Z okazji Międzynarodowego Dnia Teatru w Zielonej Górze odżył teatralny krąg sprzed lat – podczas wieczoru promocyjnego (24 marca) wydawnictwa zatytułowanego „La belle époque Teatru Lubuskiego (1991-1996). Mały słownik biograficzny (wspomnienia byłego dyrektora)”, autorstwa Waldemara Matuszewskiego.
Wagę teatralnego kręgu uświadomił mi po raz pierwszy Jerzy Gurawski (1935-2022) – architekt i scenograf, projektant przestrzeni. Miało to miejsce w roku 1984 podczas stażu artystycznego dla młodych artystów teatralnych z całego świata w ramach Centre Universitaire International de Formation et de Recherche Dramatiques we francuskim Nancy, w czasie gdy miał tam miejsce Festiwal Teatru Narodów. Janusz Warmiński dyrektor warszawskiego Ateneum i prezes polskiego oddziału Międzynarodowego Instytutu Teatralnego (ITI) wysłał z Polski dwóch świeżo upieczonych reżyserów. Byłem jednym z nich.
Któregoś dnia prof. Jerzy Gurawski - w ramach prowadzonego dla naszej grupy w Nancy cyklu wykładów – poprosił organizatorów stażu o busik, którym zabrał naszą międzynarodową grupę na łąkę położoną na jakimś wzgórzu za miastem. Okazało się, że profesor zakupił przed wyjazdem okrągły bochenek chleba i butelkę czerwonego wina. Poprosił nas o to, abyśmy usiedli w okręgu (niczym przy ognisku) na trawie, w środku znalazł się bochenek chleba i wino. W takiej aranżacji profesor prawił nam o prostocie spektakli i ich układach przestrzennych w Teatrze Laboratorium Jerzego Grotowskiego, z którym współpracował przy wielu premierach. W jakimś momencie, na tej łące za miastem – kiedy siedzieliśmy wciąż w rytualnym kręgu - doszło do spożycia łamanego wspólnie chleba, popijanego czerwonym winem. O wadze teatralnego kręgu mówił mi także Maciej Prus, wówczas wykładowca warszawskiej PWST, który współpracował jako reżyser z Jerzym Gurawskim: „Kiedy ustawiasz w spektaklu scenę zbiorową będącą w ruchu staraj się dążyć do formy okręgu. Teatr dzieje się w kręgu.”.
Promocja wydawnictwa La belle époque Teatru Lubuskiego (1991-1996)… w Zielonej Górze miała miejsce w klimatycznym, kochającym artystów, klubie jazzowym „Piekarnia Cichej Kobiety”. Jego klimatyczność polega m.in. na tym, że zachowany został wystój starej piekarni z dwoma chlebowymi piecami. (Piece przypomniały mi natychmiast smak i zapach bochenka chleba zakupionego na wykład w Nancy przez prof. Jerzego Gurawskiego.) W centralnym miejscu klubu usytuowana jest scena. Przed wieczorem promocyjnym poprosiłem gospodarzy „Cichej Kobiety” o ustawienie na niej (w półkolu!) dziesięciu krzeseł – dla aktorów, autora i dla moderatora wieczoru. Dopełnieniem kręgu były miejsca przy stolikach skierowane ku scenie przygotowane dla gości wieczoru. W jego centrum (niczym chleb i wino w Nancy) znajdowała się mała 36-stronicowa książeczka w formie sztambucha, czyli właśnie „La belle époque…”.
Szczególną wartością i ozdobą wydawnictwa są portrety jego bohaterów, które wyszły spod ręki Arkadiusza Gacparskiego (1962-2013) – rysownika i scenografa teatralnego. Ponieważ szata graficzna tego małego wydawniczego cacka wzbudziła powszechny zachwyt, wypada podać nazwisko jej autorki – Małgorzata Pawłowska ze Studia Ling Brett.
