Logo
Recenzje

Pierwszy polski spektakl o detranzycji

22.12.2025, 14:29 Wersja do druku

„Café Luna” Anny Burzyńskiej w reż. Józefa Opalskiego w Teatrze KTO w Krakowie. Pisze Maciej Stroiński.

fot. Wacław Pyzik / mat. teatru

Zapewniam Żukowi to, co niektórzy recenzenci niektórym dyrektorom: wierną i fachową klakę. Ale ja robię to jawnie i nic z tego nie mam.

Café Luna rusza jako afterparty. Ciemno, prawie noc, knajpa przymiera po szychcie, barmanka oddycha ciszą. Wtem zwalają się na zakład cztery niedopite i niewybawione panie. Przysysają się do szkiełek, no bo co innego robić, jak nie chlać i śpiewać, żeby wreszcie dorżnąć wieczór? Każda kolejna kolejka i każda piosenka to ma być już rozchodniaczek. Starczy im tego żegnania na całe półtorej godziny.

Jeżeli „after”, to po czymś. Co takiego zapijają cztery złachane krejzolki? Jak w Mewie Czechowa: każda z pań przeżywa „żałobę po swoim życiu”. W ich biografiach mianowicie wszystko dawno się skończyło, przeszły więc na stand-by i czekają zmiłowania. Jak w Domu Bernardy Alba, niewiasty kwitną i więdną, wzdychając za chłopem. Chciałbym napisać: jak ja to rozumiem, ale mamy jednak rok 2025. Odpaliłyby se apkę i by przebierały niczym w ulęgałkach. Albo by se obejrzały chociażby Seks w wielkim mieście, w którym nieświadomie grają.

Czekać na kochanka w zamkniętym już barze to chyba niedobry pomysł. Jeżeli nie masz smartfona, a przeto Tindera, to posłuchaj Debbie Harry, wokalistki grupy Blondie, która w 80. roku życia nadal łowi menów w ich środowisku naturalnym, czyli w marketach budowlanych. Genialne rozwiązania są zwykle najprostsze.

Zainspirowany Florentiną Holzinger, Żuk obsadził same panie. (No, prawie, bo jeszcze doliczmy kwiatek do kożucha). Szczególną sympatią darzę Katarzynę Galicę. (By the way, jej kumpel z obsady spektaklu Sąsiedzi, Jacek Wojciechowski, prowadził w Chicago swego czasu Café Lura). Inna inspiracja płynie z dzieła ucznia Żuka, Krzysztofa Garbaczewskiego, który nad swoim Hamletem też powiesił okrągłe lustro.

Miesiąc wcześniej Café Luna miała premkę w Koszalinie. Po drodze spęczniała: do fabuły i obsady doszła jedna pani. Obserwujemy stopniowe tycie przedstawienia: od monodramu (u Jandy i w poznańskim Muzycznym) do spektaklu, że tak powiem, pełnoobsadowego. Żuk zresztą już inscenizował ten scenariusz: w gdyńskim Miejskim. W Gdyni były trzy kobiety, jeden facet i jeden kawał chłopa.

Teksty piosenek i lepiszcze narracyjne przygotowała Anna nie-R. Burzyńska, moja guru z czasów studiów, łącząca w dorobku to, co tygrysy lubią najbardziej: teorię literatury z praktyką teatru. Okropnie jej zazdrościłem przystojnego męża z brodą. Burzyńska pisze udane dramaty środka, na które można zaprosić i kolegę na postdocu, i kuzynkę w odwiedzinach.

Zaczyna wariacją na temat słynnego monologu Dupy z Kruma Hanocha Lewina, a potem lecą melodie znane z dzieł Almodóvara, do których wykreowała polskojęzyczne lyricsy. Dostajemy songowisko o tęsknotach serca i pragnieniach ciała: monologi wagin. O czym rozmawiają baby? Wiadomo, o chłopach – jak w Sex & the City. Więcej: modlą się o chłopów, padłszy na kolana! A nawet się o nich biją: zawarto scenę catfightu. Kiedy jedna śpiewa, reszta ilustruje songi. To, co one robią, kiedyś nazywano tańcem, obecnie choreografią.

