Logo
Recenzje

„Nienasyceni, czyli czysta blaga” - Wrażenia z teatru...

8.04.2026, 16:26 Wersja do druku

fot. Ola Sarnowska / mat. teatru

„Nienasyceni, czyli czysta blaga” w reż. Jerzego Łazewskiego w Scenie Fabrycznej w Markach. Pisze Ewa Sokół-Malesza.

fot. Ola Sarnowska / mat. teatru

Nie bez powodu nawiązuję do tytułu wiersza Wisławy Szymborskiej, by opowiedzieć o spektaklu „Nienasyceni, czyli czysta blaga”. Obejrzałam go w grudniu 2025 roku w Mareckim Ośrodku Kultury. Spektakl ten, w reżyserii Jerzego Łazewskiego, został zrealizowany w ramach grantu z programu KPO dla kultury, a także ze wsparciem miasta Marki. Jest swoistą kontynuacją wcześniejszego projektu teatralnego „ Czas i przestrzeń. Bruno Schulz. Sanatorium pod Klepsydrą.” Bruno Schulz to postać, która łączy oba spektakle, ale w „Nienasyconych, czyli czystej bladze” pełni on rolę drugoplanową. Jerzy Łazewski, reżyser i autor scenariuszy obu przedstawień tym razem stworzył teatralny kolaż, odwołując się do trzech wybitnych twórców międzywojnia – Stanisława Ignacego Witkiewicza, Witolda Gombrowicza i Brunona Schulza właśnie, trzech twórców, których losy zostały naznaczone wojną... Pracowicie wyszukał potrzebne mu słowa, frazy, wiersze w ośmiu utworach Witkacego, czterech - Gombrowicza, „Listach” Augusta Zamoyskiego, „Dziennikach” Bronisława Malinowskiego, „Polskim słowniku pijackim” Tuwima, a także wierszach Marii Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej. Bohaterem spektaklu tym razem uczynił Witkacego. Jego życiorys i twórczość są dla tego spektaklu ważne, ale przecież nie chodzi w nim o linearność ani dosłowność. Nie ma tu klasycznej adaptacji ani biografii. Trochę jak w kabarecie artyści na scenie korzystają z różnorodności tekstów, w sposób swobodny łączą różnorakie sceny, konwencje, przeplatają je piosenkami. Czuje się, że ostateczny scenariusz powstawał tam właśnie. Postać Witkacego, grana przez młodego aktora (Franciszek Świrski), służy czemuś innemu niż opowiedzeniu jego fascynującej i tragicznej historii. Umowność jest tu żywiołem.

Wyjątkowości temu artystycznemu projektowi przydaje fakt, że w licznej jego obsadzie są znani aktorzy, śpiewaczka operowa, studenci Akademii Teatralnej im. A. Zelwerowicza oraz aktorzy-studenci Sceny Głównej Handlowej. W spektaklu bierze też udział Aleksandra Jankowska – dyrektor Mareckiego Ośrodka Kultury, aktorka i ceniona animatorka kultury.

Spektakl zaczyna się w swoistym foyer, „przedsionku” właściwej sali teatralnej. Kiedy wejdzie tam publiczność, zobaczy zawieszone gęsto na ścianie portrety realizatorów przedsięwzięcia, wszystkie w stylu „witkacowskim”. Za stojącym w rogu sali fortepianem - eleganckiego muzyka w meloniku (Przemysława Bawoła w roli Schulza), a na parapecie okna, nieco z boku fortepianu siedzącą (a właściwie „półleżącą”) kobietę w pięknej wieczorowej sukni (to Anna Lubańska, w spektaklu grająca rolę Tutli Putli). Zawieszone za plecami muzyka tło – stare jutowe worki z bliżej nieokreślonych magazynów, wyraźnie z tymi postaciami kontrastują. Na fortepianie leżą rozczłonkowane fragmenty manekinów, widać sterty starych pędzli. Muzyk gra, publiczność stoi i przygląda się temu, co jest…

