„Nawiedzony toster pani Watterson” Małgorzaty Margarity Bieńkowskiej w Teatrze Rozrywki w reż. Dominika Gorbaczyńskiego w Teatrze Rozrywki w Chorzowie. Pisze Małgorzata Jęczmyk-Głodkowska na blogu Z Pierwszego Rzędu.
Kiedy widzowie zajmują miejsca, na scenie trwa już preludium do spektaklu. Za ni to bramą, ni kratą otaczającą proscenium – dwoje ludzi w jasnych strojach. Poruszają się powoli, automatycznie, sobie tylko znanymi, wyznaczonymi torami. To Rankor (Natan Nogaj) i Jasio (Magdalena Kawecka) – pracownicy korporacji przyszłości. Przedstawienie rozpoczyna się od ich szkolenia, prowadzonego przez Coach (Inga Chmurzyńska), z wystudiowanym entuzjazmem wypluwającą z siebie potoki korporacyjnego bełkotu o rozwoju osobistym i byciu… najszczęśliwszą kiełbaską.
Scena druga. Strzelczyni wyborowa, pani Watterson (Izabella Malik), poważnie ranna podczas wybuchu, w którym zginęła jej partnerka (Ewa Grysko), otrzymuje od firmy Janusz Cybernetyka Exportowa protezy kończyn i nowe gałki oczne. Co prawda to ich tańsza wersja, ze znakiem wodnym; ale przecież darowanemu koniowi w gałki się nie patrzy – niechby i żabę miały nadrukowaną! Co prawda, żeby odwdzięczyć się za hojność, weteranka musi wystąpić w paru spotach reklamowych, zachwalając nowoczesne produkty firmy; jednak inaczej nie byłoby jej stać na luksus użytkowania syntetycznych protez. Pozostałby jej jedynie toster, otrzymany za wojenne zasługi, zamieszkiwany przez… ducha partnerki.
Prapremiera spektaklu „Nawiedzony toster pani Watterson” odbyła się 13 marca br. na Małej Scenie Teatru Rozrywki. Jego reżyser, Dominik Gorbaczyński, został w ubiegłym roku laureatem drugiej edycji projektu WyspianKiss, a przedstawienie było realizacją Nagrody Głównej przeglądu. Powstało na podstawie tekstu studentki dramaturgii, Małgorzaty Margarity Bieńkowskiej.
Młodzi twórcy ukazują świat AD 2060, zrujnowany po konflikcie zbrojnym (na ekranie z tyłu sceny widać Pałac Kultury i Nauki, który ostał się wśród postapokaliptycznych ruin Warszawy). Świat, w którym wszystko zostało unieważnione i wszystko jest na sprzedaż – na czele z tragedią jednostki. Korporacyjne struktury odzierają z człowieczeństwa, liczy się jedynie bezmyślna „frajda”. Zamiast życia – jego imitacja, wykrzywiona w groteskowych formach, podlewanych raz po raz porcjami zjadliwej satyry i absurdu.
Struktura spektaklu, zrazu intrygująca, z upływem czasu zaczyna męczyć nadmiarem: wizualizacji, dźwięków, ruchu, słów. Nie można wykluczyć, że to zabieg celowy, mający być nośnikiem przesłania i kontrapunktem dla końcowego, wyciszonego manifestu wygłaszanego przez Jasia. Oto diagnoza młodej generacji, skupionej na własnej niemożności, mającej pretensje do wszystkich, i zbuntowanej – chociaż nie wiadomo, przeciwko komu. „Nie znaczy nic jej mowa”, bo poprzednie pokolenie pozostawiło w spadku jedynie ogołocone z wartości hasła. Bolszewizm, zysk, duchowość, Lenin, rozwój osobisty… – młodzi żonglują frazesami będącymi zbitkami korporacyjnej nowomowy, zamierzchłych idei i sloganów reklamowych, nie umiejąc nadać im sensu. Boga nie ma, wszyscy idą do piekła, bo w niebie obsuwy i biurokracja (akurat to wiadomo już od „Sprawozdania z raju” Herberta). Mitologiczny bożek Pan (Samuel Drobisz) miota się na próżno w poszukiwaniu straconego czasu. Widz zaś grzęźnie w niezliczonych potokach słów, które przestają znaczyć.
Być może dlatego najbardziej poruszający moment sztuki to rozmowa zmęczonej, zrezygnowanej pani Watterson z duchem partnerki: pełna bliskości, czuła, zwyczajna. Bo żadna z kobiet nie jest w niej skupiona na sobie: poszukiwaniu własnego „ja”, samodoskonaleniu, autoanalizie, rozpamiętywaniu rzeczywistych i rzekomych traum oraz posttraum. One naprawdę słuchają siebie nawzajem i zwracają uwagę na swoje uczucia.
Czytam w tym fragmencie – być może na wyrost – próbę ocalenia teatru słowa, pauzy, uważności na scenicznego partnera. A kiedy bohaterki powoli opuszczają scenę, znów ustępując miejsca groteskowemu nadmiarowi, pozostaje mi mieć nadzieję, że nie jest to metafora współczesnego teatru i tego, w jaką stronę zmierza.