„Portret Doriana Graya” na podstawie powieści Oscara Wilde’a w chor. Piotra Jeznacha w Teatrze Muzycznym Roma w Warszawie. Pisze Wiesław Kowalski w Teatrze dla Wszystkich.
Ocena recenzenta/tki:(7/10) – dobry
W teatrze muzycznym przyzwyczajeni jesteśmy do opowieści prowadzonych przez głos – przez piosenkę, dialog i słowo, które nadają rytm scenicznej narracji. W spektaklu „Portret Doriana Graya” na podstawie powieści Oscara Wilde’a, przygotowanym na Novej Scenie Teatru Muzycznego Roma, głos znika niemal całkowicie. Zostaje ruch, puls muzyki i napięcie między ciałami tancerzy. To nie tyle adaptacja literatury, ile próba zbadania, czy historia o moralnym rozpadzie może istnieć wyłącznie w gestach i rytmie.
Choreograf i autor libretta Piotr Jeznach traktuje powieść Wilde’a raczej jako strukturę emocjonalną niż linearną fabułę. Poszczególne sceny przypominają kolejne etapy psychologicznej przemiany bohatera. Nie chodzi o szczegółowe opowiedzenie historii, lecz o uchwycenie procesu: momentu, w którym zachwyt nad własnym pięknem zaczyna zamieniać się w obsesję.
Najciekawszym rozwiązaniem dramaturgicznym jest rozdzielenie Doriana na dwie sceniczne obecności. Jeden z tancerzy reprezentuje młodzieńczą powierzchowność bohatera, drugi – jego portret, czyli ukrytą prawdę o nim samym. Dzięki temu spektakl nabiera niemal muzycznej polifonii: ciało Doriana i ciało jego obrazu prowadzą dialog, który z czasem przeradza się w konflikt. To rozwiązanie nie tylko czytelne, ale też niezwykle teatralne – zamiast metafory mamy fizyczne starcie dwóch energii.
Choreografia operuje szerokim wachlarzem stylistycznym. W duetach dominuje napięcie i precyzyjna kontrola ciała – ruchy są ostre, momentami niemal agresywne, jakby tancerze próbowali wyrwać się z niewidzialnych więzów. W scenach zbiorowych pojawia się z kolei energia klubowego transu: pulsująca, nieco chaotyczna, pełna hedonistycznej ekspresji. To właśnie tam najlepiej widać, jak bohater zanurza się w świecie przyjemności, który z czasem zaczyna przypominać groteskową maskaradę.
Ważnym partnerem choreografii jest muzyka Evana Wise’a. Kompozytor buduje dźwiękową przestrzeń, która nie narzuca interpretacji, lecz subtelnie prowadzi emocje. Elektroniczne brzmienia splatają się z bardziej lirycznymi fragmentami, tworząc coś w rodzaju dźwiękowego krajobrazu – raz chłodnego i zdystansowanego, innym razem niemal melancholijnego. Dzięki temu przedstawienie nie osuwa się w patos, tak często towarzyszący podobnym opowieściom.
W warstwie wizualnej przedstawienie pozostaje zaskakująco powściągliwe. Scenografia nie dominuje nad akcją, raczej tworzy ramę dla ruchu. Większe wrażenie robią kostiumy Moniki Moskwy, które budują estetykę na pograniczu elegancji i dekadencji. W połączeniu z precyzyjnym światłem sceny układają się w serię obrazów przypominających o malarskich inspiracjach powieści Wilde’a.
Najciekawsze w tym spektaklu jest jednak coś innego: sposób, w jaki pokazuje on samotność Doriana. W literackim oryginale bohater otoczony jest ludźmi i pokusami, ale jego dramat rozgrywa się przede wszystkim w sferze wewnętrznej. Tutaj ten konflikt przybiera postać fizycznego starcia z własnym odbiciem. Każdy kolejny duet Doriana z jego portretem wygląda jak rozmowa z sumieniem, która z czasem przeradza się w walkę.
Finał spektaklu nie próbuje moralizować ani podsuwać widzowi łatwej interpretacji. Zamiast jednoznacznej pointy dostajemy obraz rozpadu – moment, w którym piękno i destrukcja spotykają się w jednym miejscu. I może właśnie dlatego to przedstawienie zostaje w pamięci. Nie dlatego, że opowiada historię znaną z literatury, lecz dlatego, że pokazuje ją w języku, który w teatrze wciąż jest rzadkością: w języku ciała.
„Portret Doriana Graya” na Novej Scenie Romy nie jest widowiskiem, które chce olśnić rozmachem. Jego siła tkwi w czymś bardziej subtelnym – w obserwowaniu, jak ruch stopniowo odsłania to, czego bohater nie potrafi już ukryć. W pewnym momencie przestajemy patrzeć na taniec jak na choreografię. Zaczynamy widzieć w nim proces powolnego pękania człowieka.