We właściwy spektakl wprowadzać nas zacznie głos z offu, prezentujący „Regulamin Firmy Portretowej” Witkacego. Słuchamy ognistej wypowiedzi z zakresu rozważań o sztuce współczesnej, czystej formie i prawdziwych artystach, którzy są skazani na obłęd i perwersję, gdyż „ ...taka jest fatalność naszego rozwoju społecznego, że tylko w obłędzie i perwersji może być w pewnych epokach wielkość, po czym następuje koniec sztuki...”. Głos wymienia jeszcze kolejne charakterystyki możliwych do wykonania i zakupienia portretów firmy, ale tego wywodu nie kończy, niespodziewanie na wypowiadane słowa nakłada się odgłos maszerujących żołnierskich butów. Ale jest on tylko jakimś bliżej nieokreślonym wtrętem… Trwa niezbyt długo, a gdy ucichnie, usłyszymy „Babuję” w brawurowym wykonaniu kobiety, półleżącej na okiennym parapecie. To niewątpliwy popis sztuki absurdu i wokalnego kunsztu. Dla niewtajemniczonych ważna informacja: „Babuja” to sławny numer Piureblagizmu – fikcyjnego kierunku w literaturze stworzonego przez St. Ignacego Witkiewicza, propagowanego przez założone przez niego przekorne pismo „Papierek lakmusowy”, gdzie ogłoszona została Teorya Czystej Blagi, zakładająca m.in. że: „szczerość w sztuce jest niemożliwością”; „w życiu i sztuce powinna panować beztroska, która pozwala wszystko udawać i zerwać z tożsamością osobowości”; „każdy może tworzyć byle co i ma prawo być z tego zadowolony, byleby nie był w swej pracy szczery i znalazł kogoś, kto równie kłamliwie będzie go podziwiać”; „blagować można zawsze i wszędzie, a więc twórczość piureblagistów jest wieczna”. Czynię ten informacyjny wtręt na temat Czystej Blagi i Babuji, gdyż dla opowieści o spektaklu wydaje się istotny.

Śpiewaną „Babuję” przerywa zbiorowy śmiech, otwierają się drzwi sali teatralnej. Widzimy protagonistę- aktora, grającego Witkacego, a w głębi teatralny tłumek, w kostiumach nawiązujących do lat 30-tych XX wieku. Zaczyna się właściwy Prolog – Witkacy komentuje działalność swej firmy portretowej i chęć portretowania ludzkiej duszy. Wielka firma” gębowzorów” go jednak męczy… Towarzyszący mu zespół wyśpiewuje znamienne słowa:

„Dziś albo jutro

na bordo papierze

muszę się uporać

z twa mordą frajerze

nie jest to przyjemność duża

cały dzień malować stróża

I za taki marny zysk

zgłębiać taki głupi pysk”.

Ale przecież Witkacy, jak sam o tym mówi wcześniej, „...będąc po prostu psychologicznym portrecistą ma tę wadę, że gęba ludzka w niesamowity sposób go interesuje”. Porzuciwszy zatem malarstwo (któremu notabene nie prorokował żadnej przyszłości) zaprasza nas widzów do teatru, teatru Czystej Blagi. Będzie tam demiurgiem, reżyserem, prowokatorem, będziemy przyglądać się ludzkim gębom. Wchodzimy zatem do niezbyt dużej teatralnej sali, gdzie niskie proscenium, zasłane białym papierem pełni chwilowo rolę stołu, siadamy blisko tego terenu gry. Witkacy dyryguje kilkunastoosobowym zespołem: wjeżdża szezlong, pojawia krzesło, sztaluga. Wezwany na scenę jest Schulz. Jesteśmy w modernistycznym salonie zakopiańskiej bohemy, można by rzec - domowym teatrze Witkacego. To zabieg teatru w teatrze, zawsze podkreślający dystans, umowność, wieloznaczność intencji twórców. Rozpędza się niesamowita teatralna maszyna. Groteska, a także wulgarność, mieszają się z liryką, kabaret z filozofią, wysokie z niskim, cielesne z metafizycznym, a wszystko jakby w cieniu zbliżającej się katastrofy. Jako widzowie bardzo szybko dajemy się wciągnąć w teatralną zabawę, wciąż aranżowaną i podsycaną przez Witkacego. W atmosferze salonu artystycznego modernistycznej bohemy Witkacy reklamuje Blagę. „Niech żyje czysta, rozkoszna, świadoma swej potęgi, swobodna, bezwstydna Blaga. O, Blago, o czysta blago- któż cię przelicytuje.” Szezlong staje się po chwili „wesołym autobusem”, śpiewającym nowy życiowy program aktorów tego widowiska:

„Wszystko nie to już

Gdyby nowy sojusz

zawrzeć tak z kimś nieznacznie

byczo się bawić

w rozkoszach się pławić

żyć pięknie , a nawet dziwacznie.”