Klucz do programu wieczoru był najprostszy – polegał na aktorskiej prezentacji wszystkich 26 króciutkich biogramów składających się na tytułowy mały słownik biograficzny. Hasła ludzi związanych z Teatrem Lubuskim mają charakter żartobliwy i serdeczny. Ich zabawne tytuły zawierają w sobie przydomki kolorowych teatralnych postaci. Bohaterowie biogramów stali się niejako dramatis personae wieczoru, wymieniam więc tytuły ich wszystkich:
Prof. Bardini wskazał mi Zieloną Górę,
Krystyna Polcyn – Księgowa Tysiąclecia,
Waldemar Matuszewski i Jan Tomaszewicz - duet na 4 ręce (trochę jak wcześniej H+O, czyli Hebanowski i Okopiński),
To Waldek Trębacz nadawał i rozdawał tytuły i przydomki,
Zespół zielonogórski – niezwykle sprawny i… żaroodporny!,
Krystyna Żylińska, Ciotka albo Żyła – legenda TL,
Jerzy Glapa – Poliklinik i Tybetańczycy,
Tatiana Kołodziejska – Antygona z piorunami,
Iwona Kotzur, Sławomir Krzywiźniak i Janusz Młyński – przejmujący tercet w „Andrei”,
Iwona Kotzur – Kocurka albo Iwonicz-Zdrój,
Elżbieta Donimirska, czyli Bieta – Chrystus z pomalowanymi paznokciami,
Tomasz Karasiński zwany Tomaszkiem – arbiter elegantiarum TL,
Sławomir Krzywiźniak zwany Krzywym – do tańca i do różańca,
Janusz Młyński zwany Młynuszem – na wieki wieków amant,
Muzeum Lalkowe Jerzego Lamenty,
Jan Wysocki – aktor-lalkarz i szekspirowski Pierwszy Aktor,
Kopciuszek, który ciągle zachodził w ciążę,
Wanda Bogucka - garderobiana Indira Gandhi,
Helena Bondyra – opoka tego Teatru,
Kamino Zbulwersowany – król montażystów,
Jerzy Hupa, kapitan „Batorego”,
Tadeusz Krupa – prezes radia, który zbudował most z Paryża do Zielonej Góry,
Red. Danuta Piekarska należała do zielonogórskiej rodziny teatralnej,
Grzegorz Emanuel – Hamlet-kaskader,
Hieronim Mikołajczak, czyli Wyjechali a o mnie zapomnieli!...,
Arkadiusz Gacparski – rysownik i scenograf teatralny,
Tekst zamykający: Przetrwamy w anegdocie…
Wszystkie te postacie przywołali z przeszłości (z lat 1991-1996) artyści Teatru Lubuskiego, byli i obecni: Iwona Kotzur, Elżbieta Donimirska, Beata Sobicka-Kupczyk, Joanna Koc, Dobrosława Trębacz, Sławomir Krzywiźniak i Waldemar Trębacz. Postacie prezentowali także: prowadzący wieczór i zarazem bohater (z racji ówczesnej doskonałej współpracy Radia z Teatrem) jednego z biogramów – Tadeusz Krupa, wieloletni prezes i redaktor naczelny Radia ZACHÓD, czytał również autor wydawnictwa. Czytający przytaczali - poza scenariuszem wieczoru, już od siebie - kolejne opowieści i anegdoty. Mikrofon wędrował także do widzów. Do okresu belle époque Teatru Lubuskiegonawiązał zaraz na początku wieczoru gość honorowy – dr Jarosław Barańczak, wojewoda zielonogórski z tamtych lat, a dziś – bardzo płodny i chętnie czytany poeta. Zabierali głos inni goście wieczoru, którzy wciąż pamiętają tamten okres z życia Teatru.
Jak z rękawa sypały się opowieści, które zasługują na to, aby ukazać się w przygotowywanej obszernej kronice Teatru poświęconej tamtemu okresowi. Soczysty język Krystyny Żylińskiej (z Rudym Mojżeszem na czele…), o niewygodach („głodzie i chłodzie”) grania spektakli zimą w terenie, o tym, jak „Batory”, czyli teatralny autobus, zablokował wjazd na parking podziemny w gmachu UNESCO w Paryżu podczas występów Teatru w tym gmachu, o szczególnych, przygotowaniach do niezwykłej polskiej prapremiery amerykańskiej sztuki „Andrea chodzi z dwoma”, o doświadczeniach z przestrzenią w spektaklu „Roberto Zucco”, o tym, jaką łaciną zareagował mały widz „Czerwonego Kapturka” siedzący w pierwszym rzędzie, gdy Wilk zbliżył się do niego trzymając nóż w ręku, o niekończących się przygodach scenicznych i pozascenicznych związanych z granym blisko 200 razy „Panem Tadeuszem”, etc. Zaprezentowane zostało także, zamieszczone na portalu e-teatr, wspomnienie o niedawno zmarłej, kochanej przez zielonogórskich aktorów garderobianej Dorocie Kubczak-Przewłockiej (https://e-teatr.pl/ty-bylas-nasza-doris-66946).
Obok kolorowych postaci teatralnych uwzględnionych w prezentowanym wydawnictwie pojawiło się tego wieczoru wiele innych – z 26 biogramów zrobiło się nagle dwa razy tyle... Spotkanie, polegające przecież tylko na opowieściach i anegdotach, trwało (z krótką przerwą) – jak dłuższy spektakl - dwie i pół godziny. Opowieści o ludziach teatru okazywały się niekiedy równie interesujące i kolorowe, jak same spektakle. Namnożyło się tych postaci, ale publiczność wcale nie chciała wychodzić. To było prawdziwe święto w zaczarowanym kręgu teatralnych wspomnień.
Zaklęty teatralny krąg, jak ten utworzony przed laty przez prof. Jerzego Gurawskiego na łące położonej na peryferiach Nancy, rzucił na obecnych swe czary (tyle, że tym razem w centrum uwagi ludzi siedzących w kręgu – zamiast chleba i wina – znalazło się małe wydawnicze cacko o teatrze). I na tym polegała satysfakcja organizatorów wydarzenia – gospodarzy zielonogórskiego klubu kochającego artystów „Piekarnia Cichej Kobiety”, członków Stowarzyszenia Teatr Na Pustej Podłodze pamięci Tadeusza Łomnickiego oraz artystów przywołujących tego wieczoru dawne postacie Teatru Lubuskiego, satysfakcja pełnych wzruszenia gości i samego autora wydawnictwa.