i pół godziny” pozostaje spektaklem starannie zbudowanym, lecz zbyt ostrożnym. Zadaje pytania, ale kontroluje ich konsekwencje. A pół godziny wątpliwości – która powinna rozsadzić świat bohaterów – zostaje tu zamknięta w ramach eleganckiej, bezpiecznej struktury – uporządkowanej i przewidywalnej, a nie eskalującej dramatycznego napięcia.

(5/10) – średni

Tytuł oryginalny

Pół godziny wątpliwości

Źródło:

Teatr dla Wszystkich

Link do źródła

Autor:

Wiesław Kowalski

Data publikacji oryginału:

26.02.2026

Sprawdź także