Salonowe towarzystwo rozkręca się szybko, wszyscy są głodni wrażeń, emocji, nadmiarowości, wygłupu. Kwitnie pijaństwo, kwitnie erotyka. A Witkacy podkręca atmosferę : „Niech śmierdzi wszystko, niech na śmierć ten świat zaśmierdzi. Hej, hej, o czysta blago. Aktorzy grają ekspresyjnie, dynamicznie, przekonująco. W szybkim tempie następują po sobie kolejne świetne sceny - gęby, konkurs na przekleństwa, cudowna scena erotyczna z Panną Tutli Putli i jej wyśpiewanym „Nudzę się, nudzę się piekielnie”, scena pijaństwa, a potem leczenia kaca, wspaniała pieśń „Czułem, muszę cię całować”(Adam Tkaczyk, Jakub Jaskólski, Michalina Łajtar), sceny kąpielowe z dowcipną reklamą szczotek Sonnenbaldta, scena kinowa, pięknie wymyślone i zagrane sceny z Albertynką (Sandra Naum). Aktorzy śpiewają i tańczą. Z towarzyszeniem pianina, bez technicznych wspomagaczy. Zespołowe i indywidualne popisy wokalne są jak songi, wykonawczo bez zarzutu, mają moc. Płynie ze sceny zespołowa energia. Widz śmieje się często i ochoczo.

Szczególnie interesująca jest scena przywołania Gombrowicza (Rafał Królikowski), ukazanego w wannie. To moment, w którym dopełnia się triada twórców – Witkacego, Schulza i Gombrowicza – połączonych wspólnym myśleniem o formie, sztuczności i niedojrzałości jako fundamentalnych kategoriach sztuki. Jednocześnie Gombrowicz wnosi tu inną perspektywę – bardziej zdystansowaną, ironicznie chłodną, wynikającą także z jego odmiennego, młodszego doświadczenia pokoleniowego. Warto zauważyć, że każda z tych postaci i związanych z nią scen budowana jest w innej konwencji teatralnej, co nadaje całości ogromną siłę i wielowymiarowość.

Pewien niepokój wprowadzają sceny liryczne, zwłaszcza powracające w nich w różnej figuracji teksty z „Małego dworku”. Sceny te są kontrapunktem do dynamicznych scen zespołowych, zwłaszcza pierwsza z nich w wykonaniu Barbary Dziekan-Vajdy i Aleksandry Jankowskiej robi wielkie wrażenie. Przewija się w tych nieoczywistych scenach temat samobójczej śmierci. Nie jest to jednak nigdy jednoznaczne. Króluje bowiem niedopowiedzenie…

W miarę upływu spektaklu obserwujemy u Witkacego jakiś rodzaj przełamania, jakby stawał z boku tego, co się dzieje. Po fantastycznej scenie Orgii wyrywa mu się zwierzenie: „Jak mnie boli całe moje niespełnione życie”. A jeszcze później kolejne: „ Piekielne pomysły działają na zmysły, a dusza gdzieś skryta, nikt o nią nie pyta”. Wreszcie padają słowa zaprzeczające czystej bladze, słowa szczere, intymne : „Że też nic przyjemnego nie trwa dłużej jak 5 do 10 minut. Żyć będąc niezdolnym do życia ani do śmierci, nie kochać nikogo i nie będąc kochanym przez nikogo, być samotnym zupełnie w tym nieskończonym bezsensownym wszechświecie jest rzeczą wprost okropną”.

Coraz bardziej jako widzowie zaczynamy dostrzegać, jak spektakl zaczyna pełnić rolę „papierka lakmusowego”. Czy zdołamy dojrzeć nasze własne nienasycenie? Czy zaprzeczymy czystej bladze? Czy ujrzymy zagrożenie? Czy w tym naszym wojennym już przecież świecie będziemy kontynuować psychologiczny mechanizm ucieczki w zabawę, groteskę, zmysłowość, brak wartości, konsumpcjonizm, rozbuchane ego, kłamstwo? Spektakl, o którym opowiadam, niesie takie ostrzeżenie. W imieniu tego, co już było… Przesłanie antywojenne.