Modły będą wysłuchane. Kochanek się zjawi. Jednakże bogowie bywają okrutni, spełniając nasze marzenia. I stanie się jak w Lubiewie: „Okazuje się, że jak już całkiem nikogo nie ma, a jest się pijanym i na strasznej chcicy, można stworzyć faceta samą siłą woli. Po prostu tak bardzo mocno chcieć, aby ktoś jeszcze się pojawił, że w jakiś sposób takie widmo się materializuje. Ale żeby stworzyć takiego golema, to już musi być ta wiara, która góry przenosi. Inna rzecz, że jakość takich facetów «stworzonych siłą woli» bywa bardzo kiepska. Najczęściej po wszystkim okazuje się, że odbyło się stosunek seksualny z drzewem, z cieniem, z zagłębieniem muru”.

Nareszcie przybywa ulepiony z westchnień samiec. To dla niego w rogu ustawiono kręte schody, które już tylko czekały jak fuzja Czechowa, aby zapewnić zwrot akcji. Damy przebrane w kaskadowe kiecki z falbanek i grochów, a ich męskie bóstwo zadaje im bobu czarniawymi cekinami, schodząc po wijących się stopniach wprost do piekła kobiet. No i co się okazuje: jest raczej cieniem mężczyzny, bardziej kobiecym od swych wielbicielek, a do tego mówi tytułami filmów Mistrza. „Pepe Romano” tej sztuki (por. Bernarda Alba) miał czelność, jak Lola we Wszystko o mojej matce, uzgodnić swą płeć bez porozumienia z zainteresowanymi. Stał się klasyczną travesti, hiszpańską trzecią płcią, por. Agrado i Kurewny Camili Sosy Villady. Sorry, ale nie tak się umawiałyśmy. Kiedy terfy go ucapią, przeprowadzą na nim terapię konwersyjną ubraniem. Bez pytania się o zgodę, skoro on również nie pytał, poddają go detranzycji na sposób znany z Seksmisji („Cycki sobie będziesz, cyganie, przyprawiał?”). Przez chwilę spektakl wyglądał niczym w reżyserii Grzegorza Wiśniewskiego.

Jeśli Café Luna ma jakąś wymowę ideologiczną, to niezamierzoną. Spektakl nie zachęca do zostania cisem, osobą cisseksualną, do trwania na posterunku płci biologicznej. Raz chłop, zawsze chłop – to nie jest przesłanie tego przedstawienia. Możliwe, że sens utworu jest mniej zagmatwany. Na pytanie, gdzie te chłopy, Café Luna z Zamoyskiego odpowiada krótko: w BlueXL na Dietla.

Café Luna się wpisuje w nurt almodram teatralnych – obok Wszystko o mojej matce Michała Borczucha i Złego wychowania Jędrzeja Piaskowskiego. Nie jest to fakt szokujący, że homoartyści lubią składać hołdy swojemu arcymistrzowi. Proszę mi wybaczyć, jeśli kogoś wyoutowałem.

Drugi w kolejności przebieg uświetnił podobno Tadeusz Lubelski, mój ukochany promotor. Jeśli na trzecim wieczorze pojawili się: Autorka, Grażyna Stachówna, Tomasz Fryzeł, Paweł Frent i ja, to że tak zapytam: kto był na premierze?

Każdy nowy spektakl rodzi siłą rzeczy istotne pytanie: fajne czy niefajne? W tym wypadku nieniefajne. Café Luna to tak zwane samo rzadkie: bezwysiłkowe w odbiorze i pocieszne widowisko.

Zgadzam się z opinią Piotra Gaszczyńskiego po części dlatego, że jestem jej współautorem. Spokojnie, to nie jest kolałt à la Masłowska na Englert. Po prostu mnie cieszy, że ktoś inny też uważa, iż teatr Józefa Opalskiego „nie udaje” i nie sili się na mądrość.

Źródło:

Materiał nadesłany

Sprawdź także