Główna postać tego spektaklu, Witkacy, popełnia samobójstwo 17 września 1939 roku, kiedy to Armia Czerwona przekracza polską granicę. W spektaklu realizatorzy świadomie budują scenę śmierci głównego przecież inspiratora dotychczasowych scenicznych działań. Ma ona oczywiście charakter bardzo teatralny, niewątpliwie nawiązuje do obrazu „Śmierci Marata” w wannie, ale przecież ma też w sobie wymiar pamięci, wymiar rzeczywisty – prawdziwą, nie udawaną śmierć. Żarty się skończyły. Jest to jakoś przejmujące. Tak zresztą jak kolejna scena, którą nazywam „kobiety u grobu”, kiedy to domniemane żony i kochanki Witkacego lamentują po jego śmierci. Jest to jednak scena, w której przeważa groteska i czas na gorzkie podsumowanie. Jedna z lamentujących czyta nad tym teatralnym grobem list od zmarłego, w którym opowiada on jak zdradził jedną kobietę z następną, żeby nauczyć się trochę kłamać. „Przekonałem się- pisze-że kłamstwo jest absolutnie konieczne i że trzeba się go uczyć”. I tak oto zmarły zostaje z tą gębą, którą sam sobie do gęby przyłożył. Ale my też zostajemy z blagą, chaosem, brakiem sensu, samotnością i strachem. Mocnym tego akcentem jest prezentowany w końcówce spektaklu przez B. Schulza rysowany intensywnie przez niego obraz. Widoczny jest na nim tylko chaos splątanych ze sobą linii.

W Epilogu spektaklu ponownie słyszymy odgłos maszerujących żołnierskich butów. Następuje destrukcja scenografii, mężczyźni jej dokonują, zrywają porysowane papiery, zwijają dywan, odsłaniają zaplecze sceny, Gombrowicz z walizkami opuszcza teatr. Powstaje jakiś krajobraz po bitwie. Kobiety stoją w kręgu, nie uczestniczą w tych działaniach. Mężczyźni opuszczają scenę. A kobiety zwracają się w stronę widowni, śpiewają piękną liryczną pieśń o miłości i śmierci do tekstu wiersza Pawlikowskiej Jasnorzewskiej. Powoli gasną światła. W ciemności rozlega się charakterystyczny śmiech Witkacego. Śmiech niwelujący ten promyk pięknej nadziei, płynący z kobiecych serc? A może to sygnał na uprawianą przez Witkacego blagę w zaświatach ?

„Nienasyceni, czyli czysta blaga” to wyjątkowy spektakl. Udało się bowiem realizatorom połączyć w nim lekkość i powagę w sposób odważny, inteligentny, zabawny. Stworzyć nieoczywistą teatralną formę, pełną atrakcji i prowokacji. Skłaniającą do refleksji. Gra w nim i pracuje na rzecz spektaklu wszystko: teksty, przestrzeń, scenografia, muzyka, choreografia, no i przede wszystkim aktorzy. Czuje się w tym spektaklu niezwykłą Zespołowość. Wspaniała jest ta aktorska energia, płynąca ze sceny, ta wzajemna aktorska wymiana. Świetnie funkcjonuje scenografia. Mniej znaczy więcej. Umowność ma wielką siłę. Przedmioty są wielowymiarowe. Wanna może być statkiem, wanną, w której pisze się książki, ale też wanną, w której się umiera, wanna może być grobem. Szezlong może być autobusem, latawiec samolotem. To scenografia metafory, prostoty, żartu, wiary w wyobraźnię widza. Niezwykła jest też muzyczność tego spektaklu i myślę tu nie tylko o świetnych piosenkach, ale też całym przebiegu rytmicznym spektaklu. W warunkach trudniejszych, skromniejszych niż oferują to sceny teatralne, dzięki wielkiemu zaangażowaniu i pielęgnowaniu wiary w sztukę, której koniec wieszczył przecież Witkacy, powstał spektakl, który na własny użytek nazywam Wydarzeniem. Zaliczam go w poczet wszystkich ważnych przedstawień, które ofiarowały mi tak wiele, że zapomnieć o nich naprawdę nie sposób.

A skoro tak, to trzeba tu jeszcze wymienić Wszystkich, którzy się w tę teatralną podróż wyprawili.

Obsada:

Alicja Biernat, Katarzyna Duk, Barbara Dziekan -Vajda, Aleksandra Jankowska,

Agnieszka Jelonkiewicz, Gabriela Kowalewska, Anna Lubańska, Michalina Łajtar, Sandra Naum

Przemysław Bawół, Jakub Jaskólski, Rafał Królikowski, Szymon Hamlet-Kuna,

Dawid Szwejkowski, Franciszek Świrski, Adam Tkaczyk, Piotr Wiszniowski

Scenariusz i reżyseria – Jerzy Łazewski

Scenografia i kostiumy – Hanna Mrozowska i Jerzy Łazewski

Muzyka i akompaniament – Dawid Ludkiewicz

Choreografia – Agnieszka Brańska

Światło i dźwięk – Marcin Skotnicki

Obsługa sceny – Marek Frączek

Koordynatorka projektu – Aleksandra Sarnowska

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także